Społeczeństwo

Tylko konia żal

Julian K. walczy o odszkodowanie za zabraną na wojnę Kasztankę

timothy muza / Unsplash
Ośmielony atmosferą polityczną Julian Kulesza domaga się rekompensaty za Kasztankę, która poszła na wojnę w 1939 r.
Przed zamknięciem powiek często nachodzi Kuleszę czułe wspomnienie Kasztanki.melory/PantherMedia Przed zamknięciem powiek często nachodzi Kuleszę czułe wspomnienie Kasztanki.
Całe dekady Juliana Kuleszę dręczyła myśl o perspektywach utraconych nie ze swojej winy.Jan Malec/Newspix.pl Całe dekady Juliana Kuleszę dręczyła myśl o perspektywach utraconych nie ze swojej winy.

Żyli z żoną apolitycznie w gminie Łapy na Podlasiu. Ona przy dzieciach, troszcząca się o znajomość historii oraz pacierzy. On gospodarz na 12 ha. Całe dekady Juliana Kuleszę dręczyła myśl o perspektywach utraconych nie ze swojej winy. Wypłynięcie, że tak powie, na szerokie gleby uniemożliwiła mu konfiskata konia na rzecz obrony Rzeczpospolitej w pierwszych dniach września 1939 r. A dobry koń był wówczas watr tyle, co dziś niemiecki traktor najnowszej generacji.

Gdy trzy lata temu usłyszał w telewizorze, jak nieznani mu bliżej kandydaci na premiera i prezydenta pięknie mówią o ojczyźnie, przypomniało się Kuleszy nasze zwycięstwo nad Niemcami. A skoro jego koń przysłużył się Niepodległej, mimochodem odżyła w nim wizja rekompensaty za konia. Tak przystąpił do swej ostatniej w życiu, korespondencyjnej, ofensywy.

W nadziei

Kiedy ugrupowanie, z którym ledwie sympatyzował, dochodziło do władzy, był już dojrzałym 90-letnim Polakiem, zalegającym przed plazmą z racji nadmiaru czasu. Kampania zbiegła się z pogrzebem żony, więc pustki zrobiło się jeszcze więcej. Julian Kulesza, przysłuchując się, młodniał.

Piękne to były bogoojczyźniane przemowy. O tym, jak wszystko, co dziś zepsute, będzie naprawione, a każdy obywatel załatwiany indywidualnie. Przypominały mu partyzanckie rozgrzewki do boju w podlaskich lasach (do tego wątku jeszcze powróci). Jakaś niedefiniowalna atmosfera uniesienia spowodowała, że miał w oczach łzy na myśl o szeroko rozumianej ojczyźnie.

Gdy w październiku 2015 r. ugrupowanie, z którym sympatyzował, pokonało niemrawych w mowie przeciwników, namyślił się złożyć wniosek o ekwiwalent za poniesione koszty działań wojennych 1939–45. Opatrznościowo się złożyło, że zwycięstwo wyborcze zbiegło się z porządkami przedświątecznymi, podczas których w jednym z kufrów po śp. ojcu odnalazł zżółkły kwit z okrągłą pieczątką. Tak wiotki, że rozpadał się w dłoniach: „Niniejszym zaświadcza się, że Kulesza Julian [to ojciec, bo tak samo im było na imię] posiadał wałacha pobranego przez Wojskową Komisję Poborową 172 Okręgu Korpusu nr 3”. Dalej upoważnia się Kuleszę Juliana do stawienia się celem odzyskania należności za konia w adekwatnym do miejsca zamieszkania urzędzie skarbowym. Cenę ustala się na 700 zł. Data: 3 września 1939 r.

W niedoczasie

Zanim opowie, co było dalej, zostanie przy 1939 r. Otóż już w dniu hitlerowskiego ataku poszła po gminach powiastka, że stacjonująca w Poświętnem nadzwyczajna komisja prosi posiadaczy niezbędnych wojsku akcesoriów, w tym wałachów, narzędzi, bryczek i innych, by stawili się niezwłocznie. Prowadząc z ojcem konika na podarowanie ojczyźnie, mijali pewne siebie szwabskie motocykle, które pędziły w tumanach kurzu bez żadnej przeszkody. Niedozbrojeni nasi nie dawali rady ich powstrzymać. Biorąc pod uwagę tak dramatyczne okoliczności, ojciec Juliana Kuleszy konia nie żałował. Jako sołtys we wsi Drągi, gmina Sokoły, i żołnierz carski strofował 12-letniego wówczas syna, by nie mazgaił się, skoro sprawa wzywa.

W tym miejscu Kulesza podkreśli, że żaden zmobilizowany koń nie dostał tak wysokiej ceny, bo nie każdy z przyprowadzonych na komisję kondycyjnie się nadawał. Odbierał go sam generał, mlaskając z zadowolenia. Bardzo przystojny był z Kasztanki wierzchowiec. W kolorze brąz. Wypieszczony od źrebaka. Sześcioletni. Z pierwszorzędnego ogiera i kulturalnej matki o białej grzywie. Choć wykastrowany, młodzieńczo skory do bitki.

Więc wracając do 2015 r., Julian Kulesza, dostawszy skrzydeł w związku z (tak mu się wówczas zdawało) sejmową przewagą patriotów, kseruje swój zżółkły kwit i dołącza go w pisemnym wezwaniu Skarbu Państwa do natychmiastowego uregulowania zaległości za konia wykorzystanego w wojnie obronnej. Zastrzega, że na kwotę w wysokości 28 tys. zł (po uwzględnieniu wielu inflacji) czeka tylko siedem dni od niniejszego nadania.

I tak policzył tanio. Pomnóżmy: skoro krowa na jarmarku w 1939 r. kosztowała 100 zł, a jego konia wojskowa komisja wyceniła na 700, znaczy – był potencjalnym posiadaczem siedmiu jałówek. Zaś współcześnie krowy chodzą po 5 tys., czyli – zgodnie z rachunkiem – powinien domagać się 35 tys. A on rości – można powiedzieć – promocyjnie.

Tymczasem zbywają Kuleszę. Wypiera się partycypacji w koniu po kolei: Urząd Skarbowy w Wysokiem Mazowieckiem, Sąd Administracyjny w Białymstoku, wojewoda podlaski. Wszyscy zasłaniają się rzekomo ciągle aktualnym rozporządzeniem z lat 30., w myśl którego odstępujący na rzecz świadczeniobiorcy – ojczyzny – zwierzęta pociągowe, wozy, pojazdy mechaniczne, rowery i inne mogą dochodzić swych szkód najdalej do 12 miesięcy od ustania działań wojennych. Niestety, Kulesza spóźnił się niemal 80 lat. Z tej perspektywy dołączony kwit ma jedynie walor kolekcjonerski.

W niewoli

Zdenerwował się, uznając powyższe uniki za błędne co do ustaleń faktycznych. Jak to: miał 12 miesięcy na reakcję? Czy korespondujący z nim niespełna kilkudziesięcioletni urzędnicy wiedzą, co to były za czasy? Gdyby byli poważni lub mieli przynajmniej dostateczny z historii, zadaliby sobie pytanie: do kogo miał się zwrócić, skoro przez kraj przetoczyły się dwie okupacje, likwidując placówki zobligowane do wypłaty ekwiwalentu za konia już kilka dni po jego mobilizacji. Było to – odwoływał się pisemnie – obiektywnie niemożliwe.

Koń to bagatela – nadmieniał. Ojca stracił w 1944 r., kiedy ten wszedł na minę podczas wyprawy do lasu po chrust. Krótko po ojcu tężec odebrał mu matkę. Za matką siostrę. A wyczerpał je m.in. niewyobrażalny niedostatek także spowodowany brakiem konia. Zdarzało się, że do pługa zaprzęgano dzieci, wypożyczając je po wioskach jeden od drugiego. Z wojny żywy wyszedł tylko Kulesza i młodszy brat.

Wracając do ustawowych 12 miesięcy: od którego dnia miał odliczać ustanie działań wojennych, skoro poczucie wolności było stanem względnym? Podczas gdy jednym wystarczał święty spokój pod opieką Sowietów, Kulesza jeszcze długo nie miał głowy do papierów, gdyż krył się po podlaskich lasach, wspierając partyzantów w odbijaniu Polski z radzieckich okowów. Draśnięty w miednicę podczas próby ostrzeżenia przed ubecką zasadzką, przeleżał w szpitalu cztery miesiące. Leśnym kompanem Kuleszy był wówczas sam kpt. Kazimierz Kamieński ps. Huzar, najdłużej walczący Żołnierz Wyklęty, stracony 11 października 1953 r. o godz. 13.30 w więzieniu białostockim.

W międzyczasie ustrój Rzeczpospolitej uległ diametralnej zmianie, a poszanowanie dla praw takich jak własność prywatna było iluzoryczne. Kulesza wyszedł z lasu i ostatnią rzeczą, o jaką mógł się upominać, było odszkodowanie za własnościowego konia, oddanego w ręce wojska oskarżanego o porażkę w kampanii wrześniowej. Spacyfikowany zrezygnował, ożenił się, zapomniał. (Długo by mówić na ten temat, tylko nie ma komu słuchać). Dochodząc do sedna: mijały lata, w kufrze żółkł kwit za konia, aż nastał XXI w. Julian Kulesza ciągle czuł, że odzyskana wolność jakaś połowiczna, nieuroczysta, momentami zbyt europejska, by ośmielił się upominać o osobisty historyczny dług. Aż do ostatniego wyborczego zwycięstwa.

Kulesza na próżno szukał potwierdzenia obietnic z telewizji. Nie godząc się z lekceważeniem, w kilkustronicowym emocjonalnym piśmie poprosił o poparcie ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza, znanego z przywiązywania wagi do wojennych rekwizytów. Ufając, iż deklaracje ministra znajdą odzwierciedlenie w jego skromnej sprawie, zaznaczył, że skoro oddał konia z chęcią, państwo nie powinno uciekać przed zobowiązaniem.

Dotknęła Kuleszę lakoniczna odpowiedź na papeterii Sztabu Generalnego WP. Streszczając: to, co zrobił, należy rozpatrywać w kategorii obywatelskiej powinności. „Jej istota została zawarta w zapisach ciągle obowiązującej Ustawy Konstytucyjnej z 1935 r., która w art. 1 wskazuje, że: »Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę Państwa. Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i imieniem«. Zatem dobro ojczyzny – koresponduje z Kuleszą Sztab Generalny – w sytuacji zagrożenia zbrojną napaścią, wymagało (i obecnie nadal wymaga) od swoich obywateli odpowiedzialności i poświęcenia”. W imieniu sztabu pozostaje z poważaniem gen. bryg. Jan Dziedzic.

Skoro tak, nie pozostał mu nikt inny, jak Andrzej Duda, zwierzchnik Sił Zbrojnych. Jeśli trzeba, gotów jest przyprowadzić garstkę jeszcze przytomnych świadków, jakiego udanego konia posiadał.

W niesmaku

I nie o pieniądz ani splendor tu chodzi. Nie chce Kulesza orderów. I bez konia dorobił się, stawiając po jednym domu wolno stojącym każdemu z czwórki dzieci, choć był stratny także na ciągniku, gdyż jako bezpartyjny długo nie dostawał przydziału. Chciwości nie można mu zarzucić, bo już nie nadaje się na wczasy. Chodzi o honor. Zwrócony ekwiwalent rozdałby wśród wielodzietnych najuboższych sąsiadów. A gdyby młode pokolenie zechciało drwić z Kuleszy, ostrzega, że historia może się powtórzyć. Armia pod wodzą ministra Macierewicza, jaka jest, każdy widzi. Niewykluczone, że w razie wyższej konieczności (odpukać) komisje będą chodzić po domach i rekwirować inwentarz. Tym razem nie konie, ale sprzęt auto-moto. Czy też machną ręką na ekwiwalent za terenówkę, motocykl, koparkę, spychacz?

Codziennie o siódmej rano zagląda do skrzynki pocztowej z nadzieją na odzew od prezydenta. Ten milczy już dwa miesiące. Kulesza czeka grzecznie, ale nie popuści. Jeśli spotka go brak reakcji, zradykalizuje korespondencyjny ton. Odszczeknie się, że łaska polska na pstrym koniu jeździ.

Znajdują się już chętni odkupić prawa do emocjonalnie poniesionych strat w związku z Kasztanką. Jak to jest, pyta Kulesza, że – bez urazy – łatwiej odzyskać odszkodowanie za cudzą domniemaną kamienicę, kupioną na Allegro, niż własnego konia, który był, poszedł na wojnę i są na to dokumenty.

Być może Kulesza, doprowadzając sprawę do szczęśliwego finału, uczyni precedens. Żyjących dysponentów kwitu po koniu zmobilizowanym dla kraju zostało jeszcze kilkuset. Stanisław Pięta, poseł PiS, obiecał, że w imię sprawiedliwości dziejowej nada sprawom bieg. Ale to było dziesięć lat temu. W apogeum kampanii wyborczej.

Przed zamknięciem powiek często nachodzi Kuleszę czułe wspomnienie Kasztanki. Dziś obserwuje, jak bardzo koń zdewaluował się, służąc głównie do rekreacyjnych przejażdżek bez celu. Niewycenialne jest, co wtedy stracił. Czy więc Kasztanka dostała się w dobre oficerskie ręce? Miała dostatek paszy? Odpoczywała w przyzwoitej stajni? Spisała się? Poległa na placu boju czy zostawiona bezimiennie gdzieś na poboczu którejś z dróg?

Polityka 15.2017 (3106) z dnia 11.04.2017; Opowieści świąteczne; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Tylko konia żal"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Uzależnieni od uzależnionych

Seks, hazard, komputer – z uzależnionym żyje się na krawędzi. Chciałoby się mieć gwarancję, że nałóg partnera nie powróci. Ale gwarancji nie ma i nie będzie.

Izabela O’Sullivan
17.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną