Wódka znad granicy

Gorzka wódka
Nawet kiedy w Czechach obowiązywała prohibicja mały spożywczo-alkoholowy ruch przygraniczny kwitł w najlepsze.
W barze „Retro” właściciele dbają o nową kulturę picia po polskiej stronie granicy.
Rafal Klimkiewicz/Edytor.net

W barze „Retro” właściciele dbają o nową kulturę picia po polskiej stronie granicy.

Informująca kartka w oknie sklepu: Uwaga! przepraszamy zakaz sprzedaży alkoholu powyżej 20%.
Rafal Klimkiewicz/Edytor.net

Informująca kartka w oknie sklepu: Uwaga! przepraszamy zakaz sprzedaży alkoholu powyżej 20%.

Czeski zespół śledczy, działający pod kryptonimem Metanol, już znalazł winnych dystrybucji skażonej wódki. To dwaj mieszkańcy Ostrawy, pracownicy firmy używającej alkoholu metylowego, przeznaczonego do płynów do spryskiwaczy. Świadomi czynu, nastawieni na zysk. Jak poinformował komendant główny czeskiej policji, w obrocie może być jeszcze 15 tys. skażonych litrów, które wciąż gdzieś niespodziewanie wypływają, coraz częściej również po polskiej stronie (ostatnio: Tychy, Płock, Kędzierzyn-Koźle).

W zwykłą sobotę mostem nad Olzą, gdzie Cieszyn polski wpada w Cieszyn czeski, do połowy września płynęli ludzie w dwie strony całymi rodzinami. Oni do nas szli po tańszą spożywkę (tzw. turystyka bazarowo-hipermarketowa), my do nich po wódkę w przystępnej cenie. Teraz ruch jest jednostronny, a w ciągnącym się wzdłuż ulicy szpalerze sklepików typu alko przysypiają czescy sprzedawcy.

Każde przejście graniczne tak wygląda: musieli zdjąć z półek lub odgrodzić od kontaktu wzrokowego wysokoprocentowy towar plus reklamy na witrynach. Pozasłaniali prowizorycznie: tekturą, prześcieradłami, matowa folią. W każdym oknie karteczki: „Nad 20 proc. zakazano”.

Czekając – w celach ratunkowych – weszli z agresywną okienną promocją oryginalnej maści końskiej. To też popularny czeski specyfik: ulga dla stawów, mięśni, kręgosłupa, zwiększa odpływ krwi żylnej i poprawia elastyczność ścięgien. Ale maść nie jest – w przeciwieństwie do wódki – towarem szybko zbywalnym. Nadzieja w bakaliach, o które jeszcze pytają Polacy.

Bajeczny sen w plastiku

Co drugie stoisko po czeskiej stronie jest już wietnamskie. Ci najbardziej kulą się ze strachu, bo Czesi puścili famę, że wszystko przez nich. Powszechnie wiadomo, że na zapleczu przelewali do butelek przynoszonych przez kupujących „coś” prosto z kanistrów. U Czecha litr wódki Helsinki kosztował 300 koron, u Wietnamczyka 200 koron, a to o czymś świadczy. Na swoich stoiskach wszystko mają za symboliczne 5 zł – od wódki, przez kapcie, biustonosze, halki nocne, po musztardę i czeską Vegetę.

Wodka, pani, nie. Likier, pani, tak – gestykuluje Wietnamczyk. – Nie prodajem żaden twardy alkohol. Drinki, dobre, pani: Jelzin, 16 proc. Różne smaki pani: truskawka, figa, cytryna i, najmocniej, pani, owoce leśne, 18 proc.

W życiu Jędrasa z czeskiego Cieszyna wysokoprocentowy zakaz nic nie zmienił, bo z powodów finansowych preferuje wino. Od czasu Schengen codziennie spotyka się po swojej stronie przy tym samym betonowym kwietniku z polskimi kumplami na – tańszy niż u nas, owocowy Bajeczny sen w dwulitrowym plastiku, w przeliczeniu 7 zł. Motto kumpli i Jędrasa jest takie: Ten, kto ma możliwość, powinien pić do końca życia, bo ani kropla nie przedostanie się na tamten świat. Za to co rano w soboty, zwyczajowo, Jędras idzie do naszego kraju kupić potravinu, czyli spożywkę, bo u nas jest o jedną trzecią tańsza. Weźmie pieczarki, ogórki, pomidory i już ma 10 koron uwolnione na jednym kilogramie. Słyszy, jak na polskim targowisku mówią o jego czeskiej wódce z pogardą „ślepotka”, „boligłówka”. Albo komentują, jak to się dziwnie odwróciło: Czesi idą do nas po flaszki, to tak jakby Niemcy jeździli do nas po samochody, a Rumuni na panienki. A gdy Jędras jeździł na imieniny do kuzynów do Wodzisławia Śląskiego ze swoją czeską butelką, nie wybrzydzali. Jeszcze nie zapomniał, jak przed otwarciem granic narażał się, skacząc z towarem w kieszeniach kamień po kamieniu przez Olzę na polską stronę!

Ponieważ Jędras zawsze siedzi w tym samym miejscu, teraz czasem zaczepiają go polscy spacerowicze i mrugają okiem, czy mógłby coś załatwić. Mógłby.

Czeski właściciel sklepu patrzy na bezruch za oknem: u nas, jak i u nich, jeszcze trwa okres weselny, normalnie przyjeżdżalibyśmy do niego kupować na skrzynki. Oszczędniejsi, normalnie, szliby na zaplecze do Wietnamczyków przelewać prosto z kanistrów – litr w przeliczeniu za 20 zł.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną