Społeczeństwo

Mały rycerz z nartami

Jak żyć bez Małysza

Nie używał wielkich słów, nie mieszał poezji do sportu, ale kiedyś wyznał, że nie skacze tylko po to, żeby wygrywać. Nie używał wielkich słów, nie mieszał poezji do sportu, ale kiedyś wyznał, że nie skacze tylko po to, żeby wygrywać. Imago SportFotodienst, Marek Sobczak / EAST NEWS
Dlaczego właśnie Adam Małysz stał się bohaterem narodowym, i to w kraju, w którym sporty zimowe nigdy nie cieszyły się wielkim powodzeniem?
Skromny chłopak z Wisły skakał przez te lata dla rodaków święcie przekonanych, że zasługują w życiu na coś więcej.Anna Nowak/Contrast/Przegląd Sportowy/Newspix.pl Skromny chłopak z Wisły skakał przez te lata dla rodaków święcie przekonanych, że zasługują w życiu na coś więcej.
Adam Małysz zaspokajał nasz głód sukcesu, zapewne nie tylko sportowego.Adrian Gładecki/Reporter/EAST NEWS Adam Małysz zaspokajał nasz głód sukcesu, zapewne nie tylko sportowego.
Adam Małysz z córką Karoliną, 2001 r.Mieczysław Włodarski/Reporter/EAST NEWS Adam Małysz z córką Karoliną, 2001 r.
Z żoną Izą, 2007 r.Piotr Bławicki/SE/EAST NEWS Z żoną Izą, 2007 r.

Sportem narodowym staje się u nas ta dyscyplina, w której akurat odnosimy sukcesy. Gdyby nie fenomenalne występy Małysza, popularność skoków narciarskich pozostawałaby z pewnością na nieporównanie niższym poziomie. Nawet w ostatnich dniach można było usłyszeć w telewizyjnych debatach opinię – sport może nie najciekawszy, ale na Adama zawsze miło było popatrzeć.

„Orzeł z Wisły” stał się jednym z niewielu pozytywnych symboli, które połączyły rodaków. Często powtarzamy, że integrują nas klęski, traktowane jako znak dany nam po to, byśmy się zastanowili nad sobą, zaprzestali sporów i waśni. (Jak się to kończy, nie musimy przypominać).

Każdy sukces bywa u nas w jakiś sposób podejrzany. Wystarczy poczytać w Internecie komentarze po jakiejkolwiek wzmiance o nagrodzie dla rodzimego artysty czy odznaczeniu dla polityka. Jest takie powiedzenie, najprawdopodobniej wymyślone przez Polaków: Sukces opowiedziany w szczegółach niewiele różni się od klęski. Tymczasem o sukcesie Małysza można opowiadać w najdrobniejszych szczegółach i w klęskę się nie przemieni.

Dodajmy, iż symbol polskiego zwycięstwa, jakim stał się Małysz, ma jeszcze jedną cechę wyjątkową, jest mianowicie bardzo demokratyczny, niereglamentowany. (Nie bez znaczenia był też szczegół, że występy Adama pokazywała zawsze telewizja publiczna, a nie np. kodowana, jak to się teraz dzieje z wieloma sportami). Transmisje ze skoczni oglądali zarówno profesorowie wyższych uczelni, jak i przedstawiciele zawodów lokowanych na samym końcu tabeli społecznego prestiżu. Na czas startów naszego orła zawierano nawet rozejm w domowych wojnach o pilota i małżonkowie solidarnie wpatrywali się w ekran, co już przykładowo przy transmisjach piłkarskich stwarza poważne problemy i czasem kończy się awanturą. Z Małyszem fotografowali się premierzy kolejnych rządów, a politycy rozmaitych odcieni, szukając poręcznej metafory, przywoływali jego wysokie loty.

Debiutował w narodowej reprezentacji w 1994 r., czyli – jak łatwo obliczyć – jego zawodowa kariera trwała aż 17 lat. To w życiu Polski, ale i każdego z nas szmat czasu. Kim byliśmy, kiedy Małysz pojawił się na skoczni, komu wówczas w Polsce, nie tylko na sportowych arenach, kibicowaliśmy? Dziś już trudno byłoby wymienić nazwiska polityków, którzy w tym czasie zdobywali władzę – wydawało się na długie lata – a następnie ją tracili. A kto pamięta imiona gwiazd i gwiazdek popkultury, pojawiających się w tym czasie na dużym i małym ekranie, a przede wszystkim w kolorowych wysokonakładowych pismach? Mieli błyszczeć, podbijać świat, zdobywać najważniejsze nagrody, a zwykle kończyli po paru sezonach. Odkrycia sportowe też z reguły nie spełniały pokładanych w nich nadziei, dość wspomnieć piłkarzy, którzy wprawdzie w tym czasie zdobyli awans do finałów mistrzostw świata i Europy, ale odpadali już po grach eliminacyjnych.

Dzisiaj zapominamy, że nie była to bynajmniej kariera łatwa ani błyskawiczna. 17 marca 1996 r. Małysz wygrał zawody na skoczni w Holmenkollen w Norwegii, potem przyszły gorsze starty, nie zaimponował na igrzyskach olimpijskich w Nagano (1998), gdzie w obu konkursach lądował w szóstej dziesiątce. Wielkim bohaterem został w styczniu 2001 r., kiedy wygrał Turniej Czterech Skoczni. Ale i później zdarzało się, że latał niżej, zaznawał goryczy porażki, pisano, iż po kolejnym upadku już się nie podniesie, ale on tylko mocniej trenował i znowu skakał dalej. Pod tym względem też świecił przykładem, pokazując, że nawet jemu sukcesy nie przychodzą łatwo, że na zwycięstwo trzeba ciężko zapracować. Może nie wszyscy zaraz chcieliby go naśladować, ale sama postawa budziła szacunek.

Metafizyka skoku

Świecką tradycją stały się coroczne zawody Pucharu Świata w Zakopanem. Tysiące ludzi pod Krokwiami, nastrój narodowego pikniku i przez wiele lat ta sama piosenka Wilków „Lecę, bo chcę”. Czyli trochę poezji, dodanej do suchych wyników pojawiających się na elektronicznych tablicach. Potem w telewizji niezliczone powtórki najlepszych skoków, w zwolnionym tempie, a w tle – góry, lasy, niebo. Skoczkowie podobni do ptaków.

Powiedzmy szczerze, telewizja upiększa te zawody. W rzeczywistości skok trwa parę sekund i zawodnik bynajmniej nie szybuje w otwartych przestworzach, gdyż cały czas zachowuje bezpieczną odległość od ziemi. Ale kamery ustawione są tak, by powstawało wrażenie, iż skoczek fruwa i nie podlega prawom grawitacji. Atmosferę potrafią podgrzewać sprawozdawcy, do granic wytrzymałości ogrywając symbolikę lotu. Chyba w żadnej innej dyscyplinie sportu nie ma przyzwolenia na tak daleko posunięte grafomaństwo komentatorów. Widać kibice przed telewizorami potrzebują tego rodzaju emocji.

Na żywo skoki są nieco mniej widowiskowe, co nie znaczy, że nie rozpalają wyobraźni widzów. Każdy może sobie przecież wyobrazić, co czuje sportowiec, kiedy zajmuje miejsce na belce i przygotowuje się do skoku. Kto zaś miał okazję spojrzeć w dół z miejsca startu zawodników, nie zapomni ogarniającego go przerażenia. To zabawa tylko dla orłów. Ale przecież oni też się boją. „Kto wychodzi na skocznię bez żadnego lęku, nie może być dobrym skoczkiem – wyznał Małysz w jednym z wywiadów. – Rzecz właśnie w tym, że trzeba przełamać ten strach”. Ale kiedy indziej dodawał: „Nie da się skakać myśląc, że można się zabić”. Nic dziwnego, że z najwybitniejszymi skoczkami pracują psychologowie, służący fachową pomocą, przydatni zwłaszcza w okresach regresu formy, ale pomagający też pokonać traumę po ciężkich upadkach, które zdarzają się każdemu. Małysz też nie zawsze kończył popisowym telemarkiem.

Nie używał wielkich słów, nie mieszał poezji do sportu, ale kiedyś wyznał, że nie skacze tylko po to, żeby wygrywać. Lubił występy na mamuciej skoczni, gdzie jest jeszcze bardziej niebezpiecznie, ale za to lot trwa dłużej i ma się poczucie wolności – jak sam to ujął – porównywalnej do wolności lecącego ptaka. „To trudno opisać i wytłumaczyć – przekonywał. – Żeby to zrozumieć, trzeba spróbować takiego lotu, ale nie każdy może”. On mógł.

Dobro narodowe

Adam Małysz zaspokajał nasz głód sukcesu, zapewne nie tylko sportowego. Na próżno uczeni tłumaczą narodowi: powinniście się cieszyć, odzyskaliśmy przecież wolność, Polska weszła do Unii Europejskiej i do NATO... Niby to wszystko prawda, ale jakiś niedosyt ciągle pozostaje. Bo albo nas gdzieś nie zaproszą, albo nie przypomną zasług, nie docenią. Nie wezmą polskiego filmu na wielki festiwal, Wajdzie nie dadzą Oscara za „Katyń”, a naszą rodaczkę skrzywdzą w Hollywood.

Skromny chłopak z Wisły skakał przez te lata dla rodaków święcie przekonanych, że zasługują w życiu na coś więcej. Latają nisko, ponieważ przyszło im żyć w trudnych czasach i w nieprzyjaznym świecie. Małysz potrafił odnaleźć się w tych niesprzyjających okolicznościach. Bywało, że musiał stawać sam przeciw koalicji Niemców, Austriaków, Skandynawów. Wszystko chłopaki z lepszego, bogatszego świata, a nasz Adaś nie pęka. Co uwiecznione zostało pięknie w poezji ludowej:

Wszyscy inni razem wzięci

Na Adama są zawzięci

Lecz przeskoczyć go nie mogą.

Bo ich nerwy zaraz zmogą.

Trzeci puchar Adaś masz!

Boś ty Polak, boś Ty nasz!

(Utwór Ryszarda A. Krasa, zgłoszony do konkursu poetyckiego „Super Expressu” i magazynu olimpijskiego „Echa Stadionów”).

 

Jak wiadomo, nasz kibic potrafi być niewdzięczny, o czym niejednokrotnie przekonywali się choćby piłkarze, najpierw ubóstwiani, a po kilku nieudanych meczach lżeni i wyśmiewani. Małysz cały czas cieszył się specjalnymi względami fanów, jakby był najprawdziwszym dobrem narodowym. Kiedy noga mu się powinęła – co w wypadku skoczka wcale nie jest przenośnią – rodacy szukali natychmiast usprawiedliwienia, winiąc wszystkich, trenerów, działaczy, ale nie samego zawodnika. Stronniczy bywali też sędziowie, nawet pogoda okazywała się złośliwa, wiatr potrafił sprzyjać innym, a naszemu orłowi wiał w oczy i znosił ku ziemi.

Jak w każdym podaniu o bohaterze narodowym, musiało się znaleźć miejsce dla czarnego charakteru, który utrudniał życie naszemu mistrzowi. Sezonowo rolę tę odgrywali zagraniczni skoczkowie, robiący nieoczekiwane postępy. Tak było np. ze Svenem Hanawaldem, który śmiał wygrać z naszym Adamem w Zakopanem. Niemiec obrzucony został śnieżkami, a podczas innych zawodów, w Harrachowie, nasi kibice, zawsze chwaleni za kulturalny doping, potraktowali Svena jak piłkarscy kibole drużynę przyjezdną. Gdyby się wsłuchać w treść wznoszonych okrzyków, można by pomyśleć, że odżył na moment stereotyp złego Niemca.

Na szczęście rywale rzadko brylowali w następnych sezonach, więc zdarzało się, że byli wrogowie Małysza stawali się ulubieńcami krajowej publiczności (jak Martin Schmitt, gdy przestał wygrywać).

„Przeleciał wszystkich”

Małysz był natchnieniem nie tylko dla miłośników poezji. Inspirował również rzesze malarzy i rzeźbiarzy amatorów, którzy widzieli go w panteonie narodowych bohaterów, na przykład z husarskimi skrzydłami. Jak to ujęto w dowcipie, „przeleciał wszystkich”. Cichy triumfator z Wisły najwyraźniej trafiał w zbiorowe oczekiwanie rodaków, mających szczególne upodobanie do bohaterów niepozornych, walczących nie tylko z rywalami, ale także z własnymi ograniczeniami. Nie przypadkiem jednym z naszych ulubionych bohaterów literackich jest Jerzy Michał Wołodyjowski, „mały rycerz”, któremu ojciec powiedział w dzieciństwie: Albo ludzie będą się z ciebie śmiać, albo będą się ciebie bać. Jak pamiętamy, bali się najdzielniejsi szermierze.

Adam z wielu powodów nie nadawał się na bohatera czasów popkultury. Niski, niepozorny, niezbyt urodziwy i w dodatku mało medialny. W minioną niedzielę, gdy po powrocie z Oslo zadano mu na lotnisku podchwytliwe pytanie, czy nie zmieni zamiarów, odpowiedział rozbrajająco szczerze: Nie pamiętam, jak to dokładnie jest w przysłowiu, ale nie wchodzi się dwa razy do tego samego. Podobnie było, gdy podsuwano mu mikrofon podczas zawodów. Uśmiechał się przepraszająco, tłumaczył, że nie wszystko poszło tak, jak powinno, ale jeszcze popracuje i może będzie trochę lepiej. Nie filozofował, nie popisywał się przed dziennikarzami. Można było odnieść wrażenie, że tłumaczy się, usprawiedliwia. I to też musiało się podobać, zwłaszcza w czasach, kiedy umiejętności „sprzedawania się” można nauczyć się na przyspieszonych kursach. Małysz w tym wyścigu po sławę w ogóle nie brał udziału.

Podkreślał w wywiadach, że pochodzi z niezbyt bogatej rodziny i wie, co to znaczy życie w skromnych warunkach. Z zawodu jest blacharzem dekarzem. Kiedy miał chwile załamań, zwłaszcza w początkach kariery, zastanawiał się, czy nie wrócić do wyuczonego fachu. Mamy w naszym narodowym panteonie jeszcze jednego bohatera z podobną plebejską genealogią. Trudno jednak o bardziej odmienne charaktery i temperamenty. Lech Wałęsa nigdy nie grzeszył skromnością i do dziś wiele wypowiedzi zaczyna od „ja”. Małysz pozostał skromny do bólu. „Adam nie jest egoistą – powiedział jego ostatni trener Hannu Lepisto. – Gdyby był, wygrałby dużo więcej, ale cieszę się, że tego nie sprawdziliśmy”.

Nie dał się wykorzystać publicznie, mimo iż politycy różnych opcji pewnie dużo by dali za jego poparcie. Występował w reklamach, ale też nieprzesadnie się nam naprzykrzał. I pozostał skromnym Adamem z Wisły, lokalnym patriotą, który po kolejnych wyprawach na światowe skocznie wracał do rodzinnego domu, gdzie znajdował spokój. Gdy pod dom zaczęły podjeżdżać autokary z turystami robiącymi zdjęcia, nie zdenerwował się, tylko podniósł wysokość płotu.

Czy jest życie bez Małysza?

Teraz wreszcie porządnie się naje. Na zestaw bułka plus banan chyba już nigdy nie spojrzy. (W dniu, w którym ogłosił rezygnację, reporter TVN24 pytał ludzi na ulicy, z czym im się kojarzy bułka z bananem?). Udzielił już kilku dłuższych wywiadów. We wszystkich mówi mniej więcej to samo. „Moim marzeniem zawsze było skończyć karierę, kiedy będę dobrze skakał – przypomina. – Tak jak kiedyś mój idol Jens Weissflog. Wielu skakało świetnie, a kariery kończyli w kryzysie. To nie jest fajne”.

W grudniu skończył 33 lata. Chciał dotrwać do mistrzostw świata w Oslo, bo tam „wszystko się zaczęło” w 1996 r. Apoloniusz Tajner, kiedyś trener, obecnie szef Polskiego Związku Narciarskiego, zwierzał się, że widzi Małysza na zimowych igrzyskach olimpijskich w 2014 r. w Soczi, ale Małysz już w sierpniu ubiegłego roku powiedział „Gazecie Wyborczej”: „A ja siebie na 99 procent nie widzę. Jestem już tym wszystkim bardzo zmęczony. To trwa tak długo...”. Dał słowo trenerowi Hannu Lepisto, że zdania nie zmieni i nie wróci na skocznię. Bo niektórzy wielcy po pewnym czasie próbowali wracać (jak Janne Ahonen), ale bez wielkich sukcesów. Tylko trwonili zdobytą wcześniej sławę.

Dostaje dużo esemesów, o jednym wspomina w wywiadach. „Panie Adamie, telewizor nie jest mi już do niczego potrzebny – pisze zasmucony kibic. – Wyrzucam go przez okno”. Na Woronicza, ktokolwiek będzie rządził telewizją publiczną, muszą się martwić. Jaki polski sportowiec zgromadzi teraz przed ekranem 10-milionową publiczność? Ale problem jest jeszcze poważniejszy. Oglądanie Małysza to był ceremoniał, który organizował przez ostatnich kilkanaście lat życie rodaków w późnojesienno-zimowe popołudnia i wieczory. Czasem – jedyny pomysł na weekend. Teraz przyjdzie uczyć się żyć bez Małysza. Jakby trochę radości nam wszystkich ubyło.

A jednak – jak wynika z badań Instytutu Homo Homini – aż 74 proc. rodaków jest zdania, że Małysz dobrze zrobił kończąc już teraz karierę. Być może, gdyby pytanie zostało inaczej postawione, gdyby przykładowo tydzień wcześniej spytano, czy Małysz powinien w ogóle zastanawiać się nad zejściem ze skoczni, odpowiedź byłaby inna. Bo bez wątpienia kibice chcieliby nadal oglądać „orła z Wisły”. Niemniej uszanowali jego wybór, ponieważ właśnie on miał prawo tak postąpić. Odleciał pięknie, w swoim stylu.

Polityka 11.2011 (2798) z dnia 11.03.2011; Coś z życia; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Mały rycerz z nartami"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną