Jak staruszki złapały złodzieja

Prywatne śledztwo
Hanna C., lat 70, sześć tygodni z wałkiem do ciasta ukrytym w torebce tropiła tego, za przeproszeniem, skurwysyna.
Tadeusz Późniak/Polityka

Jest dzień po Krystynie, 14 marca. Hanna C. wraca tramwajem do domu z zaległych imienin siostry. Na wieży kościelnej przy ul. Broniewskiego widzi godzinę 21.40. Zasiedziały się, jak zwykle. Odkąd reszta rodzeństwa wykruszyła się na tamten świat, zżyte są niesamowicie. Obie podobne do złudzenia (wzrostu dużej juki, mniej więcej 150 cm). Również osobowościowo.

Więc Hanna wysiada z tramwaju. Mieszka w pierwszym bloku za komendą. Jest przyjemna widoczność, zapewne spowodowana śniegiem, co musiało uśpić jej czujność, bo nie wyciąga rutynowo gazu z torebki, żeby przenieść go do kieszeni. Pierwszy gaz kupiła na Stadionie Dziesięciolecia, naoglądawszy się w telewizji tego chamstwa. Z powodu chamstwa już nawet przestała palić na ulicy, bo nic tylko daj, i jeszcze dla kolegi. To cholery można dostać. Albo te Rumunki, żebrzące na beciki z dziećmi. Przypomina w tramwaju dającym, że biedy to my mamy swojej polskiej dość.

Atak

Nagle pod samą latarnią łapie ją za mankiet jakiś, za przeproszeniem, bandyta. Rwie torebkę i rwie, a ona nie puszcza. W torebce ma dorobek życia: psią emeryturę za przepracowanych jako sprzątająca na kolei 36 lat i 6 miesięcy. Pieniądze przekładała z portfela do regału dopiero w połowie miesiąca, po opłaceniu wszystkich rachunków. Bo nie preferuje konta. A po co jej denerwować się, czy łyknie kartę, czy nie? Poza tym zdarza się, że wnuczki przychodzą: a nie masz babciu 10 zł, bo mnie się nie chce do bankomatu lecieć?

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną