Rynek

Znikające łupki i straszny atom

RAPORT ENERGETYCZNY: Łupki i atom

Liczba entuzjastów gazu łupkowego wyraźnie rośnie, choć poszukiwania dopiero trwają. Liczba entuzjastów gazu łupkowego wyraźnie rośnie, choć poszukiwania dopiero trwają. Krzysztof Mystkowski / KFP
Najwięcej energii do dyskusji dostarczają Polakom gaz łupkowy i atom. Jedni widzą w nich ogromną szansę, inni wielkie zagrożenie. Emocje falują w rytm medialnych doniesień.
Według dzisiejszych ocen, pierwszy reaktor mógłby zacząć działać w 2025 r.AN Według dzisiejszych ocen, pierwszy reaktor mógłby zacząć działać w 2025 r.

Koniec marzeń o gazie łupkowym”, „I po łupkach”, „Amerykanie się wycofują” – takie tytuły pojawiły się ostatnio na pierwszych stronach polskich gazet. Po okresie entuzjazmu, kiedy Polacy cieszyli się nowo odkrytym gazowym bogactwem, nadeszło zwątpienie. Ubiegłoroczna rezygnacja ExxonMobil z poszukiwania gazu łupkowego w Polsce i ostatnie komunikaty Marathon Oil i Talisman Energy, że i oni porzucają nasz kraj, upewniły media, że wymarzonego gazu po prostu nie mamy. Tak jak wcześniej trwała narodowa dyskusja, jak wielkie są nasze zasoby, padały zapewnienia, że gazu starczy na stulecia, że dzięki niemu emerytury będziemy mieli my i nasze wnuki, teraz sypią się głosy, że znów daliśmy się nabrać jak dzieci.

Amerykanie są dla nas wyrocznią. Amerykańska Agencja ds. Energii (EIA) w 2009 r. oceniła, że mamy 5,3 bln m sześc. gazu w łupkach i tego trzymaliśmy się kurczowo. Polscy eksperci studzili wprawdzie emocje, przekonując, że nie wiadomo dokładnie, ile jest gazu, ale z pewnością nie aż tak wiele. Wyjaśniali też, że tamta hurraoptymistyczna prognoza została wykonana zza biurka w Waszyngtonie przez eksperta, który nawet nie jest geologiem. Mimo to nie brakowało osób, które deklarowały, że dotarcie do gazu jest kwestią krótkiego czasu i że w 2013 r., a najdalej w 2014 r., ruszy przemysłowe wydobycie. Nasza gazowa potęga miała spędzać sen z powiek szefom Gazpromu.

Podobnie teraz decyzja trzech amerykańskich firm wywołała psychozę porażki. Nie mamy gazu, na łupki trzeba położyć krzyżyk. I to mimo iż każda z firm podaje inne uzasadnienie swej decyzji o wyjściu z Polski: jednej zmieniły się biznesowe priorytety, druga na swojej koncesji nic nie znalazła, trzecią trapią problemy finansowe. Co więc naprawdę się stało z polskimi łupkami?

Z naszego punktu widzenia sytuacja nie uległa zmianie. Prowadzimy prace badawcze. Mamy zaplanowanych na ten rok trzynaście odwiertów w złożach łupkowych, a dotychczasowe wyniki wydają się obiecujące – wyjaśnia Zbigniew Ząbkiewicz, dyrektor Oddziału Geologii i Eksploatacji PGNiG. Koncern prowadzi poszukiwania na dużą skalę, ma w tej dziedzinie doświadczenie. Dlatego wiercenia prowadzone są nie tylko w poszukiwaniu gazu łupkowego, ale także konwencjonalnego (w tym roku będzie 20 takich odwiertów). Wiercenia koncentrują się dziś na Pomorzu, Lubelszczyźnie i Podkarpaciu. Zdaniem dyrektora wokół gazu łupkowego pojawiło się zbyt wiele emocji, nieścisłości i przekłamań.

– Myślę, że w ciągu najbliższych dwóch lat zdobędziemy wiedzę, która pozwoli podjąć decyzję w sprawie ewentualnego uruchomienia przemysłowego wydobycia gazu – wyjaśnia Ząbkiewicz. Badania wchodzą w decydującą fazę – wierceń horyzontalnych i szczelinowania, czyli kruszenia skał pod ziemią za pomocą pompowanej pod ciśnieniem wody z piaskiem i dodatkami chemicznymi. Ziarna piasku, wciskając się między skalne spękania i szczeliny, zapobiegają ich ponownemu zaciśnięciu. Dzięki temu gaz może wydostać się na powierzchnię.

Wiadomo, że gaz w skale jest, ale już przy pierwszych odwiertach pojawił się problem, bo polskie łupki nie poddają się łatwo. Jeśli w USA wystarczy ciśnienie 300 atm, by skutecznie pokruszyć skałę, to u nas w próbnych zabiegach szczelinowania dochodzi się do 1000 atm, a eksperci nie wykluczają, że trzeba będzie stosować jeszcze większe ciśnienie. Dopracowanie technologii wydobycia będzie więc kluczem do przyszłego sukcesu gazowego.

Jednak największa różnica między amerykańskimi i polskimi realiami dotyczy procedur administracyjnych. – U nich zgodę na wiercenie uzyskuje się w trzy miesiące, u nas w rok. Moglibyśmy zrobić dużo więcej, gdyby nie bariery administracyjne – ubolewa dyr. Ząbkiewicz. Jego zdaniem o sukcesie albo porażce naszych łupkowych marzeń zadecyduje to, czy uda się usprawnić procedury związane z wierceniami i doprowadzić do porozumienia między firmami działającymi na polskim rynku w sprawie ustalenia wspólnych standardów technicznych. Sukces Amerykanów polegał na standaryzacji procedur i urządzeń oraz wykorzystaniu efektu skali. Wszyscy korzystają z takich samych urządzeń, są one tanie, a pracownicy, niezależnie od firmy, wiedzą, jak je obsługiwać. Dzięki temu koszty wydobycia są niskie i tani gaz łupkowy wypiera inne surowce energetyczne. Dlatego polski sukces łupkowy zależeć będzie w równej mierze od tego, co się kryje pod ziemią, jak i tego, co się będzie działo na powierzchni. Dotyczy to zwłaszcza systemu opodatkowania wydobycia.

W okresie kiedy Polacy przeżywali okres łupkowej euforii, ich stosunek do energii atomowej przeżył załamanie. Wszystko za sprawą katastrofy w japońskiej elektrowni jądrowej w Fukuszimie i decyzji niektórych państw, w tym Niemiec, o wycofaniu się z energetyki jądrowej. Wszystkie kraje, w których funkcjonują elektrownie atomowe, przechodziły falowanie nastrojów społecznych. Polska jest pod tym względem jednak krajem szczególnym, bo choć nie mamy elektrowni atomowej, to od dawna przyzwyczailiśmy się, że mamy ją mieć. Dlatego Centrum Badania Opinii Społecznej prowadzi systematyczne badanie stosunku polskiego społeczeństwa do projektu budowy elektrowni jądrowej już od ponad 25 lat, czyli od czasów, kiedy trwały prace nad budową elektrowni w Żarnowcu (ostatecznie przerwane).

 

Naszą wiedzę na temat atomu i opinię co do elektrowni kształtują doniesienia związane z wielkimi katastrofami. Nic więc dziwnego, że nie jest to obraz zachęcający. To tak jakby wiedzę o motoryzacji czerpać z komunikatów o wypadkach drogowych. W 1987 r., pod wrażeniem Czarnobyla, za elektrownią było zaledwie 30 proc. Polaków. Dwa lata później jeszcze mniej – tylko 20 proc. Potem akceptacja rosła. Najwyższy poziom zanotowano w latach 2009–10, kiedy więcej Polaków było za energetyką jądrową niż przeciw. W 2011 r. doszło jednak do katastrofy w Fukuszimie i tendencja znów się odwróciła. Z najnowszego badania CBOS wynika, że jesteśmy wciąż w fazie silnej niechęci do energetyki jądrowej. Przeciwna budowie w Polsce elektrowni atomowej jest ponad połowa ankietowanych (52 proc.), za jest 35 proc. Aż 70 proc. jest przeciw temu, by elektrownia miała powstać w pobliżu ich miejsca zamieszkania.

Badacze CBOS porównali jednocześnie nasze opinie na temat atomu i łupków. Jak łatwo zgadnąć, łupki cieszą się dużo większym poparciem. Blisko połowa badanych (47 proc.) chciałaby, aby nasza energetyka była oparta na gazie łupkowym, a nie atomie. Liczba entuzjastów gazu łupkowego wyraźnie rośnie, choć poszukiwania dopiero trwają. Jednocześnie, jak wspomnieliśmy, maleje liczba osób akceptujących koncepcję budowy elektrowni atomowej. Dla przyszłego inwestora elektrowni to może być problem.

Niski poziom akceptacji dla energetyki jądrowej wynika z niewielkiej wiedzy, jaką mają na jej temat Polacy. W tej sytuacji łatwo obudzić lęki. Dlatego chcemy dotrzeć do jak największej liczby osób z naszą akcją edukacyjną „Poznaj atom”, by dostarczyć odpowiedniej wiedzy i zachęcić do dyskusji – wyjaśnia wiceminister gospodarki Hanna Trojanowska, pełnomocnik rządu ds. polskiej energetyki jądrowej. Jednocześnie podkreśla, że jest przeciwna tworzeniu opozycji albo-albo: atom albo łupki, węgiel albo energetyka odnawialna. Bezpieczeństwo energetyczne kraju wymaga rozwijania różnych technologii i poszukiwania różnych źródeł energii.

Czy tego chcemy czy nie, łupki i atom zrosły się w społecznej świadomości i są traktowane jako dwa bieguny naszej energetycznej przyszłości. Często pada pytanie: jeśli będziemy mieć gaz łupkowy, to po co nam jeszcze atom? Niektórzy podnoszą też argument ekonomiczny, że dwóch tak kosztownych programów energetycznych polska gospodarka po prostu nie udźwignie. Ile pochłonie program gazowy, trudno na razie oszacować. Co do energetyki atomowej, eksperci oceniają, że pierwsza elektrownia o mocy 3 tys. MW będzie kosztować ponad 56 mld zł. Choć nikt z nazwiska nie chce podawać konkretnych kwot, bo program budowy elektrowni jądrowej projektowany jest na wiele lat i wiele może się jeszcze zmienić. Według dzisiejszych ocen, pierwszy reaktor mógłby zacząć działać w 2025 r.

Inwestorem ma być Polska Grupa Energetyczna we współpracy z KGHM, Tauronem i Eneą. Prezes PGE Krzysztof Kilian nie ukrywa, że bez wsparcia państwa sami inwestorzy nie podołają takiemu wyzwaniu. – Nigdzie na świecie nie powstała żadna elektrownia jądrowa jako projekt czysto biznesowy – wyjaśnia prezes i deklaruje, że jesienią koncern przedstawi rządowi propozycję takich rozwiązań.

Wsparcie może mieć różną formę. Najważniejsza to stworzenie stabilnych warunków prawnych gwarantujących ekonomiczną przewidywalność kapitałochłonnych i długookresowych inwestycji. Nie chodzi tu tylko o elektrownie jądrowe, ale także energetykę konwencjonalną. W Europie toczy się dyskusja na temat tworzenia rynku mocy, kiedy państwo płaci za zdolności wytwórcze nowych elektrowni albo, tak jak w Wielkiej Brytanii, wykorzystania mechanizmu różnicowego: państwo gwarantuje, że jeśli cena spadnie poniżej określonego poziomu, wyrówna inwestorowi różnicę – wyjaśnia wiceminister Hanna Trojanowska.

Jej zdaniem można też rozważać formy wsparcia w postaci kontraktu długoterminowego na dostawę energii z elektrowni jądrowej albo gwarancje rządowe na dostawy konkretnych instalacji. Trzeba znaleźć takie rozwiązania, które okażą się skuteczne na ciągle niedoskonałym rynku energii, który sam z siebie nie jest dziś w stanie zapewnić impulsów do startu nowych inwestycji. Takie wsparcie nie powinno jednak powodować zaburzenia konkurencyjności w innych krajach i mieć taką postać, by Komisja Europejska nie uznała go za niedozwoloną pomoc publiczną. Wysiłki pełnomocnika koncentrują się dziś na stworzeniu warunków organizacyjno-prawnych, bez których pojawienie się energetyki atomowej w naszym kraju jest niemożliwe. To co ją cieszy, to polityczne deklaracje premiera, że Polska nie rezygnuje z programu atomowego. Teraz tylko trzeba przekonać do tego Polaków.

 

Teksty: Adam Grzeszak. Raport przygotowaliśmy we współpracy merytorycznej z partnerami z branży energetycznej: Polską Grupą Energetyczną oraz Polskim Górnictwem Naftowym i Gazownictwem.

Polityka 23.2013 (2910) z dnia 04.06.2013; Raport; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Znikające łupki i straszny atom"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną