Łapią i kastrują

Miau i już nie ma
Buszują po piwnicach, cmentarzach i bazarkach, wyłapują koty i sterylizują – żeby mniej było kociego nieszczęścia.
ihasb33r/Polityka

titicat/Flickr CC by SA

Wprawny łapacz na sobotę konieczny! „Współuczestnikom łapanek gwarantuję: pobrudzenie się, poznanie miasta z zupełnie innej perspektywy, ćwiczenia poprawiające koordynację ruchową, niecodzienne spotkania”, pisze osoba o pseudonimie jopop. Gdy w ciągu doby nikt nie odpowie na jej ogłoszenie, sama wydzwania po znajomych: Cześć, tu Joanna, pomożesz mi w sobotę?

Koci zestaw

Jopop, czyli Joanna, w dzień jest wykładowcą na AWF, wieczorami buszuje po osiedlowych piwnicach, bazarkach, cmentarzach, pofabrycznych budynkach i ogródkach działkowych. W roboczych ciuchach, grubych rękawicach i zdezelowanych adidasach. Stały zestaw w plecaku to latarka, wabiki (waleriana i tuńczyk) i otwieracz do puszek. Przydaje się też drabinka, gdy np. trzeba zejść do grobu. – Kiedyś na Powązkach znaleźliśmy małe w otwartej trumnie – wspomina. – Były za słabe, by wyjść o własnych siłach. Wezwałam więc kolegę do zadań specjalnych. Poprosił spadkobierców grobu o pozwolenie na zejście i wyciągnął je. A wszystko działo się w Zaduszki.

Joanna jest wolontariuszką stowarzyszenia Mruczek. Od czterech lat wyłapuje dzikie koty, by następnie je sterylizować. Do każdej akcji angażuje sztab ludzi: karmiciela (czyli osobę, która dokarmia bezpańskie koty), kierowcę i lekarza. Zapewnia sprzęt, szuka miejsca w lecznicy i DT – czyli domu tymczasowego. Ogłoszenia zamieszcza na portalu miau.pl. – W Warszawie mamy dziesiątki tysięcy bezpańskich kotów, czasem na jeden blok przypada ich aż 50. To za dużo – tłumaczy Joanna. – Zimą gnieżdżą się w piwnicach, a konkurujące ze sobą kocury zaznaczają teren. Starczy jeden samiec, żeby w bloku śmierdziało nieziemsko, trudno dziwić się mieszkańcom, że narzekają – przyznaje. – Ale to potrzebne zwierzęta, dzięki nim jest mniej gryzoni. Dlatego chcemy kontrolować ich populację.

Codziennie pod oknem na parterze bródnowskiego bloku czeka piętnaście kotów. Przychodzą, gdy na dobre się ściemni. – Bo czy widziała kiedyś pani koty w dzień? – pyta Barbara, karmicielka.

Choć na emeryturze, wiecznie w niedoczasie. Bo zimą, gdy wszystko zamarza, jedzenie i wodę trzeba wynosić kilka razy dziennie. Czy pada deszcz, czy świeci słońce, pokonuje kilkanaście kilometrów. – Na szczęście szybko chodzę, jak Korzeniowski – żartuje.

Część jedzenia dostaje od gminy w postaci talonów. – Ale to tylko trzy puszki na kwartał i trochę suchej karmy, tyle co nic. Resztę muszę pokryć z własnej kieszeni – mówi. – Nie kupuję karmy reklamowanej w telewizji, tylko tańszą – zaznacza. Ludzie reagują różnie. – Zwykle z pobłażaniem nazywają mnie kociarą – uśmiecha się.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną