Rodziny zastępcze dla niepełnosprawnych dzieci

Kocham cię, ty moja matko zastępcza
Są zawodowymi matkami. Ludzie myślą, że po prostu kurami domowymi. Ale im państwo płaci za opiekę nad niepełnosprawnymi dziećmi.
Dzieci Marioli Malinowskiej: z lewej Bożenka, z prawej Madzia, oraz psy: Zuza, Luka, Sonia, Mela
Anna Musiałówna/Polityka

Dzieci Marioli Malinowskiej: z lewej Bożenka, z prawej Madzia, oraz psy: Zuza, Luka, Sonia, Mela

Renata Zalewska z dziećmi: Gabrysią, Przemkiem i Norbertem.
Anna Musiałówna/Polityka

Renata Zalewska z dziećmi: Gabrysią, Przemkiem i Norbertem.

Fundacja Gajusz – Centrum Opieki Paliatywnej. Kubuś czeka na opiekunów.
Anna Musiałówna/Polityka

Fundacja Gajusz – Centrum Opieki Paliatywnej. Kubuś czeka na opiekunów.

Iwona i Mariusz Szmigielowie – Oliwia uwielbia tańczyć, chodzi na lekcje baletu i gimnastyki.
Anna Musiałówna/Polityka

Iwona i Mariusz Szmigielowie – Oliwia uwielbia tańczyć, chodzi na lekcje baletu i gimnastyki.

Madzia z mamą i Bożenka z Luką.
Anna Musiałówna/Polityka

Madzia z mamą i Bożenka z Luką.

Pierwszy był Przemek. Renata, matka trójki biologicznych dzieci, przeczytała w tabloidzie, że 3,5-letni chłopiec z zespołem wad wrodzonych twarzoczaszki, który nie potrafił dobrze chodzić, zostawiony w szpitalu przez rodziców alkoholików, szuka rodziny. Bardziej realny był jednak dom pomocy społecznej. Pielęgniarki w szpitalu w Ostrowie Wielkopolskim, chcąc odwlec moment, kiedy Przemek miał tam pojechać, kłamały, że gorączkuje i musi zostać w szpitalu. Dzięki temu Renata zdążyła.

Następna była roczna Gabrysia, bohaterka programu telewizyjnego „Kochaj mnie”. Nikt nie chciał dziewczynki z ciężką postacią wodogłowia, której dawano dwa lata życia. Janusz, mąż Renaty, bał się, ale kiedy zobaczył, że przytuliła Gabrysię, powiedział: Widzę, że ona jest już nasza.

Renata nie była nowicjuszką – wcześniej jako rodzina zastępcza opiekowała się synami niepełnosprawnej siostry. Dorośli, wyszli z domu. Potem byli Przemek i Gabrysia, a dwa lata temu zdecydowała z mężem, że zajmą się kolejnym niepełnosprawnym dzieckiem, 10-letnim Norbertem z patologicznego domu, któremu groził dom dziecka. Był zaniedbany, z głębokim niedosłuchem, nie umiał czytać ani pisać.

Byłam szwaczką, pakowaczką rajstop, sprzedawczynią, sekretarką, ale dopiero jako zawodowa mama poczułam, że to chcę robić w życiu – mówi Renata Zalewska, zawodowa matka od 9 lat.

Nazwa na zawód

Ustawodawca nazwał to oschle: zawodowa specjalistyczna rodzina zastępcza. Taka rodzina może opiekować się nie tylko niepełnosprawnymi dziećmi, ale także niedostosowanymi społecznie i małoletnimi matkami z dziećmi. Po trzech latach stażu i dodatkowym szkoleniu Renata dostaje 1900 zł na rękę (wynagrodzenie nie zależy od liczby dzieci). Do tego dochodzą pieniądze na każde dziecko (po 1200 zł). Na obowiązkowe szkolenie musiała czekać z mężem dwa lata, bo nie było innych chętnych. Potem pięć lat pracowała bez wynagrodzenia, dostając tylko pieniądze na dzieci. Dopiero kiedy w 2012 r. weszła ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, łódzki MOPS podpisał z nią umowę.

Iwona Szmigiel, z zawodu i zamiłowania nauczycielka, w firmie leasingowej zatęskniła za pracą z dziećmi. Odchowali z mężem, też nauczycielem, dwie córki i pomyślała o rodzinie zastępczej dla niepełnosprawnych dzieci. Na kursie z ośmiu rodzin do końca zostały chyba dwie. Nie mieli oczekiwań co do płci i wieku. Bo przecież – jak mówią – kiedy człowiek decyduje się na dziecko, też nie wie, jakie ono będzie. W 2006 r. zamieszkały z nimi 3,5-letnia Oliwka i 12-letnia Malwina. Obie z traumą placówek opiekuńczych. Oliwka, cierpiąca na achondroplazję, miała tylko 76 cm wzrostu – jak roczne dziecko. Początkowo była dość agresywna. Wręcz nienawidziła Iwony. Bo jest kobietą – tak jak jej matka i ulubiona opiekunka z domu dziecka, która nagle zniknęła z jej życia. Iwona długo musiała pracować na jej zaufanie. Dziś traktują ją z mężem jak córkę, a ona ich jak rodziców.

Z Malwiną, która miała lekkie opóźnienie umysłowe, był inny problem. Pogodne dziecko, będzie pomocne przy Oliwce – przekonywali pracownicy domu dziecka. Niestety, dziewczynka miała zaburzenia osobowości i mimo kosztownej terapii nie udało się ich zniwelować. Trafiła do ośrodka socjoterapeutycznego. Od pięciu lat w rodzinie Szmigielów jest jeszcze 11-letni Damian, który urodził się ze „szczypcami homara”, czyli brakami w palcach rąk i nóg. Jego biologiczna mama nie radziła sobie z opieką nad nim. Po śmierci głuchoniemych dziadków czteroletni chłopiec poszedł do domu dziecka.

Zawodowa specjalistyczna rodzina zastępcza to nie jest zwykły zawód – raczej połączenie pracy z misją. – Ludzie przekonują się podczas szkolenia, że zadań i problemów wynikających z chorób i traum dzieci jest tak dużo, iż zarobki tego nie rekompensują – mówi Jolanta Kałużna, psycholog, która 10 lat szkoliła rodziny zastępcze. – Trudno nawet oddzielić pracę od normalnego życia.

Życie Renaty i Janusza Zalewskich wymaga skomplikowanej logistyki (on prowadzi własną firmę). Każde z dzieci ma inną niepełnosprawność. Ciągłe wizyty u lekarzy, w poradni psychologicznej, rehabilitacja. Trzeba przebojowości i szczęścia, żeby poradzić sobie ze znalezieniem dobrego specjalisty. Renacie to się udaje. Widzi, że lekarz ma inny stosunek do dziecka, za którym stoi mama, a nie opiekunka z placówki. Poddała się tylko przy szukaniu dla Przemka specjalisty od zespołu FAS, czyli alkoholowego zespołu płodowego. Teraz martwi się o Norberta, który tęskni za biologiczną rodziną, zwłaszcza za babcią, i wciąż trudno mu się u nich zaaklimatyzować. No i ma kłopoty z nauką. Co miesiąc przyjeżdża do niego psycholog z łódzkiego wydziału rodzinnej pieczy zastępczej, ale jedna wizyta to za mało.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną