Rynek

Żywienie przesądów

Tak się kreuje modę na jedzenie

„Kiedyś zadowalaliśmy się słonymi paluszkami i słodyczami, teraz chcemy czegoś dostarczającego większej ilości substancji odżywczych, więc na półkach pojawiają się na przykład przekąski mięsne, owocowe czy warzywne”. „Kiedyś zadowalaliśmy się słonymi paluszkami i słodyczami, teraz chcemy czegoś dostarczającego większej ilości substancji odżywczych, więc na półkach pojawiają się na przykład przekąski mięsne, owocowe czy warzywne”. MSPhotographic / PantherMedia
Rozmowa z Andrzejem Gantnerem, dyrektorem generalnym Polskiej Federacji Producentów Żywności, o tym, kto kreuje modę na jedzenie i kto na niej zarabia.
„Dzisiaj media społecznościowe są pełne informacji nie tylko o samej żywności, ale też o jej wpływie na środowisko czy o tym, jakich norm etycznych należy przestrzegać przy jej produkcji”.Tamara Staples/Getty Images „Dzisiaj media społecznościowe są pełne informacji nie tylko o samej żywności, ale też o jej wpływie na środowisko czy o tym, jakich norm etycznych należy przestrzegać przy jej produkcji”.
Andrzej GantnerMarek Wiśniewski/Puls Biznesu/Forum Andrzej Gantner

CEZARY KOWANDA: – Powiedział pan na jednej z konferencji, że żywność jest dzisiaj celebrytką. Dlaczego?
ANDRZEJ GANTNER: – Nigdy w historii ludzkości nie przywiązywaliśmy takiej wagi do tego, co jemy. Przecież jeszcze 15 lat temu nikt by nie pomyślał, że powszechne stanie się wrzucanie zdjęć potraw na Instagrama czy Facebooka. Dzisiaj media społecznościowe są pełne informacji nie tylko o samej żywności, ale też o jej wpływie na środowisko czy o tym, jakich norm etycznych należy przestrzegać przy jej produkcji.

Skoro sama żywność jest celebrytką, to nic dziwnego, że tematyką jedzenia zajmują się gwiazdy.
To prawda. Żywność stała się ważnym elementem składowym wizerunku celebrytów. Gotują i pokazują, co przyrządzili, a coraz częściej promują swoim nazwiskiem nowe produkty, na których zresztą potrafią świetnie zarobić. Jak choćby żona najbardziej znanego polskiego piłkarza, która reklamuje całą serię przekąsek sygnowanych swoim imieniem.

Ci celebryci raczej nie są kucharzami, dietetykami czy ekspertami w dziedzinie żywienia. Mówią o czymś, o czym często nie mają wielkiego pojęcia. A mimo to wielu z nas ufa ich rekomendacjom. Dlaczego?
Kiedyś klient, robiąc zakupy w sklepie, kierował się głównie ceną, smakiem i wygodą. Dziś ten proces wyboru, gdy stoimy przed półką, jest bardziej skomplikowany. Coraz większe znaczenie dla części klientów ma np. coś, co na świecie nazywa się Health and Wellness. Na język polski możemy to przetłumaczyć jako „zdrowie i dobre samopoczucie”. Jedzenie ma nam pomóc w prowadzeniu zdrowego stylu życia, w utrzymywaniu odpowiedniej diety, we wspomaganiu naszej aktywności fizycznej. Kto szuka takich produktów, ten często kieruje się sugestiami celebrytów, promujących taki właśnie aktywny, zdrowy model życia.

Oni nigdy się nie mylą?
Z tym już akurat bywa różnie. Czasem nowinki zachwalane przez znanych ludzi niekoniecznie mają sens. Przykładem może być moda na żywność bezglutenową, która zaczęła się w Stanach Zjednoczonych i została wykreowana przez grupę celebrytów. W ciągu 10 lat zdążyła podbić świat. Dzisiaj mamy mnóstwo produktów bezglutenowych, a ich popularność stale rośnie. Tymczasem na celiakię, czyli nietolerancję glutenu, cierpi nie więcej niż 1 proc. społeczeństwa.

Dla nich taka moda to świetna wiadomość, bo wreszcie mają dostęp do produktów, których przez lata nie mogli jeść.
To prawda, ale co z całą resztą? Wielu celebrytów przekonuje nas, że gluten to zło wcielone, więc również osoby zdrowe zaczynają coraz częściej wybierać produkty bezglutenowe. Matki decydują się dawać swoim dzieciom, bez żadnych medycznych podstaw, jedzenie wyłącznie bez glutenu. A naukowcy ostrzegają, że w ten sposób tylko zwiększymy odsetek ludzkości nietolerujący tej mieszaniny białek. Drugi problem to potencjalne braki w diecie bezglutenowej. Pozbawienie się całej grupy produktów może prowadzić do powstawania niedoborów witamin z grupy B, kwasu foliowego, cynku, selenu, wapnia czy magnezu. Taka moda, wykreowana przez ludzi bez dostatecznej wiedzy o żywieniu, może mieć zatem poważne negatywne skutki dla zdrowia.

Ale można na niej świetnie zarobić.
Oczywiście. Skala biznesu jest gigantyczna, zwłaszcza że hasło „bezglutenowy” stało się świetnym nośnikiem reklamowym. I tak dzisiaj możemy kupić bezglutenową pizzę, makaron czy nawet piwo.

Poza glutenem kolejnym żywieniowym wrogiem stała się laktoza. Słusznie?
To historia bardzo podobna. Chińczycy np. nie tolerują laktozy, ale akurat zdecydowana większość Europejczyków doskonale ją przyswaja. Wysyp produktów mlecznych bez laktozy w połączeniu z przekazem, że ta substancja jest czymś z natury złym, powoduje, że nawet osoby świetnie trawiące laktozę zaczynają jej unikać. A to może prowadzić do rozwoju jej nietolerancji. Błędne koło, a przy okazji dowód na skuteczność trendu „bez”. Czyli usuwamy pewien składnik z diety, a dzięki temu mamy być zdrowsi i szczęśliwsi. Marketingowa żyła złota.

Ale celebryci nie tylko straszą glutenem czy laktozą. Zachwalają też, oczywiście nie za darmo, nowości. Zwłaszcza tzw. superfoods, czyli superjedzenie. To chyba dobrze?
Mówimy tu o artykułach, które rzeczywiście mają korzystne działanie dla zdrowia i warto je dodawać do różnych potraw. Tyle tylko, że większość Polaków te właśnie superfoods kojarzy głównie z egzotycznymi owocami czy nasionami. Hitem stały się np. jagody goji, chia czy olej kokosowy. Im coś bardziej egotycznie się nazywa, tym łatwiej wykreować na to modę. Im dziwniejsze, tym można drożej sprzedać i więcej na tym zarobić. A przecież nie trzeba sięgać tak daleko ani wydawać tyle pieniędzy.

Mamy swoje polskie, rodzime superfoods?
Oczywiście, choćby czarną porzeczkę, owoc o wyjątkowych walorach zdrowotnych. Moim zdaniem świetnym superfoods mogłyby być też kiszonki. Tyle że trzeba poczekać, aż wypromują je polscy celebryci. To jeszcze przed nami. Musi minąć zachłyśnięcie się substancjami z drugiego końca świata, które zresztą nie tylko mogą wydrenować nasze kieszenie, ale i nam zaszkodzić.

Jak to? Sam pan powiedział, że superfoods to jedzenie wyjątkowo korzystne dla naszego zdrowia.
Ale na pewno nie w każdych ilościach i nie w każdym zestawieniu. Pamiętajmy, że mówimy tu o substancjach, do których nasze organizmy w ogóle nie są przyzwyczajone, bo do tej pory nie były one obecne w naszym regionie świata. Do tego moda na nie często ignoruje wyniki badań naukowych. Tymczasem okazuje się, że np. olej kokosowy, tak chętnie polecany przez wielu celebrytów i blogerów, jest nie tylko dużo droższy od naszego rodzimego rzepakowego, ale i mniej korzystny dla zdrowia, bo zawiera dużo tłuszczów nasyconych. Zaś główny inspektor sanitarny przestrzega przed kupowaniem produktów mlecznych z nasionami szałwii hiszpańskiej, czyli chia. Może być ona dodawana do pieczywa, ale już nie do jogurtu.

Czy nie jest jednak trochę tak, że polscy producenci żywności, których pan reprezentuje, boją się mody na takie egzotyczne superfoods, bo to dla nich konkurencja?
My po prostu nawołujemy do zdrowego rozsądku. Warto się zastanowić przed wydaniem często dużych pieniędzy na różne dziwne koktajle. Lepiej zainwestować w polskie owoce i warzywa, w nasze superfoods, nawet jeśli to wydaje się mniej modne. My, jako producenci polskiej żywności, po prostu chcemy otwarcie mówić konsumentom, jaka jest prawda choćby o oleju kokosowym. Od celebrytów się tego nie dowiedzą.

Ale wasza branża spożywcza, która chwali się ogromnymi sukcesami eksportowymi w Europie, musi chyba reagować na nowe trendy żywieniowe także wśród Polaków?
I my to właśnie robimy. Np. nasze firmy coraz więcej inwestują w żywność ekologiczną. To na razie wciąż dość niewielki segment polskiego rynku, ale rośnie o kilkadziesiąt procent rocznie. Kłopot tylko w tym, że brakuje nam surowców. Upraw spełniających standardy ekologiczne jest w Polsce mało, a do tego większość takich produktów wykupują niemieckie firmy. Tam bowiem trend żywności ekologicznej rozwinął się szybciej i dziś skala tego biznesu jest dużo większa.

A jak pogodzić coraz częstsze oczekiwania Polaków, żeby jeść szybko, ale przy tym zdrowiej?
Tu z kolei mamy trend potraw convenience. Chodzi o produkty świeże, stosunkowo mało przetworzone, ale równocześnie takie, które można w domu szybko przyrządzić. To zupy, sałatki, ale także dania mięsne, częściowo przygotowane, które wystarczy włożyć do piekarnika na pół godziny. Do tego dochodzi ciekawy trend przekąsek. Kiedyś zadowalaliśmy się słonymi paluszkami i słodyczami, teraz chcemy czegoś dostarczającego większej ilości substancji odżywczych, więc na półkach pojawiają się na przykład przekąski mięsne, owocowe czy warzywne.

A czy polski klient czymś różni się jeszcze od konsumentów z innych krajów? Wszędzie przecież ludzie chcą jeść ekologicznie, zdrowo, wygodnie i coraz większą uwagę zwracają na ochronę środowiska czy los zwierząt.
Jest jedna cecha bardzo charakterystyczna dla Polaków. To ogromny strach przed wszelkimi dodatkami do żywności, np. substancjami oznaczanymi na etykietach symbolem E. Jednoznacznie kojarzą nam się one z chemią, niemal z trucizną. Pod tym względem jesteśmy wyjątkowi na tle Europy. Nie mamy zaufania do całego systemu kontroli żywności, nie tylko na poziomie polskim, ale i unijnym. Mimo że normy ustalone w UE są wyjątkowo rygorystyczne. Weźmy np. benzoesan sodu, znany środek konserwujący, całkowicie bezpieczny w niewielkich ilościach. Mógłby być szkodliwy dopiero wtedy, gdyby ktoś jednego dnia wypił ponad 10 tys. litrów napoju zawierającego benzoesan sodu. To oczywiście niemożliwe. Ale z powodu takich obaw producenci starają się w miarę możliwości reagować. Sztuczne aromaty zastępują naturalnymi, wprowadzają nowe metody konserwacji żywności. Zresztą strach przed dodatkami wykreował kolejny ciekawy trend.

Jaki?
Angielskie określenie to clean label. Mówiąc w skrócie: im czystsza, czyli krótsza, etykieta, tym lepiej. Czyli im mniej składników, tym większe zaufanie klientów, którzy niechętnie patrzą na wszelkie dodatki, nawet niekoniecznie te sztuczne. Nie podoba im się też cukier czy sól, uchodzące powszechnie za niezdrowe, chociaż przecież wszystko zależy od ilości, jaką dziennie zjadamy. Coraz więcej konsumentów uważa, że producent używający zbyt wielu składników musi mieć coś do ukrycia i próbuje klienta w ten sposób oszukać.

Tylko kto ma tyle pieniędzy, żeby nadążać za tak szybko zmieniającymi się oczekiwaniami żywieniowymi i ciągle wprowadzać nowe produkty odpowiadające aktualnej modzie? Chyba głównie wielkie koncerny?
Niekoniecznie. Paradoksalnie z pomocą przychodzą tu media społecznościowe i właśnie celebryci, których wcześniej trochę krytykowałem. Kiedyś rzeczywiście małe i średnie firmy mogły tylko naśladować tych wielkich. Ale dziś poprzez Facebooka czy Instagram, przy pomocy influencera, czyli kogoś, kto jest znany i ma liczne grono osób śledzących jego poczynania w sieci, można stosunkowo niewielkim kosztem wypromować nowy produkt, trafiając do osób nim zainteresowanych. Nie trzeba już kosztownych kampanii reklamowych w telewizji, na które rzeczywiście mogą sobie pozwolić tylko duże koncerny. Spójrzmy chociażby na rynek piwa. Jeszcze dziesięć lat temu wybór na półkach był stosunkowo niewielki i ograniczał się do produktów wielkich browarów. Teraz mamy prawdziwą eksplozję małych, niezależnych marek, a wiedzę o nich klienci czerpią właśnie z mediów społecznościowych.

Czyli polscy producenci, także ci mniejsi, starają się za nowymi trendami nadążać. Ale czasem bywa to naprawdę kosztowne. Myślę o jajach, a dokładnie o rewolucji, jaka nas czeka.
Rzeczywiście, choć to przykład skrajny.

Praktycznie wszystkie duże sieci handlowe w Polsce chcą w ciągu kilku lat wycofać ze sprzedaży jaja z chowu klatkowego, które dzisiaj stanowią ponad 90 proc. polskiego rynku. Kurom ma być lepiej, to chyba polscy producenci rozumieją?
Oczywiście, ale wciąż spłacają kredyty, bo w ciągu ostatnich 15 lat mnóstwo pieniędzy zainwestowali w ten rodzaj chowu. Wielu kupowało nawet klatki z Niemiec, których pozbywał się tamtejszy przemysł drobiarski. Nagle okazuje się, że zostanie praktycznie zablokowany dostęp do rynku dla produktu, który – chcę to bardzo mocno podkreślić – jest legalny w całej Unii. Postawa wielkich sieci handlowych wobec producentów jaj wydaje się nie fair. Odpowiadają one na etyczny problem, jednak w sposób mało etyczny w stosunku do dostawców, przerzucając wszystkie koszty na polskich producentów jaj.

Ale przecież większość Polaków popiera wycofanie ze sprzedaży jaj z chowu klatkowego. Chcą, żeby kury żyły w lepszych warunkach.
Tyle tylko, że bardzo mało mówi się o konsekwencjach. Tymczasem taka rewolucja, do tego dokonywana nie w ciągu 10–15 lat, ale dużo szybciej, musi oznaczać zdecydowany wzrost cen jaj. Dzisiaj sieci handlowe często sprzedają jaja ściółkowe czy z wolnego wybiegu niewiele drożej od tych z klatek. Nie miejmy złudzeń. Takie promocje wkrótce nie będą już możliwe, a cena jaj pójdzie mocno do góry.

Dodatkowo mogą to już nie być jaja od polskich producentów, gdyż ci mogą nie zdążyć ze zmianą sposobu produkcji. Unia Europejska szczyci się najwyższymi na świecie standardami dotyczącymi dobrostanu zwierząt hodowlanych i wszyscy chcemy, by te standardy były nieustannie podnoszone. Jednak musi odbywać się to w sposób, który nie powoduje zablokowania dostępu do rynku polskim producentom, których możliwości inwestycyjne, w porównaniu z niemieckimi czy francuskimi hodowcami, są ograniczone. Warto również uczciwie informować klientów, że przynajmniej część tych zmian będzie miała swoje odbicie we wzroście cen.

Polityka 31.2018 (3171) z dnia 31.07.2018; Rynek; s. 39
Oryginalny tytuł tekstu: "Żywienie przesądów"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną