Pseudochoroby, pseudolekarze i pseudoleki

Recepta na zimne nóżki
Żyć energicznie i bez stresów. Oto nowa religia. Jej kapłanami są pseudolekarze występujący w reklamach, a obowiązkowym obrządkiem łykanie pseudoleków na pseudochoroby: nadwagę, niedowagę, stres, zakwaszenie, wzdęcia i marznące stopy.
OSOZ/materiały prasowe

Jasper White/Getty Images

Kadr z filmiku reklamującego lizaki na gardło.
Materiały promocyjne

Kadr z filmiku reklamującego lizaki na gardło.

Nie lubisz poniedziałków, bo stresujesz się pracą? Tabletka „......” (tu czytelniku wstaw znaną z reklamy markę) wyzwoli cię z tych lęków – koniec zmarnowanych niedziel i nerwy masz pod kontrolą! Palisz papierosy i zawstydza cię kaszel ­– „......” (ten preparat reklamuje nawet lekarz) uwalnia od kaszlu palacza. Inną tabletkę wystarczy rozpuścić w szklance wody, by w lustrze zobaczyć szczupłą sylwetkę. Na obolałe stawy – „......”, na trawienie – „......”, a na zimne stopy – „......”.

Banialuki i groszowyciskacze – tak o reklamach pseudoleków i suplementów diety mówi Marek Brach, lekarz i farmaceuta, wojewódzki inspektor farmaceutyczny w Opolu. Akurat w jego mieście pracuje dietetyczka Iwona Wierzbicka, którą w blokach reklamowych, towarzyszących igrzyskom olimpijskim w Soczi, pokazywano częściej niż złotych medalistów. Choć jej zachęty: „chcemy żyć zdrowo, więc łykamy witaminy”, zawierają pewną sprzeczność. Przecież gdybyśmy naprawdę żyli zdrowo, nie potrzebowalibyśmy łykać żadnych pigułek.

Nic nie jest lepsze od natury – wyznaje dietetyczka. Dlaczego w takim razie za pieniądze namawia do syntetycznych witamin (wbrew doniesieniom naukowym, że nie przynoszą większych korzyści)? – Zwracam się w reklamie do milionów ludzi, którzy na co dzień nie dbają o dietę, fatalnie się odżywiają, więc dzięki pewnym preparatom mogą uzupełnić brak minerałów.

Zupka doktora Caby

Opublikowane trzy miesiące temu w renomowanym piśmie „Annal of Internal Medicine” podsumowanie badań na temat preparatów witaminowych nie pozostawia złudzeń: taka suplementacja nie przynosi ludziom zdrowym żadnej korzyści, gdyż w krajach uprzemysłowionych rzadko zdarzają się niedobory witamin (może z wyjątkiem witaminy D). – Tego rodzaju preparaty powinny być stosowane tylko u ozdrowieńców po wyniszczających chorobach – nie ma wątpliwości dr Marek Brach, choć właśnie tego zastrzeżenia w żadnych materiałach promocyjnych nie znajdziemy. W reklamach suplementów nie ma też zachęty, by „zapoznać się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża życiu lub zdrowiu”. Suplementy diety to wprawdzie nie leki, a – przynajmniej zgodnie z prawem – żywność, ale przedawkowanie preparatów witaminowych i ziół może także spowodować groźne następstwa (większość hamuje na przykład krzepnięcie krwi).

To jest show-biznes, a nie porady zdrowotne – mówi o swoim występie w reklamie zachwalającej lizaki na gardło Jacek Caba. Pojawia się tam w białym fartuchu, przyjmując w gabinecie chore dzieci. Jacek Caba rzeczywiście z wykształcenia jest laryngologiem, lecz w odróżnieniu od doktora promującego preparat „na kaszel palacza” nie praktykuje już od wielu lat. Jest kompozytorem, wokalistą, blogerem, autorem książki „Doktor Śmierć” i – jak przyznaje z dumą – należy też do agencji aktorskiej, z której dostał angaż właśnie do reklamy lizaków. – Musiałem udokumentować swoją specjalizację, bo twórcom zależało, aby w filmie wystąpił zawodowy lekarz, a nie odgrywający tę rolę aktor – zdradza kulisy castingu.

Firma produkująca lizaki zrobiła więc wszystko, by uwiarygodnić skuteczność swojego produktu, i nie przeszkadza jej to, że nabija widzów w butelkę – dr Caba poza ekranem nie leczy dzieci w żadnym gabinecie (gdyby tak było, Izba Lekarska, zakazująca lekarzom takich występów, wytoczyłaby mu sprawę, jak stało się to w przypadku doktora od „kaszlu palacza”).

Innym nadużyciem w reklamie lizaków jest napis, który się w niej pojawia – informujący, że leczą podrażnienia gardła. W rzeczywistości są wyrobem medycznym, a nie produktem leczniczym, i zgodnie z przeznaczeniem leczyć niczego nie powinny. – Ja tu żadnego nadużycia nie widzę, bo odkąd WHO nazywa zdrowiem nie tylko brak choroby, lecz także stan fizycznego, umysłowego i społecznego dobrostanu, to leczeniem jest też przepis na dobrą zupę, po której będzie miał pan dobre samopoczucie – finezyjnie argumentuje dr Caba.

Efekt buzdyganka

To właśnie z winy tak nieprecyzyjnych definicji i naginanych interpretacji mamy dziś na rynku paraleków i suplementów diety niebywały bałagan. I wygląda to na celowe działanie. Na skołowanych klientach można lepiej zarobić. Z analiz Ogólnopolskiego Systemu Ochrony Zdrowia wynika, że na same suplementy diety jednoznacznie kierowane do dzieci do trzeciego roku życia rodzice wydali w ubiegłym roku 92 mln zł (wartość sprzedaży wszystkich suplementów oraz leków sprzedawanych bez recept podajemy w tabeli). – Bezskutecznie próbuję tłumaczyć, że właściwie odżywiane maluchy nie potrzebują dodatkowych witamin, a już na pewno nie podczas infekcji, tylko ewentualnie po jej zakończeniu – mówi dr Anna Ruszczyńska-Wolska, pediatra z warszawskiej poradni.

Wchodzące do gabinetu dzieci jednak już od drzwi wyśpiewują piosenki z reklam i domagają się od pani doktor lizaków albo misiów z białej czekolady, w których jedna z firm ukryła probiotyki (zestaw bakterii mających „korzystnie uzupełniać florę jelitową przy obniżonej odporności”). – Bardzo sprytne – lekarka nie kryje podziwu dla inwencji producenta. – Rodzice z reguły odmawiają dzieciom słodyczy, ale gdy synek upomina się o suplement reklamowany jako źródło zdrowia, to jak mu odmówić?

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną