Czy alimenty od dzieci należą się także złym rodzicom

Za tatusia
Rozmowa z Iwoną Ramus, prawniczką, o katach pozywających ofiary, o ofiarach zmuszanych do utrzymywania katów i o tym, dlaczego prawo nie staje po stronie krzywdzonych.
„Liczba spraw, w których to państwo pozywa dzieci do łożenia na rzecz rodziców, zdecydowanie wzrasta”.
Princessdlaf

„Liczba spraw, w których to państwo pozywa dzieci do łożenia na rzecz rodziców, zdecydowanie wzrasta”.

Iwona Ramus – wieloletni dydaktyk, absolwentka Wydziału Prawa i Administracji na UMCS w Lublinie.
Archiwum

Iwona Ramus – wieloletni dydaktyk, absolwentka Wydziału Prawa i Administracji na UMCS w Lublinie.

Agnieszka Sowa: – Przekonuje pani, że w polskim prawie bardzo brakuje instytucji niegodności alimentacji. Co oznacza ten termin?
Iwona Ramus: – Mówimy o sytuacji, w której osoba domagająca się, by dziecko utrzymywało ją na starość, nie zasługuje na takie wsparcie, ponieważ jej postępowanie było rażąco sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. Jeżeli ktoś znęcał się nad dzieckiem, nie interesował się jego losem, nie może żądać od niego, by już jako dorosłe utrzymywało go na starość.

Jeden z artykułów Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego mówi o takiej sytuacji.
Ale w praktyce oznacza jedynie możliwość postawienia takiego zarzutu osobie, która domaga się świadczenia alimentacyjnego. Sąd powinien go uwzględnić z urzędu, jeżeli są ku temu przesłanki, oddalając lub proporcjonalnie zmniejszając powództwo.

Powinien, ale nie musi?
No właśnie. Nawet przekonanie sądu, że domagający się alimentów nie wywiązywał się ze swoich obowiązków, nie gwarantuje sukcesu. Bardzo dużo zależy od sędziego. Spotkałam się z orzeczeniami, w których co prawda sędzia zgadzał się, że domagający się świadczeń alimentacyjnych zachował się w sposób niegodny w stosunku do swoich dzieci w przeszłości, uznawał jednak, że zasady współżycia społecznego wymagają, by ten człowiek dostał wsparcie od swoich dzieci, bo jest przewlekle chory. Ponadto w obowiązującym prawie nie ma instytucji, która definitywnie zamykałaby prawo dochodzenia takich roszczeń, kiedy postępowanie uprawnionego do alimentacji było rażąco naganne wobec zobowiązanego.

Dużo jest przypadków zmuszania dzieci-ofiar do łożenia na rodziców-katów?
Coraz więcej. Zwłaszcza liczba spraw, w których to państwo pozywa dzieci do łożenia na rzecz rodziców, zdecydowanie wzrasta, a więc wzrasta także liczba dzieci zmuszanych do utrzymywania niegodnych rodziców. Koszty utrzymania w domach opieki są coraz wyższe, to dziś suma od 3 do nawet 5 tys. zł miesięcznie, a urzędnicy pomocy społecznej coraz częściej sięgają po pieniądze dzieci. Drugi powód jest taki, że mamy starzejące się społeczeństwo i że przeszliśmy transformację ustrojową. W nowych warunkach ludzie o obniżonej zaradności życiowej po prostu sobie nie poradzili.

Co to oznacza dla dziecka? Piekło wraca?
W drastycznych sprawach szczególnie okrutnego znęcania się, fizycznego bądź psychicznego, albo molestowania seksualnego trauma z dzieciństwa nigdy się nie kończy. I kiedy taka ofiara – nawet jeśli już przeszła proces karny, wiele terapii – ma stawić się na rozprawie jako pozwana, powołać się na zarzut nadużycia prawa do alimentacji i udowodnić go, to przechodzi piekło. Za tę wtórną wiktymizację odpowiedzialność ponosi obowiązujący system prawny. Jeśli u kresu sił swojego kata ofiara musi podtrzymywać jego życie swoim kosztem, znów jest tym, kim była w dzieciństwie: bezsilną, poniżoną ofiarą. Z takiego doświadczenia można się już nie podnieść.

Żeby sąd w ogóle rozpatrywał zarzut niegodności alimentacji rodzica przez dzieci, potrzebne są twarde dowody.
Tak. Musi być wyrok sądu o ograniczeniu bądź pozbawieniu praw rodzicielskich, wyrok za niepłacenie alimentów na dziecko, za znęcanie czy molestowanie seksualne. A przecież doskonale wiemy, jak niewiele takich spraw ma sądowy finał. Zeznania świadków, o ile po latach pozostają oni przy życiu, siłą rzeczy będą konfrontowane z zeznaniami świadków wskazanych przez niegodnego. Niestety, często sprawca przemocy pozostaje w związku z osobą uzależnioną od niego psychicznie. Osoby współuzależnione stają się bierne, wycofane. Nie szukają pomocy, nie wzywają policji. Są cichymi współsprawcami. Są zdolne do składania fałszywych zeznań przeciwko własnym dzieciom. Takie przypadki nie są odosobnione. Pamiętam taką sprawę: ojczym najpierw nakłaniał pasierbicę, żeby oglądała z nim filmy pornograficzne. Później doszło do innych czynności seksualnych, wreszcie do zbliżenia, gdy dziewczynka miała 12 lat. Już jako pełnoletnia złożyła zawiadomienie do prokuratury. Jej matka cały czas uważała, że córka robi jej wstyd, przynosi hańbę rodzinie. Twierdziła w śledztwie, że taka sytuacja jej odpowiadała, bo w zamian dostawała od ojczyma prezenty. W takich rodzinach przesuwa się też granica tego, co jest normą. Tata cię zbił, ale nie połamał, mówi matka dziecku, to znaczy, że nic się nie stało. Nie ma trwałego uszczerbku, więc sytuacja jest pod kontrolą. I tak może się to ciągnąć latami. Dziecko w rodzinie dysfunkcyjnej nie otrzyma pomocy od żadnego z rodziców. Nie dojdzie do skazania sprawcy na podstawie artykułu 207. czy 200.–201. k.k. Nie będą zgłoszone żądania alimentów, ograniczenia czy pozbawienia władzy rodzicielskiej. Nie zostanie złożony wniosek o zakazanie kontaktów sprawcy z dzieckiem. Koszmar będzie trwał, dopóki dziecko nie dorośnie i nie ucieknie z tego piekła. Ta dziewczyna, która oskarżyła ojczyma o molestowanie, odmówiła też utrzymywania matki. Bo ona pozwalała, by jej partner molestował córkę.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną