Społeczeństwo

Zemsta króla piratów

Kim Dotcom wraca do sieci

Kim Dotcom i jego jacht Amnesia, na pokładzie którego przypłynął z przyjaciółmi na Wyspy Dziewicze. Kim Dotcom i jego jacht Amnesia, na pokładzie którego przypłynął z przyjaciółmi na Wyspy Dziewicze. BEW
Rok po tym, jak FBI wygnało go z Internetu, Kim Dotcom wraca do sieci. Przeprosił go premier Nowej Zelandii, ale Kim zadowoliłby się dopiero skruchą Białego Domu. Na nowy rok zapowiada zemstę.
Król internetowego podziemia zapowiada zemstę na swojej stronie - kim.com.materiały prasowe Król internetowego podziemia zapowiada zemstę na swojej stronie - kim.com.

Artykuł w wersji audio

Pomimo konkurencji ze strony Jamesa Bonda, Batmana czy Spidermana za najciekawszy scenariusz sensacyjny minionego sezonu wypada uznać ten. Dokładnie rok temu światowe media obiegły relacje z obławy, jaką nowozelandzkie służby specjalne przypuściły na wartą 24 mln dol. – najdroższą w całym kraju – rezydencję internetowego potentata Kima Dotcoma. Po założyciela Megaupload, popularnego serwisu przechowującego wszelkiego rodzaju dane, przybyła mała armia wyposażona w dwa helikoptery, kilka vanów, broń automatyczną, noktowizory, psy gończe, a także przenośne toalety i specjalną ciężarówkę z prowiantem. Po sforsowaniu drzwi wejściowych antyterroryści znaleźli Dotcoma w skrytce na strychu willi. Uzbrojony był w małą strzelbę myśliwską. A przynajmniej tak twierdziła wówczas policja.

W czasie gdy nowozelandzkie władze chwaliły się schwytaniem króla piratów, amerykańscy śledczy zabezpieczali petabajty danych – czyli tysiące terabajtów albo miliony gigabajtów – przechowywanych i udostępnianych na serwerach ulokowanych w stanie Wirginia. W ich opinii na zasoby Megaupload składały się głównie nielegalne kopie hollywoodzkich szlagierów, seriali telewizyjnych, piosenek, gier wideo, programów komputerowych czy e-booków. Właściciele praw autorskich mieli stracić na procederze 500 mln dol. W chwili aresztowania Dotcoma dostęp do wszystkich plików całkowicie odcięto, a FBI zastąpiła stronę główną serwisu planszą z logotypami – Departamentu Sprawiedliwości USA, agencji IPR (strzegącej praw autorskich) oraz własnym.

To właśnie FBI zainicjowała i zdalnie nadzorowała nalot na siedzibę 38-letniego założyciela Megaupload, a także ośmiu placówek firmy rozsianych na różnych kontynentach. Na krótko przed rozpoczęciem akcji FBI poinformowała o niej wybranych dziennikarzy, bo rozgłos stanowił nieodłączną część planu. Zatrzymanie Dotcoma miało być przestrogą dla podobnych do niego internetowych oligarchów, którzy poruszając się na granicy prawa, czerpali zyski ze „świadczenia usług transportowych dla piratów”, jak działalność Megaupload określił w przechwyconych mailach jeden z partnerów Dotcoma.

Euforia trwała jednak krótko. Po kilku tygodniach ów rozgłos nadany sprawie począł obracać się przeciwko propagandystom, bo nalot na willę Dotcoma okazał się wstępem do afery, która skompromitowała kolejno nowozelandzką policję, tamtejszy wywiad, wreszcie rządzących krajem polityków. O zmanipulowanie ich wszystkich zaczęto zaś podejrzewać FBI, której Nowozelandczycy już wcześniej nie darzyli sympatią.

Jak przystało na porządny film sensacyjny, z biegiem wydarzeń coraz trudniej przychodziło połapać się, kto w tej historii stoi na straży prawa, a kto je łamie, i czy główny bohater istotnie jest czarnym charakterem, czy raczej obrońcą swobód obywatelskich, innowacyjnym przedsiębiorcą i przykładnym ojcem, jak sam się przedstawia?

Kim jest Kim?

To fascynujący człowiek, który znalazł się w samym centrum fascynującego i ważkiego problemu – odpowiada Charles Graeber, pytany o powód, dla którego postanowił poświęcić Dotcomowi książkę (tytułu jeszcze nie znamy). Pod koniec lata – czyli nowozelandzkiej zimy – Graeber spędził w siedzibie Dotcoma 10 dni. Przygodę streścił potem w miesięczniku „Wired”. Poza omówieniem aktualnych trosk Dotcom opowiedział dziennikarzowi co nieco o swoim dzieciństwie i początkach wirtualnej kariery. Przyznał między innymi, że pierwszą noc za kratkami spędził w wieku 19 lat, gdy jeszcze mieszkał w rodzinnych Niemczech i nazywał się Schmitz. Skazano go za „obrót kradzionymi dobrami”, choć dzisiaj sąd użyłby raczej określenia: hackerstwo.

Dobrami tymi były impulsy. Od trzech lat Kim posługiwał się numerami kart telefonicznych, które znajdował na hackerskich forach internetowych, by wydzwaniać na założoną przez samego siebie (na Antylach Holenderskich) fikcyjną linię towarzyską. Każda minuta „rozmowy” warta była kilka dzisiejszych złotych. Zanim Schmitza przyłapano – łagodną karę miesiąca więzienia uzasadniał młody wiek przestępcy – zarobił ponad 75 tys. marek. „Odkrywasz ten świat jako nastolatek i przestajesz w ogóle myśleć o szkole” – tłumaczył Graeberowi.

Sukcesy w edukacji wirtualnej okupił bowiem porażkami w tej realnej: z liceum odesłano go z powrotem do gimnazjum. Co na to rodzice? Ojciec zajmował się głównie piciem, a matka leczeniem sińców po kolejnej awanturze.

Pobytowi w więzieniu Schmitz zawdzięczał pomysł na swój pierwszy i być może ostatni biznes niebudzący kontrowersji. Za kratkami zaczęli go odwiedzać informatycy korporacji, do których systemów zwykł się wcześniej włamywać. Szybko odkrył, że nie mają pojęcia, do czego zdolny jest byle nastolatek wyposażony w komputer Commodore, i że za przekazanie tej wiedzy gotowi są wypisywać wielocyfrowe czeki. Założył więc jedną z pierwszych agencji ochrony wirtualnej, a gdy w 2000 r. wystawiał ją na sprzedaż, należał już do grona najzamożniejszych dwudziestoparolatków w kraju.

Kolejny pomysł na szybki zarobek kosztował go pięć miesięcy pozbawienia wolności. Tym razem próbował oszukać giełdę. Ściągnięty przez niemiecki sąd z Bangkoku i zachęcony obietnicą nadzwyczajnego złagodzenia kary przyznał się do manipulowania kursem akcji jednej ze spółek internetowych. Do dziś żałuje, że to zrobił. „Bo gdybym się nie przyznał – mówił Graeberowi – nie przylgnęłaby do mnie etykietka kryminalisty. Byłbym dzisiaj w zupełnie innym miejscu”.

Mafia Kropkapl

Kryminalna kartoteka na pewno rzuciła cień na jego osobę – zgadza się Graeber. FBI zaskoczyła internautów nie tyle samym wyłączeniem Megaupload, ile ograniczeniem się do zamknięcia wyłącznie tego serwisu. Podobne „usługi transportowe”, a dokładniej magazynowe, świadczyły przecież tuziny innych stron. Megaupload różniło się od nich głównie tym, że narodziło się z przypadku. Zafascynowany wyścigami samochodowymi Schmitz wymarzył sobie zorganizowanie własnego rajdu. Dla wypromowania idei postanowił rozsyłać filmiki z niezbyt legalnych zawodów Gumball 3000. W serwisie YouTube do dziś znaleźć można nagrania z połowy ubiegłej dekady, na których Schmitz w tuningowanym Mercedesie pędzi publicznymi drogami z prędkością 260 km/h, co jakiś czas wyprzedzając podobnych mu pomyleńców. W jednej ze scen marokański pilot informuje go, że lokalne pogotowie nie dysponuje ani helikopterem, ani specjalnie zaawansowanym sprzętem ratunkowym. „W takim razie po raz pierwszy w życiu zapnę pasy” – odpowiada Schmitz.

Megaupload miało służyć wymianie takich właśnie klipów. Możliwości serwisu rychło docenili jednak wszelacy amatorzy ściągania plików i patrząc na rosnące statystyki strony, Schmitz stopniowo zdawał sobie sprawę, że właśnie otrzymał od życia drugą szansę. Nowy początek zaakcentował wyprowadzką do Nowej Zelandii i zmianą nazwiska na Dotcom, czego polskim odpowiednikiem byłoby nieco mniej zręczne Kropkapl. Jednocześnie za słone pieniądze wykupił domenę Kim.com, którą w przyszłości zamierzał uczynić swoim internetowym pomnikiem.

Na razie takim pomnikiem stawało się Megaupload. W 2011 r. strona odnotowała blisko 5 mld wizyt. Dzięki temu awansowała na 13 miejsce na liście najczęściej odwiedzanych witryn internetowych. Dotcom tylko na reklamach zarabiał około 25 mln dol. rocznie. Sześciokrotność tej kwoty przyniosły mu zapewniające szybszy transfer konta premium.

Megaupload bardzo się rozrosło. Cieszyło się ogromną popularnością wśród osób szukających nielicencjonowanych materiałów. Spytaj byle nastolatka, będzie znał tę stronę – ocenia Graeber. – Gdyby chciało się przymknąć kogoś po to, by wysłać w świat ostrzeżenie, to Kim wydałby się oczywistym wyborem. I skutecznym. Przecież po zamknięciu Megaupload kilka innych serwisów zawiesiło swoją działalność, a inne radykalnie zmieniły politykę – dodaje Graeber.

Poza podejrzeniami o łamanie praw autorskich Departament Sprawiedliwości USA oskarżył Dotcoma o „gangsterstwo” oraz „spiskowanie w celu prania pieniędzy”. Dzięki zarzutom kryminalnym władze amerykańskie mogły złożyć wniosek o ekstradycję szefa Megaupload – w USA grozi mu 55 lat więzienia – na co nie pozwoliłby pozew cywilny. Jednak mimo upływu roku Amerykanie wciąż nie potrafią poprzeć swoich oskarżeń żadnymi dowodami. A łamania praw autorskich również nie będzie Dotcomowi łatwo udowodnić. Do batalii na tym polu przygotowywał się bowiem od lat.

Zgodnie z amerykańskim prawem serwisy internetowe, takie jak Megaupload czy YouTube, nie ponoszą odpowiedzialności za treści, które użytkownicy przechowują na ich serwerach. Pod dwoma warunkami: administratorzy nie mogą być świadomi statusu prawnego danych, a uświadomieni powinni „szybko” usunąć pirackie materiały. Dotcom i jego obrońcy twierdzą, że Megaupload zawsze działało w granicach prawa. Podkreślali, że tylko oni zaoferowali hollywoodzkim wytwórniom bezpośredni dostęp do swoich komputerów, tak aby mogły samodzielnie kasować podejrzane pliki. Te jednak były na to zbyt leniwe, a teraz podburzają Biały Dom przeciwko Dotcomowi. Z taką interpretacją nie zgadza się Departament Sprawiedliwości. Według niego szefostwo Megaupload świadomie tolerowało pirackie pliki, a upomnienia realizowało z celową zwłoką.

Nie ma wątpliwości co do tego, że Megaupload zarabiało na pirackiej działalności użytkowników. Sama technologia była jednak legalna – twierdzi Graeber. – W jakim stopniu kierownictwo było świadome, że serwis ułatwia naruszanie praw autorskich i niejako zachęca do tego? Czy rzeczywiście na czas zdejmowali zakwestionowane dane? Te pytania będą kluczowe dla całej rozprawy.

Człowiek roku

Pierwszy miesiąc po zatrzymaniu przez nowozelandzką policję Dotcom spędził w więzieniu. Przez trzy kolejne przebywał w areszcie domowym w wynajętym do tego celu apartamencie. „To było piekielnie nudne” – stwierdził potem, bo cały czas odmawiano mu dostępu do Internetu. Wreszcie sąd pozwolił mu wrócić do porzuconej przez większość 53-osobowej służby rezydencji.

Jeszcze w niewoli Dotcom przeszedł jednak do kontrataku. Stopniowo odzyskiwał zarekwirowane dobra, swobodę działania oraz przychylność opinii publicznej. Zmartwychwstawanie Dotcoma najlepiej ilustrują nagłówki jednej z lokalnych gazet:

Marzec: „Sędzia zwraca Dotcomowi gotówkę i samochód”.

Kwiecień: „Dotcom dopuszczony do Internetu”.

Maj: „Dotcom może wrócić do swojej rezydencji”.

Czerwiec: „Dotcoma na Twitterze śledzi już 46 tysięcy osób”.

Lipiec: „Sąd uznaje nakaz przeszukania willi Dotcoma za nielegalny”.

Sierpień: „Apelacja FBI w sprawie ekstradycji Dotcoma odrzucona”.

Wrzesień: „Wywiad przekazywał nieprawdziwe dane w sprawie Dotcoma”.

Październik: „Premier do Dotcoma: Przepraszam”.

Listopad: „Dotcom: Człowiek roku?”.

4 grudnia: „Dotcom będzie Świętym Mikołajem w sztuce »MegaChristmas«”.

6 grudnia: „Sąd Najwyższy: Dotcom ma prawo pozwać policję i wywiad”.

Megarewanż

Począwszy od kilkutygodniowej inwigilacji Dotcoma, poprzedzającej efektowną obławę, aż po samą decyzję o interwencji – sąd w Auckland podważał legalność kolejnych etapów operacji znanej pod kryptonimem „Wyłączenie”. W końcu za rażące zaniedbania najważniejszych służb przeprosił Dotcoma sam premier John Key.

Ostatnio sprawa wykroczyła jednak poza granice Nowej Zelandii. Sędzia polecił wywiadowi ujawnić wszystkie podmioty, którym przekazywał informacje z inwigilowania Dotcoma, w tym członków Echelon – czyli słynnej sieci wywiadu elektronicznego współtworzonej przez USA, Wielką Brytanię, Kanadę, Australię i Nową Zelandię.

Sam oskarżony od początku był przekonany, że w jego sprawie doszło do nadużyć. Jeszcze w więzieniu oświadczył zamkniętemu wspólnie z nim współpracownikowi, że gdy odzyska zawłaszczony majątek wraz z odszkodowaniem za utracone zyski i straty moralne, kupi wielki jacht i wypisze na jego burcie: „Sfinansowano ze środków FBI”.

Kim wydaje się mocno wierzyć w to, że uczciwie przeprowadzona rozprawa dowiedzie jego racji i oczyści go z wszelkich zarzutów, szczególnie tych kryminalnych – mówi Gaeber. – Od początku przybrał postawę osoby niewinnie skrzywdzonej. Wielokrotnie domagał się ujawnienia wszystkich faktów dotyczących sprawy, bo fakty same mają dowieść jego niewinności. Czy rzeczywiście tak myśli? Trudno powiedzieć. Takie deklaracje trafiają jednak do ludzi. A nastroje publiczne mogą zadecydować o zablokowaniu ekstradycji Dotcoma i tym samym wywarciu presji na administrację Obamy, by zaproponowała Kimowi ugodę.

O sympatię Nowozelandczyków Dotcom walczy więc na Twitterze i na deskach teatru, organizuje akcje charytatywne oraz otwarte dla wszystkich chętnych imprezy. Zarazem przygotowuje plan wielkiego powrotu do dawnego królestwa. Czas spędzony za kratami znów bowiem okazał się dla niego inspirujący. Gdy wracał z aresztu na łono rodziny – żony Mony oraz piątki dzieci, w tym dopiero co narodzonych bliźniąt – miał już w głowie szczegółowy plan działania. Zamiast walczyć o odzyskanie Megaupload, uruchomi zupełnie nowy serwis: „większy, lepszy, szybszy, silniejszy i bezpieczniejszy”. Bezpieczniejszy przede wszystkim dla niego.

Pomysł jest prosty: każdy plik ładowany na serwery Mega, jak ochrzczono następcę Megaupload, będzie szyfrowany jeszcze na komputerze użytkownika. I tylko on oraz ci, którym na to pozwoli, będą w stanie plik odszyfrować. Wglądu w przechowywane pliki pozbawieni zostaną za to administratorzy Mega. A zatem nie będzie można oskarżyć ich o świadome tolerowanie pirackich filmów, gier czy muzyki. Nawet gdyby doszło do konfiskaty serwerów, policja nie będzie w stanie przejrzeć ich zawartości i wykorzystać jako dowodów popełnienia przestępstwa. „Wypowiedzieli wojnę Mega. Wypowiedzieli wojnę Internetowi i innowacji. Nadszedł czas na rewanż” – ogłosił na Twitterze Dotcom. W połowie grudnia zaczął udostępniać zdjęcia interfejsu serwisu, którego startu można spodziewać się w każdej chwili.

I tylko na jego prywatnej stronie, której adresem od kilku lat się przedstawia, od miesięcy niewiele się dzieje. Wciąż widnieje na niej zdjęcie Białego Domu, nad którym powiewa flaga MPAA, amerykańskiego stowarzyszenia chroniącego interesy Hollywood. A powyżej napis: „Prawda wyjdzie na jaw!”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną