„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Społeczeństwo

Kupowanie konia w worku

Marka polskich koni

Nasi jeźdźcy i konie pokazują się regularnie w doborowym towarzystwie, Polska nie jest już traktowana jak czarna dziura. Nasi jeźdźcy i konie pokazują się regularnie w doborowym towarzystwie, Polska nie jest już traktowana jak czarna dziura. Margo Harrison / PantherMedia
Polscy zawodnicy w ujeżdżeniu dostają milionowe oferty za swoje konie. Gdyby zgodzili się na sprzedaż, nie mielibyśmy historycznej szansy w Londynie.
Michał Rapcewicz na Randonie podczas mistrzostw świata w ujeżdzeniu, Lexington w USA.LARRY W. SMITH/EPA/PAP Michał Rapcewicz na Randonie podczas mistrzostw świata w ujeżdzeniu, Lexington w USA.

Asertywność Beaty Stremler, obecnej mistrzyni Polski w ujeżdżeniu, została w ostatnich miesiącach wystawiona na ciężką próbę. Na światowych czworobokach, gdzie prezentuje się taniec na koniu, zagościła w minionym roku. I od razu przykuł uwagę wałach Martini, którego dosiadała. Ojciec Beaty Bogdan Stremler mówi, że dość szybko pojawili się chętni do zakupu konia i sprawiali wrażenie zdziwionych, gdy słyszeli twarde oraz zdecydowane „nie”. – Choć nieraz ucinaliśmy, że Martini nie jest na sprzedaż, temat co jakiś czas wracał. Z paru stron. W szczytowym momencie kwota urosła do kilku milionów złotych – przyznaje. Ceny koni przygotowanych do startów w prestiżowych zawodach w ujeżdżeniu zaczynają się mniej więcej od 100 tys. euro.

Michał Rapcewicz, kolega Beaty z reprezentacji, który kilka lat temu też był wodzony na pokuszenie: – W kolejce ustawiali się bajecznie bogaci ludzie. Ze Stanów Zjednoczonych, z Holandii, Danii. Miałem wrażenie, że oni nie tyle chcieli kupić mojego Randona, ile marzenie. A dla marzeń, wiadomo, granic nie ma – wspomina. Podbijanie stawki za Randona odbywało się przez telefon, aż w końcu Rapcewicz znalazł dość odwagi, by komórkę wyłączyć. Ostatnia oferta, jaką zdążył jeszcze usłyszeć, przebijała milion euro. Michał mówi, że ani wtedy, ani teraz nie stać go, aby taką propozycją wzgardzić. Zdał się na serce, a ono podpowiadało: kto wie, czy drugi start na igrzyskach olimpijskich jeszcze ci się trafi?

Zdążyć przed igrzyskami

Najgorętszy okres na giełdzie koni ujeżdżeniowych to ostatnie miesiące roku poprzedzającego letnie igrzyska. Cel: zdążyć z wymogami formalnymi, by na najważniejszej imprezie czterolecia nabytek mógł już startować pod nowym jeźdźcem i dla nowego właściciela. Michał Rapcewicz mówi, że gdyby nie perspektywa udziału w igrzyskach w Pekinie, to nie ręczy, czy by się nie ugiął. – Miałbym kupę forsy, ale moja kariera mogła stanąć. Już wprawdzie zaczynałem wychowywać dla Randona następcę, ale wtedy, w 2008 r., starty na nim to była perspektywa kilku lat – wspomina.

Z drugiej strony następca sprzedanego konia nie musi czekać w stajni. Zawsze można go kupić. – Pieniądze, jakie wchodziły w grę, dawały Beacie gwarancję niezależności i być może większe możliwości rozwoju w tym sporcie, bo przecież trzeba się liczyć z sytuacją, że nas, rodziców, nie będzie w jakimś momencie stać na sponsorowanie jej kariery – opowiada Bogdan Stremler.

Niewiele więc zabrakło do tego, by zrobili krok w tył z nadzieją na przyszłe kroki w przód. Beata zezwoliła na drobiazgowe badania Martiniego na koszt chętnych, co w praktyce oznacza, że sprzedaż jest o włos. Niedoszli właściciele wałacha posunęli się jednak w negocjacjach o krok za daleko, gdyż ustaloną już cenę nieoczekiwanie próbowali stargować, czym zniechęcili Stremlerów do transakcji. Po jakimś czasie znów się odezwali, tym razem podbijając stawkę, ale Beata miała dość niepewności, Martini był dla niej zbyt ważny, a igrzyska zbyt blisko. I temat zamknęła.

Siedząc na bombie

W ujeżdżeniu chodzi z grubsza rzecz biorąc o to, by wykonać w takt muzyki przewidziane w układzie figury, kierując koniem niedostrzegalnymi ruchami. Jak w tańcu – ma być płynnie, harmonijnie, szykownie i bezbłędnie od strony technicznej. Specjaliści od ujeżdżenia mówią: cała sztuka to połączyć dwa serca w jeden rozum.

Stworzenie duetu idealnego nie jest proste – w dużej mierze dlatego, że koń sportowy bywa osobnikiem chimerycznym i nieprzewidywalnym. – Potrafi podczas zawodów wywrócić do góry nogami cały program. Nie dlatego, że nie umie wykonać pewnych elementów, ale na przykład dlatego, że ich powtarzanie mu się znudziło – opowiada Monika Słowik, szefowa toru na Partynicach, nieopodal Wrocławia. – Albo ni z tego, ni z owego dostaje w czworoboku szału, bo nie spodobało mu się otoczenie bądź podłoże. Na widzu ujeżdżenie może sprawiać wrażenie mało dynamicznej konkurencji, ale jeździec za każdym razem ma poczucie, że siedzi na bombie.

Wrodzoną wywrotowość końskiej natury jeźdźcy traktują jako skutek uboczny uprawianego przez siebie stylu życia. I podkreślają, że nie ma patentu na idealny duet. Jak w życiu – gdy się taką parę tworzy, musi zaskoczyć to metafizyczne „coś”. – Randona wszyscy omijali szerokim łukiem. Miał opinię złośliwej, niewdzięcznej i kapryśnej bestii. A jak ja na niego wsiadłem, już po dwóch okrążeniach wiedziałem, że takiego konia szukałem – opowiada Rapcewicz.

Miliony, jakie proponowano mu za Randona, wywołały u niego refleksję: skąd po stronie kupującego pewność, że ta inwestycja będzie trafiona? Przecież, przy całej możliwej do zdobycia wiedzy, to jest jednak trochę kupowanie konia w worku. Przykładów, że po zmianie właściciela coś się zacinało, nie brakuje, a ostatnio tematem niekończących się dyskusji oraz przekonania, że pieniądze szczęścia nie dają, jest historia ogiera Totilas.

 

Pojawił się w ujeżdżeniowym światku niedawno, pod holenderskim jeźdźcem Edwardem Galem, i od razu okrzyknięto go zjawiskiem. Czarny jak smoła, budowy harmonijnej i muskularnej, poruszał się, jakby został stworzony do zawodów w ujeżdżeniu. Świadkowie twierdzą, że pokazy Totilasa pod Galem ocierały się o magię, na trybunach wstrzymywano oddechy, a co bardziej wrażliwi na piękno widzowie nie wstydzili się łez, gdy już wybrzmiały ostatnie takty muzyki. – Wygrywali, jak chcieli, bijąc przy tym rekordy punktowe, które wcześniej wydawały się nieosiągalne. W końcu Niemcy zawzięli się, że podkupią Totilasa konkurencji. Ile zapłacili, to tajemnica, ale mówi się, że około 14 mln euro. Złożyły się na niego trzy niemieckie koncerny, a przekonanie, że sukcesy będą teraz formalnością, było powszechne. Ale jak na razie współpraca kuleje. Na zeszłorocznych mistrzostwach Europy w Rotterdamie Totilas pod nowym jeźdźcem nie zmieścił się nawet w pierwszej trójce – opowiada Andrzej Sałacki, prezes klubu Lewada Zakrzów, a kiedyś świetny zawodnik.

Edward Gal nie wyobrażał sobie rozstania z Totilasem, ale nie miał nic do powiedzenia, gdyż o transakcji zdecydował właściciel ogiera. Dość bałamutnie zapewniał przy tym, że kieruje się tylko i wyłącznie troską o rozwój konia.

Utwierdzić markę

W zatrzymaniu Randona i Martiniego w Polsce pomogło to, że oba konie należą do jeźdźców, a nie hodowców, którzy pozbawieni są sentymentów, gdy tylko mogą zarobić i rozsławić własną stadninę. Choć nasi zawodnicy własność koni sobie chwalą – z uwagi na większą niezależność – Andrzej Sałacki zauważa, że wszędzie tam, gdzie wyniki w ujeżdżeniu są owocem działania systemu, konie są dostarczane przez hodowców. Tylko oni bowiem dbają o ciągłość rodów, linii, o to, by każde nowe pokolenie było bardziej wartościowe od poprzedniego. – U nas wszystko zachwiało się tuż po zmianach ustrojowych, ponad 20 lat temu. Najlepsze konie sprzedano, prywatyzacja nie spełniła nadziei, bo nie wszystkim właścicielom starczyło pieniędzy i cierpliwości, by wychować konia do ujeżdżenia, co w każdym przypadku trwa 89 lat. Jedyne skojarzenie z aukcją koni to wciąż Janów Podlaski i araby. I bardzo słusznie, bo aukcji koni do ujeżdżenia nie ma – podkreśla.

Na razie panuje więc radość z tego, że nasi jeźdźcy i konie pokazują się regularnie w doborowym towarzystwie i Polska nie jest już traktowana jak czarna dziura. Michał Rapcewicz opowiada, że gdy przed kilku laty wraz z Randonem zdarzało mu się zaistnieć na dobrze obsadzonych zawodach, w kuluarach tłumaczono to starą, dobrą, holenderską szkołą: – Gdy pytano mnie, skąd jestem, mówiłem „Poland”, a słyszano „Holland”. Po tym, jak doprecyzowałem, reakcja była jedna: zdziwienie, że ktoś z Polski w ogóle się na taką imprezę dostał.

Teraz więc gra idzie o to, by utwierdzić w środowisku nie tylko markę polskich jeźdźców, ale i polskich koni. A okazja nadarza się wymarzona, bo start drużyny (złożonej z Beaty Stremler, Michała Rapcewicza i Katarzyny Milczarek, na ogierze Ekwador) na igrzyskach w Londynie graniczy z pewnością. Można powiedzieć, że to historyczny wyczyn, bo polskiej reprezentacji nie było w drużynowym konkursie olimpijskim od dawna; ostatni raz – na kadłubowych igrzyskach w Moskwie – 32 lata temu. Ta doniosła perspektywa sprawiła, że samo podjęcie przez Beatę Stremler negocjacji niepokoiło kilka ważnych osób w jeździeckim światku. – Gdyby Beata się ugięła, nic by nie wyszło z drużynowego startu w Londynie. I na pewno wielu ludzi miałoby do nas pretensje – mówi Bogdan Stremler.

Andrzej Sałacki nie kryje podziwu dla decyzji Beaty i Michała. Mówi o nich: idealiści. Bo ujeżdżenie to nie jest popłatna konkurencja. – Brakuje sponsorów, przeciętne premie za zwycięstwa w międzynarodowych zawodach to najwyżej kilka tysięcy euro. Nasi jeźdźcy dorabiają udzielając lekcji, trenując konie. Pieniądze, jakie im oferowano, każdemu mogą zawrócić w głowie – uważa Sałacki.

Michał Rapcewicz dodaje, że gdy wziąć na bok chłodne kalkulacje, zostaje jeszcze coś, co w ujeżdżeniowym duecie jest najważniejsze: więzi oraz emocje. Przyjaciel – mówi o Randonie, bez puszczania oka. – Wychowałem go na sportowca – opowiada. Z Randonem akurat na brak emocji nie można narzekać, gdyż swą nieprzewidywalność objawia w sposób osobliwy, ale mile zaskakujący: im większa scena, tym większe prawdopodobieństwo, że pojedzie przejazd życia, że zaskoczy na plus – jak wielka gwiazda, którą próby nudzą i bywa podczas nich nie do zniesienia, ale gdy przychodzi czas premiery, daje z siebie wszystko. To są przeżycia i historie, które w końcu przesądzają o tym, że gdy przychodzą kolejne bajeczne oferty, wyłącza się telefon.

Polityka 16.2012 (2855) z dnia 18.04.2012; Coś z życia; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Kupowanie konia w worku"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Prof. Ewa Łętowska o sztuce godzenia się z nieuniknionym i przemijaniu

Prof. Ewa Łętowska o przemijaniu i przygotowaniach do śmierci. I o tym, co nas jeszcze w Polsce może czekać.

Violetta Krasnowska
08.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną