Społeczeństwo

Jakby zapadli się pod ziemię

Były morderstwa, nie ma ciał, jest proces

Mariusz B. oskarżony o dokonanie czterech zabójstw w ciągu trzech lat. Mariusz B. oskarżony o dokonanie czterech zabójstw w ciągu trzech lat. Tomasz Radzik/SE / EAST NEWS
Zamordował cztery osoby, nie zostawiając przy tym żadnych śladów, czy nie zamordował żadnej? Nie znaleziono ciał, czyli dowodu na śmierć. Sąd wyda werdykt w styczniu.
Mirosław Gryń/Polityka

Tekst został opublikowany w POLITYCE w styczniu 2014 roku.

Prokuratura zdecydowała się oskarżyć młodego menedżera Mariusza B. o dokonanie czterech zabójstw w ciągu trzech lat. Dowody to jedno – szybko odwołane – przyznanie się do winy i szereg poszlak wiążących się w całość. W styczniu mowy końcowe i wyrok. – I będzie on najważniejszym wydarzeniem w całej powojennej kazuistyce – uważa prof. Ewa Gruza, kryminolog, prodziekan Wydziału Prawa UW.

1.

Oskarżony: Mariusz B., rocznik 1980. Blondynek zaczesany krótko na bok. Były ministrant, szef pielgrzymek, chwalony menedżer w dużej firmie, który zaocznie studiował psychologię kliniczną. Teraz – żwawo maszerujący w eskorcie policjantów sądowym korytarzem, jakby właśnie szedł na górską wycieczkę. Buty w sam raz do wędrówek, ocieplane spodnie, ciepła szara sportowa kurtka i plecak, a w nim notatki przygotowane do własnej obrony przed wyrokiem dożywocia.

Na liście przypisanych mu ofiar pierwszą jest Zbigniew D., 40-letni właściciel kilku stoisk ze sztuczną biżuterią w warszawskich centrach handlowych. Zniknął 11 kwietnia 2006 r. Policję zawiadomił pięć dni później jeden z przyjaciół. Zaniepokojony, bo na kilka dni przed zniknięciem Zbigniew, cały roztrzęsiony, opowiadał, jak został porwany i torturowany przez Mariusza B., partnera swojej żony Małgorzaty. Zbigniew pokazywał przyjaciołom ślady po kleju, zaczerwienienie na czole i czerwoną bruzdę na szyi. Mówił, że Mariusz kazał mu zawrzeć polisę na życie na 2 mln zł i zrzec się ojcostwa młodszej córki.

O pokręconych relacjach w tej rodzinie opowiadał policjantom sam Mariusz, gdy kilka dni później został zatrzymany. Mariusz i Zbigniew poznali się w przykościelnym chórze. Pierwszy – jeszcze chłopiec, drugi – mężczyzna. Dużo rozmawiali. Zbigniew zapraszał czternastolatka na towarzyskie spotkania i herbatę do księdza Piotra, który prowadził chór, a potem do swojego domu. Tam Mariusz poznał żonę Zbigniewa. – Aż raz – zeznał policjantom – Zbyszek zaczął mnie całować. Dałem mu do zrozumienia, że tego nie chcę i na tym się skończyło. Ale gdy Mariusz skończył 18 lat, Zbigniew zaproponował, żeby chłopak zamieszkał z jego rodziną – żoną i nastoletnią córką. Rok później urodziła się dziewczynka. W następnym roku żona Zbigniewa poinformowała go, że córka jest Mariusza. Wyprowadziła się z dziećmi do matki, a potem do wynajętego dla niej przez męża mieszkania. Dołączył do niej Mariusz.

2.

Ola, córka Zbigniewa i Małgorzaty, jest druga na liście ofiar. Zniknęła tego samego dnia co ojciec. Poszła z ojcem i Mariuszem na kolację – jako ktoś w rodzaju obstawy. Mieli finalnie załatwić ze sobą sprawy. Nad ranem Mariusz przywiózł Olę pod dom jej chłopaka na warszawskim Bródnie. Była roztrzęsiona. Rano dodała, że Mariusz z kuzynem Krzysztofem wywieźli ich na jakąś działkę pod Pułtuskiem, że straszyli jej ojca i że w związku z tym ona musi tam jeszcze wrócić – bo na działce z Krzysztofem został tata. Dzwoniła do Mariusza, pytała, czy naprawdę musi z nim jechać tam z powrotem, i usłyszała, że tak – zrelacjonował chłopak, który podwiózł ją pod blok, gdzie mieszkał Mariusz z Małgorzatą, jej mamą. To był ostatni raz, kiedy widział Olę.

Mariusz przyznał potem, że przyszła do nich, ale tylko podrzucił ją gdzieś na Bródno. I że jeszcze swoją torbę u niego w samochodzie zostawiła. Nawet esemesowali w tej sprawie – ma więc dowód, mówił. Pisał do Oli, że w jego samochodzie została jej torba, Ola odpowiadała, że odbierze ją później. O godzinie 22.41 chłopak Oli dostał od niej esemes, że będzie u niego o północy. Nie pojawiła się. Telefon został wyłączony.

3.

Prawie rok później zniknął 55-letni inżynier Henryk S. Partner taneczny Małgorzaty – czyli żony Zbigniewa i konkubiny Mariusza – z klubu salsy. 7 marca 2007 r. o godz. 18.00 wyszedł z domu na zajęcia klubu na Ochocie. Po zajęciach odprowadził Małgorzatę do jej auta i sam odjechał do domu na Żoliborz. Była 23.00, gdy wjechał na parking strzeżony pod domem. Zamienił słowo z parkingowymi. Jeden z nich widział, jak Henryk doszedł po schodach do góry, do wejścia do klatki zostały mu trzy metry.

Jeszcze tej samej nocy, koło 1.00, ktoś próbował wybrać pieniądze z jego kont za pomocą kart bankomatowych. Z monitoringu przy bankomatach nie dało się ustalić, kto wypłacał. A dwa dni później, 9 marca, na jego telefon, który został w domu, przyszedł wieczorem esemes adresowany do córki: „Iwonko ze mną wszystko dobrze. Muszę załatwić pewne sprawy i nie będzie mnie przez ok. 2 tygodnie. Nie martwcie się i nie gniewajcie, że odzywam się dopiero teraz. Całuję tata”.

– Mój tato nigdy tak się do mnie nie zwracał. To nie on – mówiła jego córka policji.

Następnie przychodziły jeszcze esemesy, żeby przelać pieniądze na długi. Córka i żona pod kontrolą policji pisały esem­esy z pytaniami, na które odpowiedzi znał tylko Henryk S., by sprawdzić, czy choć żyje, ale pozostawały bez odpowiedzi.

Ostatnia wiadomość została wysłana 13 marca tuż przed północą. Że mija ostateczny termin spłaty długów. Numer był prepaidowy. Policji udało się jednak po numerze IMEI namierzyć sam aparat. Został w dniu zaginięcia Henryka kupiony przez kogoś w komisie w Pułtusku. Pracownik doskonale pamiętał, komu sprzedał aparat. Kumplowi – Krzysztofowi R., kuzynowi Mariusza. Temu samemu, który miał pilnować Zbigniewa wedle opowieści zaginionej Oli.

Pierwszy esemes do rodziny Henryka S. został wysłany o 20.45 z trasy między Pułtuskiem a Warszawą. Krzysztof R. zeznał jednak, że zgubił telefon zaraz po zakupie.

Przy okazji policjanci wyśledzili, że także telefony Oli i Mariusza logowały się do sieci blisko siebie, pod Pułtuskiem, gdy Mariusz pisał do Oli, że zostawiła torbę w jego samochodzie. Drobiazg, ale ważny: odpowiedź od Oli na swój esemes dostał, zanim go wysłał.

4.

Wrzesień 2009 r. Mariusz i Krzysztof znowu lądują w stołecznym wydziale zabójstw. Mariusz w jednym pokoju, Krzysztof w drugim. – To była taka rozgrywka psychologiczna. Próbowaliśmy używać jakichś podstępów – przyznał potem przed sądem jeden z policjantów. Udało się. Policjanci notują: Krzysztof R. oświadcza, co następuje. „Ja myślałem, że skoro już jest OK, to wracamy do domu, ale Mariusz powiedział, że nie, że musimy ich zabić. Ja mu powiedziałem, że nie jestem w stanie tego zrobić, to Mariusz powiedział, że zrobi to sam”. Krzysztof miał powiedzieć, że Mariusz wszedł do domku, gdzie był Zbyszek, po chwili wyszedł zdenerwowany i kazał Oli iść ze sobą do domku. Znów wyszedł i kazał Krzysztofowi się wynosić i wrócić za 1,5 godziny. Krzysztof nie pytał o nic, zeznał, że się bał. Przyznał się też, że ten telefon kupiony w komisie w Pułtusku dał Mariuszowi i na jego polecenie jeździł po bankomatach wybierać pieniądze.

Mariusz B. dodał, że chce pojechać do Mławy i Pułtuska i wskazać miejsca, które mogą mieć związek ze zniknięciem Oli i Zbigniewa. Pojechali, gdzie wskazał. Wszystko się zgadzało z jego szkicami – tylko zwłok nie było.

Za to sam podejrzany, wracając z policjantami od strony Wyszkowa, spontanicznie podjął temat zaginionego księdza Piotra, który zniknął 6 grudnia 2008 r. Po mszy, około 20.00, wyszedł z plebanii i ślad po nim zaginął, a pół roku później w Warszawie znaleziono jego zamknięty samochód. To ten sam ksiądz, który prowadził chór, w którym śpiewał kiedyś Mariusz i Zbigniew. Siostrzenica księdza rozpoznała Mariusza jako mężczyznę, którego wcześniej, w październiku, widziała pod plebanią, gdy czekał na księdza. Okazało się, że jeden z wyodrębnionych w porzuconym samochodzie zapachów należy do Mariusza. To jest właśnie ewentualna czwarta ofiara z aktu oskarżenia.

5.

Gdy po 5.00 rano 15 września 2009 r. policjanci wrócili z Mariuszem na komendę, przyznał się po kolei do wszystkich czterech zabójstw. To była zemsta za krzywdy, jakie ksiądz mu wyrządził. Policjant, który tego słuchał, powiedział potem przed sądem, że Mariusz opowiadał o tym bez najmniejszych emocji.

Tylko zwłok wciąż nie było. A tymczasem Mariusz B. wielokrotnie jeszcze wskazywał policjantom różne miejsca ich rzekomego ukrycia, ale pomimo użycia specjalistycznego sprzętu, nic nie znaleziono. A Mariusz B. odwołał przyznanie się do winy, twierdząc, że był torturowany.

15 grudnia 2011 r. prokurator Arkadiusz Dura zdecydował się na podstawie poszlak oskarżyć Mariusza B. W akcie oskarżenia liczącym 61 stron punkt po punkcie wymienia logiczny łańcuch zdarzeń. Najmocniejsza poszlaka to ­esemesy. Miejsca logowania telefonów i tak dalej. W sprawie torebki – odpowiedź przyszła, nim padło pytanie. Do tego są wnioski z badania wariografem wskazujące, że Mariusz B. bardzo silnie reaguje na pytanie o miejsca ukrycia zwłok, wyniki badania osmologicznego wykonanego w aucie księdza, opinie biegłych psychologów i seksuologów mówiących o motywach, jakimi mógł kierować się Mariusz. – Prokurator miał dużo odwagi, żeby przy takim materiale dowodowym formułować akt oskarżenia z zarzutem zabójstwa – mówi jednak prof. Ewa Gruza. – Sąd będzie miał do rozstrzygnięcia bardzo istotny dylemat: brak ciał.

6.

Bo taka okoliczność stała się problemem nie do przezwyciężenia w głośnej w latach 70. sprawie Zygmunta Bielaja vel Iwana Ślezko (okazało się, że to radziecki żołnierz, który po wojnie ukradł cudze nazwisko). W 1970 r. porwał lekarkę Stefanię Kamińską z Płocka, która już nigdy się nie odnalazła. Bielaj został oskarżony o porwanie i zabójstwo lekarki, chociaż nie było ciała ani – jak teraz – żadnego namacalnego dowodu, że zginęła. Skazano go w 1974 r. za porwanie, przetrzymywanie, ale z zarzutu zabójstwa został uniewinniony.

Sędzia Michał Kulczycki uzasadniał wtedy: „Brak możliwości ustalenia przyczyn i okoliczności ewentualnej śmierci stanowią istotną lukę niepozwalającą na rozstrzygnięcie. Luki tej nie może wypełnić ani logika, doświadczenie życiowe ani też życiorys czy negatywny charakter oskarżonego”. Sąd stanął wobec konieczności rozstrzygnięcia pytania: czy Stefania Kamińska żyje? Sędzia nie mógł udzielić odpowiedzi, bo takich faktów ani bezspornych okoliczności nie był w stanie rozstrzygnąć: czy ani jak zginęła lekarka z Płocka. Sędzia Michał Kulczycki, uzasadniając uniewinnienie z zarzutu zabójstwa, dodał jeszcze: Skazać? A co będzie, jeżeli dr Kamińska napisze do swojego męża list z Essen?

Mimo rewizji nadzwyczajnej prokuratora generalnego wyrok uniewinniający od zabójstwa ostatecznie w 1978 r. utrzymano. Choć – jak pisała później dziennikarka Wilhelmina Skulska – „nie było chyba na sali człowieka, który wątpiłby w winę Ślezki. Całym swym zachowaniem budził odrazę. Ale sąd nie orzeka o charakterze oskarżonego, nie zajmuje się psychologią czy patologią osobowości oskarżonego. Sąd ocenia wartość i wagę dowodów. Nawet i sędzia Majewska nie jest w stanie opanować odruchu niechęci na widok triumfującego Ślezki”.

Po latach – powtórka z tematu. – W kazuistyce światowej zdarzały się przypadki, że ciała nie było, a skazywano za zabójstwo – mówi prof. Ewa Gruza. Na przykład w USA. Tyle tylko, że w tamtej sprawie zabezpieczono blisko 2 litry wynaczynionej krwi; biegli orzekli, że człowiek nie mógłby przeżyć z takim upływem krwi. Ciało znaleziono już po wyroku.

W Polsce była sprawa górala, który zabił dwie dziewczyny i spalił ich ciała w kominku, a co się nie dało spalić, porozsypywał po polu. Tyle że jednak odnaleziono fragmenty ich tkanek. Niedawno prawomocnie skazano na dożywocie Zbigniewa Bednarza, policjanta z Mokotowa, za zabójstwo w 2002 r. taksówkarza Kazimierza Koseckiego. Nie było ciała, ale był ślad krwi w aucie i znaleziony w lesie pokrwawiony sweter wywinięty tak, jakby był ściągnięty z bezwładnego ciała. Tu nie ma nawet nic takiego.

7.

Jan Woźniak, obrońca Mariusza B., lubi przywoływać anegdotę, która miała zdarzyć się przed angielskim sądem: – Wielki proces poszlakowy, tłumy gapiów, galerie pełne – opowiada. – Wstaje obrońca i pyta: wysoki sąd sądzi dziś za zabójstwo, tak? Tak – odpowiada sąd. – To co sąd na to, że ofiara siedzi właśnie teraz tam na galerii? – i obrońca pokazuje palcem w jedno miejsce. – Gdzie, gdzie? – dopytuje sędzia, rozglądając się po sali. – Proszę wysokiego sądu, to świadczy, że sąd nie jest przekonany, że ta osoba nie żyje.

Jeśli w tej sprawie sąd zdecyduje się jednak osądzić zabójstwo, wyrok będzie precedensowy. Na razie jest precedensowe postanowienie. Już prawomocne. Z 11 września 2012 r. XVI Wydziału Cywilnego Sądu Rejonowego dla Warszawy Mokotowa stwierdzające, że ksiądz Piotr zmarł 6 grudnia 2008 r. o godz. 24.00 w miejscowości Zambski Kościelne gm. Obryte, powiat pułtuski. To miejsce wskazał Mariusz B. jako miejsce uduszenia i zakopania zwłok księdza. Chociaż ciała brak.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak nie skrzywdzić swoich dzieci

Anna Górska o tym, jak radzić sobie z przekonaniem o niesprawiedliwym traktowaniu w dzieciństwie.

Joanna Cieśla
13.11.2018
Reklama