Udane i nieudane lofty

Małe mieszkanko w fabryce
Polskie lofty są wyjątkowe: niewielkie, za to drogie. Moda na nie uratowała kilka zabytkowych budynków fabrycznych, ale nie zawsze przynosi sukces finansowy.
Łódź, przebudowana na lofty dawna przędzalnia Karola Scheiblera.
Marcin Stępień/Agencja Gazeta

Łódź, przebudowana na lofty dawna przędzalnia Karola Scheiblera.

Żyrardów, Lofty de Girarda w zabytkowej fabryce lnu.
Adam Kozak/Agencja Gazeta

Żyrardów, Lofty de Girarda w zabytkowej fabryce lnu.

Wrocław, przeprojektowana na lofty stara destylarnia i magazyn win braci Wolf (wizualizacja).
Archicom/Polityka

Wrocław, przeprojektowana na lofty stara destylarnia i magazyn win braci Wolf (wizualizacja).

Wnętrze jednego z loftów w Żyrardowie.
materiały prasowe

Wnętrze jednego z loftów w Żyrardowie.

Deweloperzy upadają rzadko, ale z hukiem, pozostawiając klientów bez mieszkań i z niewielką szansą na odzyskanie pieniędzy. Spółka MNE Investment upadła niedawno nietypowo, bo nikt z tego powodu nie będzie płakał. Spółka, w której 100 proc. udziałów ma australijska firma deweloperska Opal Property Developments, jest właścicielką Loftów u Scheiblera, pierwszych w Polsce mieszkań w starej fabryce. Przebudowa na lofty dawnej przędzalni bawełny w Łodzi, zbudowanej w XIX w. przez Karola Scheiblera, zakończyła się dwa lata temu. Kto mieszkanie kupił, tego kłopoty inwestora nie interesują. Problem w tym, że klienci nie dopisali. Według łódzkich pośredników, deweloper sprzedał zaledwie około 30 proc. oferty.

A zapowiadało się, że mieszkania w zabytkowej przędzalni będą hitem. Sześć lat temu, kiedy zaczynała się sprzedaż, przed biurem dewelopera stała kolejka jak w czasach PRL. W ciągu sześciu dni 408 loftów, wszystko, co deweloper oferował, zostało zarezerwowanych. Tyle że świetna passa nie trwała długo. Dwa lata później banki zaczęły przykręcać kurki z kredytami, cudzoziemcy przestali się interesować polskimi nieruchomościami, rynek się załamał. Odpływ klientów odczuli wszyscy deweloperzy, ale z loftów zrezygnowała większość. Australijska spółka budowała głównie za kredyt bankowy i bardzo kiepska sprzedaż była dla niej katastrofą. W kwietniu złożyła wniosek o ogłoszenie upadłości.

Wiele osób kupiło lofty, żeby je szybko odsprzedać, często jeszcze w trakcie budowy. Kto się nie pospieszył, dostaje dziś za metr na wtórnym rynku około 4,5 tys. zł. Na ogół tyle, ile zapłacił deweloperowi. Część loftów jest wynajmowana, albo indywidualnie, albo za pośrednictwem powołanej w tym celu spółki Loft Aparts – mówi Paweł Marczyk z łódzkiego oddziału firmy Home Broker, który pośredniczył w sprzedaży prawie stu takich mieszkań.

Idea loftów

W ostatnich latach o powodzeniu przedsięwzięcia decyduje cena: przede wszystkim musi być tanio. Ceny Loftów u Scheiblera zaczynały się sześć lat temu od 3,5 tys. zł za metr, przeciętnej dla Łodzi. Kiedy sukces finansowy wydawał się pewny, podniesiono je do 6–7 tys. za metr. Dwa lata później, kiedy rynek się załamał, takie ceny były już w Łodzi nie do przyjęcia.

Mieszkanie, które ma się dobrze sprzedać, powinno być także nieduże. Warunek ten jest sprzeczny z samą ideą loftów, urządzanych w pofabrycznych halach, na wielkich powierzchniach. Moda na nie narodziła się w połowie ubiegłego wieku w Nowym Jorku i innych miastach amerykańskich, z których wyprowadzono przemysł. Za niewielkie pieniądze artyści urządzali w opuszczonych budynkach pracownie i mieszkania. Bardziej przypominające squaty niż lofty, które stały się popularne wśród ludzi zamożnych. Ale nadal były to mieszkania duże, z otwartą przestrzenią.

Łódzkie lofty są inne: to mieszkania w stylu industrialnym, wbudowane w zabytkową fabryczną halę. Wymagają podobnych nakładów jak nowe budownictwo i mają podobne powierzchnie (najmniejsze – niewiele ponad 40 m kw.).

Gdybym sprzedawał lofty o powierzchni 300 m, znalazłbym kupca na trzy albo cztery. Powodzenie mają głównie najmniejsze, 35-metrowe – twierdzi Zygmunt Stępiński, dyrektor generalny Green Development, inwestora Loftów de Girarda w Żyrardowie. Jeśli doliczyć antresolę, w praktyce jest to mieszkanie 50-metrowe.

Żyrardowskie lofty nazwano tak na cześć Filipa de Girarda, francuskiego wynalazcy, pierwszego dyrektora technicznego fabryki lnu, zbudowanej w tym mieście. A właściwie w osadzie, która w XIX w. nie nazywała się jeszcze Żyrardowem. Na przełomie XIX i XX w. miejscowa fabryka była największym producentem lnu w Europie. Po dawnej świetności pozostały imponujące, znakomicie zaprojektowane budynki z elewacjami z czerwonej cegły. Na ogół puste. 15 lat temu fabryka upadła, podobnie jak większość państwowych zakładów włókienniczych. Upadek wielkiego pracodawcy to zawsze cios, ale dla Żyrardowa, miasta, które powstało wokół jednej fabryki, szczególnie bolesny.

Szansą dla Żyrardowa są lofty, nowa funkcja dla budynków, którym grozi zagłada. Tylko tutaj zachowała się w całości osada fabryczna z połowy XIX w., jedyna tego typu na świecie. Żyrardów jest wymarzonym miejscem dla ludzi otwartych na nowe trendy, doceniających czyste środowisko, sąsiedztwo Bolimowskiego Parku Krajobrazowego – zachwala dyr. Zygmunt Stępiński. Były wieloletni szef miesięcznika „Murator” i społecznik widzi w Żyrardowie idealne miasto satelitę Warszawy. Zwłaszcza że po zakończeniu modernizacji linii kolejowej do centrum stolicy będzie się jechało około 20 minut.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną