Nasz konkurs dla młodych naukowców

Zaproszenie na wyspę
Po raz dziesiąty ogłaszamy jedyny w swoim rodzaju konkurs na intelektualny niepokój i życiową ambicję. Zapraszamy młodych naukowców. Do wygrania portfele z zawartością 25 tys. zł każdy.
Jedna z laureatek Aleksandra Cisłak w otoczeniu profesury i bliskich
Tadeusz Późniak/Polityka

Jedna z laureatek Aleksandra Cisłak w otoczeniu profesury i bliskich

Arytmetyka ujawniłaby całą swoją urodę, gdyby na dziesiąte urodziny programu stypendialnego POLITYKI udało się zgromadzić fundusze na kolejne 24 stypendia. W ten sposób grono stypendystów, których w ciągu minionych dziewięciu lat nazbierało się 176, urosłoby do okrągłej liczby, a suma, którą zebraliśmy od darczyńców i rozdaliśmy w symbolicznych portfelach, sięgnęłaby 5 mln zł. (Zasadą naszej działalności jest przekazywanie zebranych pieniędzy co do złotówki w ręce zwycięzców konkursu).

Wszystko zależy od sponsorów, których niestrudzenie przekonujemy do idei łowienia i honorowania najbardziej utalentowanych młodych ludzi nauki. Choć przez dziesięć lat nie usłyszeliśmy sceptycznego słowa na temat tego pomysłu, trudno też nie zauważyć, jak bardzo w świecie biznesu i finansów kryzys przystrzygł hojność, entuzjazm, gotowość do inwestycji, gdy gwarancja szybkiego zysku nie jest pewna. Tym serdeczniej witamy wśród tegorocznych sponsorów tych, którzy hasło „Zostańcie z nami!” od dekady biorą również do siebie i trwają przy nas, oraz tych, którzy – wbrew oszczędnościowym trendom – debiutują w programie.

Wyjątkowa wdzięczność należy się osobom zasilającym kasę Fundacji POLITYKI jednoprocentowymi odpisami od swoich podatków. Zawsze z poruszeniem odnotowujemy też pokaźne anonimowe darowizny, wiedząc lub domyślając się tylko, że pochodzą one od uczonych, w tym naszych byłych stypendystów, których kariera szczęśliwie zaowocowała sukcesem finansowym.

Ani dziesięć lat temu, ani dziś ten właśnie związek – osiągnięć intelektualnych z materialnymi – nie jest w Polsce taki, jaki być powinien. Czyli oczywisty. Kiedy rozpoczynaliśmy program stypendialny, młodzi ludzie decydujący się na karierę naukową jawili się nam jako desperaci, którzy z nieracjonalnych powodów przedkładają pracę za grosze na polskich uczelniach nad propozycje zagraniczne albo ignorują przynęty z rozkwitających wtedy bujnie nowych branż gospodarczych. Żartobliwie nazwaliśmy ich desperados, sądząc, że pewien rodzaj uznania, zauważenia i jednorazowe wsparcie finansowe podtrzymają tych najlepszych na duchu.

Trudno było, rzecz jasna, pokładać przesadne nadzieje, że charytatywne gesty zbudują siłę polskiej nauki. Ale były lata, kiedy konieczność inwestowania w wiedzę i edukację wydawała się nie tylko modnym piarowskim frazesem, lecz dość powszechnym przekonaniem. Wydawało się jednocześnie, że w braku pieniędzy, w ustawicznym niedofinansowaniu nauki oraz marnych płacach badaczy i nauczycieli akademickich leży sedno problemów; że jeśliby sypnąć hojniej groszem, potencjał intelektualny Polaków objawiłby całą swoją moc, a szkoły wyższe przestałyby się zamieniać w marne, masowe fabryki absolwentów o mało przydatnych kwalifikacjach.

Dwa bieguny

Dziś jasno widać, że wszystko to nie jest takie proste. W Polsce pieniędzy z budżetu państwa idzie na naukę – oczywiście proporcjonalnie do dochodu narodowego – tyle, ile w zaawansowanych cywilizacyjnie krajach Europy, a grantowe zasilanie z Unii Europejskiej w niektórych instytucjach badawczych graniczy z klęską urodzaju (są zakłady naukowe, które tak zwycięsko wyszły ze starań o granty, że ich budżet w ciągu roku wzrósł pięciokrotnie). Dochody z czesnego pozwalają prosperować paru setkom uczelni komercyjnych (mamy ich najwięcej w Europie) oraz – jak to się mówi – dopiąć budżet uczelniom publicznym.

Ten strumień pieniędzy nie zasila jednak roztropnie zbudowanych kanałów, nie nawadnia, nie użyźnia systemu nauki tak, jak powinien. Jeśli bowiem system ten był w Polsce w ciągu ostatniego 20-lecia rozbudowywany, to chaotycznie; jeśli konserwowany, to często w takim znaczeniu tego słowa, które wiąże się z przestarzałością, zachowawczością, konserwatyzmem.

Toczy się obecnie dyskusja w środowisku naukowym (choć angażuje ona raczej rektorów, polityków i urzędników niż po prostu pracowników uczelni i instytutów naukowych) nad dwoma konkurencyjnymi strategiami rozwoju szkolnictwa wyższego, ogłoszonymi z początkiem 2010 r. POLITYKA stara się debacie towarzyszyć, a nawet ją ożywiać. Przymierzają się do niej także nasi stypendyści, którzy w lutym 2010 r. wraz ze stypendystami Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej i Krajową Reprezentacją Doktorantów zawiązali ciało doradcze minister szkolnictwa wyższego: Radę Młodych Naukowców (w 21-osobowym gronie siedmioro członków to laureaci naszego konkursu; przewodniczącą jest socjolog dr hab. Hanna Mamzer, wiceprzewodniczącym – prawnik dr Tomasz Zalasiński).

Jest to dyskusja trudna, emocjonalna, zawiesza się już przy diagnozie. Jedni trwają w przeświadczeniu, że sam fakt, iż połowa młodzieży garnie się w Polsce do studiów, to najlepszy dowód fantastycznego sukcesu szkolnictwa wyższego i potwierdzenie jego świetnej kondycji, więc – w ich mniemaniu – wymaga ono co najwyżej niewielkich korekt. Na przeciwnym biegunie są ci, którzy w tym samym fakcie – umasowienia studiów – widzą przyczynę degradacji uczelni.

Ten drugi radykalny biegun ostro punktuje fatalne konsekwencje masówki: spadek poziomu nauczania, kompletną anonimowość studentów, zanik tradycyjnych relacji mistrz–uczeń, niekontrolowany rozwój szkolnictwa komercyjnego, także na uczelniach państwowych. A przede wszystkim: hermetyzację polskiej profesury. Dostęp do zawodu naukowca jest bardzo trudny. Dość powiedzieć, że zrobienie doktoratu w Polsce wymaga jeszcze większej determinacji niż 10 lat temu, skoro tylko 35 proc. doktorantów otrzymuje jakiekolwiek stypendium (zwykle 1–1,3 tys. zł).

Wyspa dla naukowców

Dla radykalnych krytyków nie ulega wątpliwości, że obrona obecnego stanu rzeczy, niechęć do reform (i do minister Barbary Kudryckiej, mocno przywiązanej do zamiaru zreformowania już czegokolwiek) ma charakter obrony interesu grupowego. Wyraźnie materialnego interesu. „Zawód” profesora w zbyt wielu przypadkach został zmerkantylizowany, osławiona wieloetatowość jest zbyt łatwo akceptowanym modelem sukcesu.

To zjawisko nie wzięło się z niczego innego, jak właśnie z trwającego dziesięciolecia niedostatku i niedopłacenia. Naukowcy odbierają, powiedzieć można, co im się należy; chcą – jak wiele innych grup zawodowych – szybko dogonić standard życia, jakim cieszą się na Zachodzie osoby o podobnych kwalifikacjach i – cokolwiek powiedzieć – autorytecie. Jednak odbywa się to coraz boleśniejszym kosztem. Ponoszą go – i to dosłownie – ci młodzi ludzie (i ich rodzice), którzy ulegli bardzo dyskusyjnej tezie, że lepsze byle studia niż żadne. Rykoszetem rażeni są też ludzie aspirujący do pracy naukowej.

Wielu z naszych stypendystów podkreśla, że trafili wyjątkowo: na wyjątkowy wydział, do wyjątkowego zakładu, na wyjątkowego szefa i tylko dlatego wytrwali w swoim wyborze, rozwinęli się, do czegoś doszli. Czasem jest to wyznanie ceremonialne, częściej jednak szczere i oddaje atmosferę na uczelniach. Bo wyjątkowe stało się to, że młody utalentowany człowiek został w porę dostrzeżony, uczciwie zatrudniony i – żeby się utrzymać – nie musi respektować zgoła feudalnych rytuałów, które są parodią tak chętnie deklarowanego mistrzowsko-uczniowskiego etosu.

Chciałoby się wierzyć, że zespół 20 profesorów, których skupiliśmy w kapitule naszego konkursu, nie jest wyjątkowy. Nasze doświadczenie w corocznej, żmudnej procedurze wyłaniania laureatów jest budujące. Ale czy skłonność do wspierania młodych ludzi, sprawiedliwość oceny, entuzjastyczny stosunek do ich osiągnięć jest normą w świecie nauki? My przynajmniej mamy satysfakcję, że taką wyspę udaje się nam co roku tworzyć.

Chciałoby się wierzyć, że grono naszych stypendystów ze względu na swą wyjątkowość intelektualną okrzepnie, zahartuje się, zechce bardziej donośnym głosem wypowiadać się w sprawach systemu nauki w Polsce. Nikt inny za nich tego nie zrobi. My przynajmniej mamy taką satysfakcję, że w październiku spotkamy się znów z grupą tych, którzy zostali z nami na lata, którym nie chce się dreptać tylko po utartych szlakach między biblioteką, salą wykładową i własnym gabinetem. Znów zaproszą kogoś, kto wygłosi niebanalny wykład ku ozdobie gali, znów wydadzą książkę ze swoimi rozprawami, znów wpadną na jakiś pomysł w rodzaju ubiegłorocznych warsztatów „Jak nie pisać?”. Taka to wyspa.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną