Dlaczego Michał Krupiński nie pełni już funkcji prezesa PZU

Wszyscy ludzie wicepremiera
Nadzór nad resortami gospodarczymi, w tym nad Ministerstwem Finansów, nie daje realnej władzy wicepremierowi Morawieckiemu.
PZU/Facebook

Sposób odwołania w minionym tygodniu Michała Krupińskiego, szefa grupy PZU SA, wzbudził zdumienie analityków rynkowych i klientów największego narodowego ubezpieczyciela. Rozmiar przewinień Krupińskiego – spekulowano – musi być ogromny, skoro zdejmuje się go ze stanowiska, ze skutkiem natychmiastowym, w trakcie gigantycznej operacji przejmowania przez ubezpieczyciela kontroli nad bankiem Pekao SA i niezakończonego jeszcze wcielenia do PZU Alior Banku. A także w czasie prac nad emisją obligacji spółki o wartości 3 mld zł. Te pieniądze mają pożyczyć PZU mali i duzi inwestorzy, których potraktowano z buta, wydając w sprawie odwołania lakoniczny komunikat i nie podając żadnych jego przyczyn. Skąd ten superpośpiech i arogancja?

Można to wytłumaczyć tylko w jeden sposób – prawdziwą przyczyną odwołania nie były merytoryczne przewinienia Krupińskiego, na krótkiej kadrowej ławce PiS jednego z lepiej przygotowanych do pełnienia ważnych funkcji w biznesie. Należy jej raczej szukać w nasilających się w obozie władzy walkach frakcyjnych. Chodzi głównie o możliwość obsadzania swoimi ludźmi setek ważnych stanowisk.

Morawiecki walczy o pieniądze

Nadzór nad resortami gospodarczymi, w tym nad Ministerstwem Finansów, nie daje realnej władzy wicepremierowi Morawieckiemu. W ministerstwach, a nawet w budżecie państwa, pieniędzy właściwie nie ma. Tą drogą sztandarowe gospodarcze przedsięwzięcie PiS, czyli Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju, nie zostanie zrealizowane. Morawiecki w roli superpremiera jest tylko twarzą ewentualnych porażek, to on poniesie za nie odpowiedzialność. Prawdziwe narzędzia władzy kryją się bowiem w największych spółkach Skarbu Państwa, to one mają pieniądze. Sama tylko grupa PZU zarządza aktywami ponad 64 mld zł. Ma więcej pieniędzy niż Polski Fundusz Rozwoju. To dlatego PZU, a nie państwo, przejęło akcje Pekao SA. Budżetu państwa na taki wydatek nie stać. To ubezpieczyciel miał też odegrać ważną rolę w planowanym przez PiS przejmowaniu zagranicznych mediów.

Dlatego Morawiecki tak walczył, by powierzono mu nadzór nad Giełdą Papierów Wartościowych, Bankiem Gospodarstwa Krajowego, PKO BP czy właśnie PZU. Bo one mają pieniądze. Kiedy już tę formalną kontrolę wywalczył, to okazało się, że realnej władzy nad nimi nie ma. Bo nie on prowadzi tam politykę kadrową. Boleśnie przekonał się o tym, mianując na stanowisko prezesa GPW Rafała Antczaka. Dostał po nosie. Po kilku miesiącach oczekiwania Antczak zrezygnował, gdyż zorientował się, że nie dostanie zgody Komisji Nadzoru Finansowego. Wielkie wpływy w KNF ma ponoć środowisko związane z senatorem Grzegorzem Biereckim, byłym szefem SKOK. Nadzór Morawieckiego nad giełdą, bez możliwości wpływania na obsadę najważniejszych stanowisk, będzie więc iluzoryczny. Na razie szef giełdy powołany jest na trzy miesiące. Trwa zakulisowa walka o to, kto go wskaże.

Morawieckiemu starczyło też władzy, by skompletować nową radę nadzorczą w PZU i jej głosami odwołać Krupińskiego, wprost uznawanego przez media za człowieka Zbigniewa Ziobry. Ale to dopiero połowa sukcesu. Powołanie na jego miejsce Antczaka zostało ponoć zablokowane w ostatniej chwili przez premier Beatę Szydło. Ale i tak nowego prezesa (na razie tę funkcję pełni tymczasowy), którego władny jest wskazać Morawiecki, musi jeszcze zatwierdzić na stanowisku KNF, w której wicepremier wpływów już nie ma. Walka o realną władzę w PZU dopiero się więc zaczyna.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną