Trumny z kartonu: nowy trend branży funeralnej

Tekturowy ból głowy
Sztywne reguły polskiego pochówku to już przeszłość. Obecnie dominuje ożywiony popyt na trumny z kartonu.
Wystawa akcesoriów pogrzebowych „Memento” w Warszawie.
Bartłomiej Zborowski/PAP

Wystawa akcesoriów pogrzebowych „Memento” w Warszawie.

Tekturowe trumny produkowane przez Ryszarda Liebchena.
Juliusz Ćwieluch/Polityka

Tekturowe trumny produkowane przez Ryszarda Liebchena.

audio

AudioPolityka Juliusz Ćwieluch - Tekturowy ból głowy

Tekturowe trumny to ciągle delikatny temat i należy sprzedawać je umiejętnie. Najlepiej tak, żeby klient nie zobaczył towaru. Produkt trzeba również odpowiednio nazywać. W żadnym wypadku nie można podkreślać, że trumna jest tekturowa. Lepiej mówić, że jest kremacyjna. Dobrze jest eksponować wątki praktyczne – cena poniżej 100 zł, i ekologiczne – materiał przyjazny środowisku. Ale też nie ma co wchodzić w szczegóły, bo tak się składa, że wrogiem papieru są płyny, więc nieboszczyka prewencyjnie zawija się w zwykłą folię. A tu już ekologia się kończy. No i powaga pochówku również, więc ten wątek omijamy.

O pieniądzach też trzeba mówić z rozwagą. Klient niby w żałobie, ale coraz częściej nawet wobec wieczności nastawiony jest na minimalizację kosztów. Dzwoni po zakładach i sprawdza ceny, szuka okazji, nierzadko pyta, czy nie ma promocji. A papierowa trumna to ostatnia rubież cenowa w branży pogrzebowej. I Polacy coraz częściej nie wahają się jej przekroczyć. Tyle że tektura to model dla wybrańców. Kto waży powyżej 70 kg na tę tanią ofertę się nie załapie.

Skromna angielka

Ryszard Liebchen 37 lat działa w branży pogrzebowej. Z dumą podkreśla, że kiedyś nie było w Polsce pogrzebu, żeby choć jeden gwóźdź w trumnie nie był od Liebchena. Czas przeszły w tym pięknym zdaniu sam niechcący podkreśla, mówiąc, że dziś do zrobienia trumny nie potrzeba ani jednego gwoździa. Deski klei się w płyty i łączy jak tapicerowane meble zszywkami. Potentaci rezygnują nawet z tego i idą w metalowe klipsy, które oszczędzają około 20 czynności montażowych przy każdej trumnie. Im dłużej Liebchen opowiada, jak było, tym szybciej można dojść do wniosku, że przez te 37 lat branża przeszła długą drogę. I ku własnemu zaskoczeniu ostatnio zorientowała się, że w pogoni za zyskiem skręciła w złą uliczkę.

Tradycje funeralne u Liebchenów sięgają trzeciego pokolenia wstecz. Nie tylko reagowali na rynek, ale sami go kreowali, np. umiejętnie propagując hasło, że trumna bez zdobień to tylko pudełko. A tak się składa, że zdobienia produkowali właśnie oni. Najpierw tłoczone w gipsie, a następnie w papierze, bo gospodarka niedoborów nie omijała żadnej branży. Ludzie przychodzili i zamawiali tyle świętych dekoracji na trumnę, na ile było ich stać. Bogaci obijali górę i dół. Biedny brał palemkę na wieko i też jakoś było. Do tego obowiązkowe koronki. Atłasowa poduszka. Za życia zmarły zwykle nie spał na atłasie, to chociaż do grobu musiało być na bogato.

W poszukiwaniu inspiracji Ryszard Liebchen udał się nawet za kanał La Manche, gdzie podpatrywał pogrzebowe zwyczaje Wyspiarzy. Przywiózł z tamtej wyprawy nowy wzór trumny, tzw. angielkę, którą próbował zdetronizować tradycyjną polską karnesówkę (trumna zbudowana na bazie dwóch trapezów). Angielka miała tę zaletę, że była prosta w konstrukcji i tania w produkcji. Produkt w sam raz na trudne lata 80. zeszłego wieku.

Wraz ze zgonem komunizmu w Polsce narodziła się branża pogrzebowa, której Liebchen był jednym z kluczowych akuszerów. Jako ustalający trendy uznał, że należy przerzucić się z anglikańskiej prostoty na amerykański przepych. W telewizji i umysłach Polaków królowała właśnie „Dynastia”. Więc i do świata umarłych można było sprzedać trochę blichtru. Liebchen zaczął ściągać do Polski metalowe trumny z Ameryki. Moda nie chwyciła, ale miała ten walor, że metalowe trumny ładnie wyglądały na witrynach zakładów pogrzebowych. No i w odróżnieniu od tych drewnianych, robionych z mokrego drewna, długo trzymały fason i styl.

Po Ameryce wybór branży padł na Włochów, którzy kusili najbardziej wystawnymi pogrzebami w całej zachodniej Europie. Cenowo nie wyglądało to dobrze, ale branża w swojej mądrości uznała, że raz się żyje i raz umiera. A w związku z tym trzeba iść na jakość, a nie ilość. Włoskie trumny budowane na bazie krzyża, z drogich, często egzotycznych gatunków drewna, zaczęły podbijać polski rynek. Wydawało się, że branża znalazła kierunek, w którym będzie podążała.

Opakowanie

Zbigniew Lindner produkuje trumny od 27 lat, ale w biznesie pogrzebowym ciągle jest właściwie ciałem obcym. I on z branżą się specjalnie nie utożsamia. Mówi, że gdyby go jakoś szufladkować, to najlepiej wśród producentów opakowań. W świecie okołofuneralnym ten typ podejścia do życia, a raczej do śmierci, nie jest mile widziany. Lindner drażni wszystkich corocznym kalendarzem, na którym rozebrane modelki występują z produkowanymi przez niego opakowaniami. Firmę promuje również za pomocą małych breloczków w kształcie trumienek. Na Zachodzie to standard. U nas ciągle ekstrawagancja.

Tak się jednak składa, że Lindnera można nie lubić, ale trzeba się z nim liczyć, bo to on jako pierwszy przewidział trend. Kiedy Helmut Kohl odbierał Niemcom zasiłki pogrzebowe, niemieckie firmy spały spokojnie, pewne, że konserwatywni i ogólnie zamożni Niemcy nie będą żałować pieniędzy na pogrzeb najbliższych. W ten sposób niemiecka branża przespała jedną z największych rewolucji społecznych w Niemczech – tanie pogrzeby, będące konsekwencją rozluźnienia więzi rodzinnych. Tylko Lindner był gotowy. Miał odpowiednie produkty w odpowiedniej cenie. Jego sukces zauważył nawet „Financial Times”, w którym opowiadał, jak ważne jest, żeby elastycznie reagować na pozornie „sztywny popyt”. Z kolei australijska prasa opisała go jako biznesowego kameleona, który płynnie przeszedł od produkcji dla Ikei do trumien. Tyle w tym prawdy, że trumny u Lindnera produkuje się według tej samej filozofii co meble w Ikei. Szybko i tanio, ale nie tracąc standardu.

Lindner nie zawahał się skrócić swoich trumien o 7 cm, bo przy produkcji rzędu 18 tys. egzemplarzy miesięcznie daje to 126 tys. cm oszczędności, czyli dziesiątki metrów sześciennych drewna. Zwęził je również do 60 cm, nie przejmując się, że wśród umierających trend był akurat w drugą stronę. Za szerszą trumnę trzeba było po prostu dopłacić. Tak długo upraszczał produkt, że udało mu się doprowadzić do sytuacji, w której z linii montażowej schodzi jedna trumna na minutę. Tajemnica tkwi w płycie klejonej. U Lindnera nikt nie bawi się w zbijanie desek. Maszyny kleją ją w niekończącą się płytę i dopiero z tego automatyczne piły wycinają komputerowo zaprogramowane elementy. Choć modeli są dziesiątki, każdy montowany jest w ten sam sposób. Henry Ford, projektując swoją linię montażową, pewnie nawet nie przewidział, że na podobnej produkowane będą nie tylko samochody, ale także trumny.

Do 2007 r. Lindner rozrastał się w Wągrowcu pod Poznaniem na trumiennego magnata, ale na polskim rynku nikomu nie zagrażał, bo całość produkcji szła na eksport. W kraju królowały wtedy ciężkie i drogie wampirki, czyli trumny typu włoskiego. Dębowe, z deskami grubymi na co najmniej 3 cm. A Lindner niemal całkowicie przerzucił się już na sosnę i przekonał odbiorców, że deska może być cieńsza o 6 mm. Łatwo policzyć, ile kolejnych setek tysięcy złotych zaoszczędził na tych milimetrach.

Jeden z pierwszych dystrybutorów trumien Lindnera do dziś wspomina, jakimi epitetami branża określała oferowany przez niego produkt. Ze względu na wrażliwość czytelników większości z nich nie można przytoczyć w druku. Ostatecznie wyroby z Wągrowca zostały zaszeregowane w kategorii produktu socjalnego. Ostatniej propozycji dla klientów, którzy łzy po bliskim chcieli ocierać zaoszczędzonym na zasiłku pogrzebowym tysiącem. Tylko że kilka lat po tym, jak Helmut Kohl zlikwidował Niemcom zasiłek pogrzebowy, Donald Tusk obciął go Polakom. I nad Wisłą branża przespała społeczną rewolucję taniego pogrzebu.

Pożegnanie z szykowną włoszką

Za usprawiedliwienie dla firm może posłużyć tylko fenomen pogrzebów smoleńskich: bogate i niezwykle okazałe ceremonie przemówiły do wyobraźni wielu Polaków, którzy oglądali uroczystości w telewizji. Część z nich żądała potem podobnego standardu. Niektórzy klienci gotowi byli nawet za to słono dopłacić. Branża uwierzyła, że lata podnoszenia jakości usług przyniosły wreszcie upragnioną premię. Kowalscy przestaną oglądać się na cenę i choć raz, choćby na pogrzebie, jednak zaszaleją. Tyle że kilka miesięcy później rząd obniżył zasiłek pogrzebowy z niemal 6,5 tys. do 4 tys. zł.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną