Lefebvryści. Iskry schizmy
Papież Benedykt XVI wykonał pewne gesty wobec Bractwa św. Piusa X, czyli lefebvrystów, zwolenników arcybiskupa Marcela Lefebvre’a. Nieżyjący już ten hierarcha konsekwentnie kontestował – z pozycji Tradycji – posoborowe zmiany w Kościele rzymskokatolickim, za co został w latach 80. ekskomunikowany, i była to pierwsza ekskomunika w całym XX w.! Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?
Marcel Lefebvre
openDemocracy/Flickr CC by SA

Marcel Lefebvre

Wiecie, umiłowani bracia (...), że Leon XIII powiedział na podstawie proroczej wizji, jaką miał: tron świętego Piotra stanie się pewnego dnia miejscem bezbożności. (...) Czy stało się to już dziś, czy nastąpi dopiero jutro? Nie wiem tego. Ale w każdym razie zostało zapowiedziane. Bezbożność to może oznaczać całkiem po prostu herezję. (...) Zaprzestanie wyznawania wiary Wszech czasów, zaprzestanie wyznawania wiary katolickiej jest to ciężki błąd. (...) Jeszcze nigdy nie było w Kościele większej bezbożności niż w owym dniu w Asyżu [26 października 1986 r. w Asyżu odbyło się, na zaproszenie Jana Pawła II, spotkanie chrześcijan różnych wyznań i przedstawicieli religii niechrześcijańskich: Światowy Dzień Modlitw o Pokój – przyp. RG], który wykracza przeciwko pierwszemu przykazaniu Bożemu i przeciwko pierwszemu artykułowi Credo! Nie do wiary, jak coś takiego mogło się kiedykolwiek zdarzyć w Kościele, na oczach całego upokorzonego Kościoła!”.

Arcybiskup Marcel Lefebvre uważał, że na Soborze Watykańskim II Kościół wkroczył na drogę zdrady i pod rządami kolejnych papieży – Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła II – trwa w tym zgubnym nastawieniu, a dialog ekumeniczny i międzyreligijny papieża z Polski jest tego najgorszym przejawem. Stąd i powyższe słowa. Lefebvre skierował je do seminarzystów w Econe 29 czerwca 1988 r., a więc w przeddzień najważniejszej decyzji swojego życia, w następstwie której został obłożony ekskomuniką.

Krzewić wiarę jedyną i prawdziwą

Marcel Lefebvre był typem misjonarza, powiedzmy: misjonarza w stylu kolonialnym. Już jako młody kapłan, członek Zgromadzenia Ojców Ducha Świętego, przybywa w 1932 r. do Gabonu (podówczas będącego francuską kolonią), gdzie zostaje rektorem seminarium w Libreville. W 1947 r. zostaje mianowany arcybiskupem Dakaru i delegatem apostolskim dla całej francuskojęzycznej Afryki. Do Francji wraca dopiero w 1962 r. Są powody, żeby sądzić, iż 30 lat pracy misjonarskiej uformowały go na resztę życia. Był misjonarzem niestrudzonym: utworzył cztery Konferencje Episkopatu i dwadzieścia jeden nowych diecezji. Wszystko po to, żeby nawracać tubylców – nieszczęśników, którym dotąd nie dane było zetknąć się z prawdziwą wiarą. Biedacy ci nie wiedzieli, że wyznając swoją religię tragicznie błądzą, trzeba było – aby ich ratować – koniecznie im to uświadomić: „To nieludzkie okrucieństwo stanąć przed niechrześcijanami i nie powiedzieć im, że potrzebują religii chrześcijańskiej, że nie mogą być zbawieni poza Naszym Panem Jezusem Chrystusem”.

Dla Marcela Lefebvre’a sprawa jest prosta: istnieje jedna prawdziwa wiara, wszystkie pozostałe są fałszywe. Jest białe i jest czarne, nie ma żadnego odcienia szarości. Dzięki Objawieniu wiemy, jaka jest prawda o Bogu, czyli po prostu: jaka jest Prawda. Nie ma zatem żadnego powodu, aby wątpić, wahać się czy zawieszać sąd. Dlatego w zetknięciu z wyznawcami innych religii lub innych wyznań chrześcijańskich katolik nie ma dialogować, lecz po prostu głosić Prawdę: „Nasz Pan posłał swoich Apostołów nie po to, aby prowadzili dialog, lecz by głosili naukę!”. Katolik winien być jak nauczyciel matematyki, który stwierdza, że dwa plus dwa równa się cztery.

Ale kiedy w 1962 r. arcybiskup powraca do Francji (zostaje najpierw ordynariuszem Tulle, a potem przełożonym generalnym swojego zgromadzenia), zauważa z przerażeniem, że w Kościele coraz silniejsze stają się zgoła inne prądy. Jakieś ciemne siły usiłują sprowadzić Kościół z jedynej słusznej drogi. To kościelni liberałowie: ci powiadają, że tak do końca nie wiadomo, ile jest dwa plus dwa. Kiedy zaś tego nie wiadomo, nie da się już wszem i wobec głosić Prawdy. Liberalizm to umysłowa zaraza, która „poprzez swoją naturalną skłonność wiedzie do totalitaryzmu i rewolucji komunistycznej”. Z tą hydrą walczyli kolejni papieże od początku XIX w. aż do Piusa XII, po czym nastał Jan XXIII, zaprzestał owej szlachetnej walki i odtąd mamy w Kościele kryzys graniczący z apostazją. Przepełniony misjonarskim zapałem były arcybiskup Dakaru widzi, że jego świat załamuje się. Postanawia go ratować. Za wszelką cenę.

W niebie nie ma protestantów

Kryzys współczesnego Kościoła bierze się z odrzucenia kilku prostych prawd. Bo dla Marcela Lefebvre’a świat w ogóle przedstawia się prosto. Pan Bóg stworzył człowieka, ale i społeczeństwo. Jest błędem prowadzącym do opłakanych konsekwencji twierdzić, że społeczeństwo jest wytworem wolnej woli samych ludzi. Skoro zaś społeczeństwo jest wytworem Stwórcy, winno oddawać Mu cześć. W tym celu państwo powinno służyć Kościołowi. Stąd prawowite państwo nie może być inne, jak tylko katolickie. Władza pochodzi od Boga, także władza w demokracji, co jest prawdą objawioną. Zatem także demokracja nie może być inna, jak tylko katolicka. W związku z tym jej prawodawstwo musi być inspirowane dekalogiem. Nie może w prawowitym państwie istnieć wolność prasy ani wolność edukacji, bo to by stawiało na tym samym poziomie opinie prawdziwe i błędne, pewną wiedzę i fantazje.

Tym bardziej państwo nie może proklamować wolności religijnej. Państwo może wprawdzie tolerować błędne religie, ale jedynie ze względów pragmatycznych (np. dla zachowania pokoju społecznego), nigdy z powodów zasadniczych, gdyż błąd nie może mieć takich samych praw jak prawda. Stąd postulat wolności religijnej jest umysłową aberracją. Jest absurdalny, „gdyż przyznaje te same prawa prawdzie i błędowi”. Jest też bluźnierczy, „gdyż (...) »umieszcza świętą i niepokalaną Oblubienicę Chrystusa na równym poziomie z sektami heretyckimi, a nawet z żydowską wiarołomnością«”. (To ostatnie arcybiskup cytuje za Leonem XIII). Krótko mówiąc: „W niebie nie ma protestantów, są tam tylko katolicy!”.

Podobnie piszą współcześnie uczniowie arcybiskupa. Przytaczają słowa bpa Wojtyły z soborowej dyskusji nad „Deklaracją o wolności religijnej”: „Trzeba powiedzieć z całą jasnością i otwartością, że aktualna staje się koncepcja wolności religijnej, pozostającej w ścisłym związku z prawdą, miast kurczowego trzymania się pojęcia tolerancji, obarczonego przecież tak negatywnymi konotacjami”. A oto komentarz: „W wypowiedzi biskupa Wojtyły następuje przejście od negatywnej oceny fałszywych religii do akceptacji, oceny pozytywnej: nie są one już postrzegane jako fałszywe, lecz jako poszukujące prawdy, jako w istocie prawdziwe i równoprawne w stosunku do religii katolickiej”. (Tekst „Karol Wojtyła a Sobór Watykański II” w organie polskich lefebvrystów „Zawsze Wierni”, lipiec–sierpień 2003 r., przedruk z francuskojęzycznego pisma „Savoir et Servir” nr 57).

Bo świat wiary Marcela Lefebvre’a przypomina wyobrażenie XIX-wiecznego uczonego o jego dziedzinie wiedzy: wiedza jest pewnym obiektywnym stanem rzeczy, który wystarczy odkryć i opisać w języku ścisłych twierdzeń. Wiedza jest też skończona – wszystko, co było istotne dla zrozumienia świata, już odkryto. To świat religii wedle Syllabusa Piusa IX: takie to a takie twierdzenie jest fałszywe, prawdziwe zaś jest twierdzenie odwrotne. Koniec i kropka.

Świat wiary Marcela Lefebvre’a miał cechę oczywistości. Może po trosze dlatego, że od dzieciństwa Marcel żył w warunkach, które tę oczywistość na każdym kroku potwierdzały. Urodził się (w 1905 r. w Tourcoing) i wychował w tradycyjnej, katolickiej, wielodzietnej rodzinie, która od pokoleń dostarczała Kościołowi księży i zakonnic. Miał siedmioro braci i sióstr. Trzy siostry zostały zakonnicami, a brat misjonarzem. Dzieciństwo i młodość spędził przyszły arcybiskup Dakaru w świecie ideowo bezalternatywnym. To nie musiało niczego przesądzać, w każdym razie jednak istniały obiektywne warunki sprzyjające jego narastającemu zniechęceniu do nowoczesnego, religijnie podzielonego świata, a z czasem również do Kościoła, który usiłował z owym światem rozmawiać.


Sobór – masoński spisek

„Dobrze wiecie, jest to fakt historyczny, wówczas opublikowały to gazety nowojorskie, że kardynał Bea, w wigilię Soboru Watykańskiego II, złożył wizytę B’nai B’rith, »synom przymierza«, masońskiej sekcie zastrzeżonej wyłącznie dla Żydów, która cieszy się wielkimi wpływami w Zachodnim ruchu »jednego świata«. Ze swej pozycji sekretarza Sekretariatu na rzecz Jedności Chrześcijan (...), zapytał ich, »Masoni, czego chcecie?«. Oni mu odpowiedzieli, »Wolności religijnej. Ogłoście wolność religijną, a wrogość między masonami a Kościołem Katolickim ustanie!«. Tak więc otrzymali to, religijną wolność; wynika stąd, że wolność religijna Soboru Watykańskiego II jest zwycięstwem masonerii!”.

Dla Lefebvre’a wolność religijna jest – naturalnie – zła sama w sobie. Ale dodatkowym argumentem przeciwko niej jest to, że podoba się masonom. Ten styl myślenia jest dla arcybiskupa charakterystyczny. Sąsiaduje on z inną ważną cechą tego intelektu: podkreślaniem znaczenia w historii sił działających niejawnie. To pozwala mu np. mówić, że końcowy efekt obrad Vaticanum Secundum był taki, jaki był, ponieważ dokonał się tam watykański coup d’Etat, zamach stanu, kierowany przez Pawła VI i kardynała Bea.

Gdyby nie ów zamach... Po pierwsze, kształt soborowych dokumentów byłby zgoła inny: taki jak w przedsoborowych projektach opracowanych m.in. przez Lefebvre’a i kardynała Alfreda Ottavianiego. Po drugie, zupełnie inne byłoby oddziaływanie Kościoła na świat. Powiada arcybiskup, że komisje przygotowawcze Soboru „sposobiły się do tego, by oznajmić prawdę w obliczu owych [wywodzących się z modernizmu – RG] błędów, po to, aby je na długi czas wyeliminować z Kościoła. To byłby koniec protestantyzmu i początek nowej, owocnej ery dla Kościoła. Ale te przygotowania zostały w haniebny sposób zaprzepaszczone i ustąpiły miejsca największej tragedii, jaka kiedykolwiek spotkała Kościół. Byliśmy świadkami zaślubin Kościoła z ideami liberalnymi”. Pomińmy na chwilę kwestię oceny owych modernistycznych idei. Jakkolwiek by z tym było, arcybiskup wierzy, że samo tylko „oznajmienie prawdy” na ich temat przez Sobór byłoby sprawiło, że idee te radykalnie straciłyby zwolenników, przez co losy świata potoczyłyby się zupełnie inaczej, niż się rzeczywiście potoczyły.

Jest tu chyba coś z magii: silna wiara w to, że samo słowo, sam gest decydująco wpływa na dzieje milionów ludzi. Gdyby – wywodził arcybiskup – Sobór nie zrzekł się swojego odwiecznego postulatu państwa katolickiego, wiele takich państw nie wymazałoby pod jego wpływem ze swoich konstytucji odnośnych przepisów, co miałoby niezwykle dalekosiężne skutki. Państwa te pozostając nadal katolickie, byłyby wciąż odpowiedzialne za religijne prowadzenie się ich obywateli, a przez to przyczyniłyby się do zbawienia milionów dusz katolickich. Państwa te jednak, pod wpływem Soboru, zlaicyzowały się, przez co miliony dusz nie zostały zbawione. Pozazdrościć wiary w sprawczą moc ludzkiego słowa i stanowionego prawa w boskim planie zbawienia.

Ale już na pewno jest coś z magii w przekonaniu arcybiskupa o zabójczych dla wiary katolickiej skutkach pewnych rytualnych gestów szacunku Jana Pawła II w stosunku do kultury religijnej egzotycznych ludów. Arcybiskup nie posiada się z oburzenia, gdy komentuje takie gesty papieża podczas jego pielgrzymki do Indii w 1986 r. Powiada, że są gorszące dla pobożnych katolików. Identyczna jest ocena polskich lefebvrystów: „Tak więc Jan Paweł II, w ślad za Soborem Watykańskim II, nie głosi ani Królowania Chrystusa, ani też konieczności przynależności do założonego przezeń Kościoła, by dostąpić zbawienia”.

Tymczasem Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki do Indii czynił te gesty z pełną świadomością, że świadczą one o szacunku dla Hindusów, ale nie oznaczają przecież udziału w ich kulcie, ani tym bardziej nie stanowią manifestacji lekceważenia dla katolicyzmu. „Zadaniem Kościoła – mówił papież – jest niesienie Dobrej Nowiny o zbawieniu wszystkim kulturom i przedstawianie jej w sposób dostosowany do mentalności każdego narodu. Stoi przed nami zadanie wyrażenia depozytu wiary – przy zachowaniu jego oryginalnej treści – różnorakimi środkami ekspresji”.

Kości niezgody

Sobór był punktem zwrotnym w życiu biskupa Karola Wojtyły i w życiu arcybiskupa Marcela Lefebvre’a. Pierwszy pokazał się tam jako współautor soborowych dokumentów, co zapewne zaważyło na jego dalszej drodze życiowej. Drugi został na Soborze zmarginalizowany. Mniejszościowa, tradycjonalistyczna grupa liczyła – zależnie od szacunków – od kilkudziesięciu do 250 biskupów, jednak prawie wszyscy tak lub inaczej podporządkowali się decyzjom większości. Arcybiskup Lefebvre się nie podporządkował. W jego oczach uchwały soborowe oznaczają wyrzeczenie się przez Kościół niemal całej dotychczasowej tradycji, wręcz wyrzeczenie się wiary katolickiej. A skoro tak, to trzeba tej Tradycji (Lefebvre i jego zwolennicy zawsze piszą ją dużą literą) zażarcie bronić, nawet gdyby to miało kosztować kary kościelne ze strony Rzymu.

Obrazą dla prawdziwego katolika jest ekumenizm, bo on uprawomocnia fałszywe religie, a przez to obraża samego Boga. „Jeżeli, widząc modlących się na ulicy muzułmanów, ogarnęłoby cię pragnienie przeszkodzenia im lub nawet zakłócenia ich modlitwy w meczecie, najprawdopodobniej grzeszysz przeciwko miłosierdziu i roztropności. Nie czynisz jednak niesprawiedliwości wobec tych wyznawców. Oni nie zostaną pokrzywdzeni w zakresie żadnego z tych dóbr, do których mają prawo, ani w prawach do tych dóbr: w żadnym z ich dóbr, gdyż ich prawdziwym dobrem nie jest kontynuowanie fałszywego kultu bez przeszkód, lecz możliwość uczestnictwa pewnego dnia w prawdziwym kulcie; w żadnym z ich praw, gdyż ściśle rzecz biorąc, mają oni prawo do »prywatnego i publicznego wyznawania Boga« i do nieutrudniania im tego. Ale kult Allaha nie jest kultem Boga! W rzeczywistości to sam Bóg objawił nam kult, którym pragnie wyłącznie być czczony, a jest nim religia katolicka”.

Dla arcybiskupa podobną obrazą dla prawowiernego katolika było wyrzeczenie się przez Kościół państwa katolickiego. Jednak największym nieszczęściem dla Kościoła jest nowa msza. O ile ekumenizm i wyrzeczenie się państwa katolickiego są wielkimi problemami doktrynalnymi, o których jednakże można, od biedy, nie pamiętać na co dzień, o tyle nowa msza to coś, co uwiera zwolenników (a szczególnie kapłanów) Tradycji każdego dnia. Kapłan codziennie odprawia mszę, tymczasem dla kogoś tak przekonanego o szkodliwości nowej liturgii jak arcybiskup jest to wprost niemożliwe. Namawiać kogoś takiego do celebracji Ofiary Pańskiej wedle nowego rytu to tak, jak gdyby go namawiać do świętokradztwa.


Wierny Tradycji, nieposłuszny papieżowi

Po Soborze, w 1968 r., arcybiskup dostał swoiste wotum nieufności od swoich konfratrów ze Zgromadzenia Ojców Ducha Świętego, w następstwie którego podał się do dymisji. Nosił ciągle tytuł arcybiskupa, ale nie pełnił już (od 1962 r.) funkcji episkopalnej ani nie był już przełożonym generalnym swojego zgromadzenia zakonnego. Miał 63 lata. Osiadł w Rzymie jako kapelan klasztorny. Zapowiadała się kościelna emerytura w zapomnieniu. Ale otóż okazało się, że najbardziej spektakularne dokonania arcybiskup ma jeszcze przed sobą.

W 1969 r. zakłada w Econe w Szwajcarii seminarium duchowne. Zakłada tamże Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, a w następnym roku uzyskuje dla niego kanoniczną zgodę miejscowego biskupa. Watykan przygląda się z dużą dozą nieufności działaniom arcybiskupa, ale próbuje skłonić go do złagodzenia tonu. Testem na prawomyślność miałoby być uznanie uchwał soborowych. Arcybiskup pozostaje nieugięty, ale nie pali za sobą mostów, starając się uzyskać dla swojego Bractwa specjalny status (co się w Kościele zdarza, np. Opus Dei ma status tzw. personalnej prałatury, jest więc czymś na kształt nieterytorialnej diecezji). To się jednak nie udaje. Kolejne wizytacje apostolskie w Econe prowadzą do wniosków ambiwalentnych: z jednej strony pobożność i gorliwość członków Bractwa wzbudza respekt (szczególnie w obliczu znacznego rozprzężenia dyscypliny w diecezjalnych seminariach na Zachodzie). Z drugiej jednak twarda odmowa podporządkowania się uchwałom soborowym stawia Watykan pod ścianą. Zanosi się na rozwiązanie radykalne: albo Lefebvre się pokaja i powróci do stanu respektowania kościelnej dyscypliny, albo też spadną na niego sankcje. Staje się to drugie. W 1976 r. arcybiskup zostaje zasuspendowany, czyli zawieszony w prawie wykonywania czynności biskupich i kapłańskich. Dwie audiencje, u Pawła VI, a następnie u Jana Pawła II, nie pozwalają na zakończenie konfliktu.

Arcybiskup Lefebvre zapowiada, że jeśli Watykan nie zgodzi się na wyświęcenie przezeń biskupów (w ostateczności jednego biskupa) dla potrzeb Bractwa, to on dokona takiego aktu samowolnie. Tak też i czyni 30 czerwca 1988 r. (wyświęcając czterech biskupów: Szwajcara Bernarda Fellaya, Francuza Bernarda Tissier de Malleraisa, Anglika Richarda Williamsona oraz Argentyńczyka Alfonso de Galarretę), w następstwie czego spada na niego papieska ekskomunika, a razem z nim zostają ekskomunikowani czterej nowo konsekrowani biskupi oraz bp Antonio de Castro Mayer (emerytowany ordynariusz diecezji Campos w Brazylii), który uczestniczył w uroczystości jako współkonsekrator. Były to pierwsze ekskomuniki w XX w.

Marcel Lefebvre został wprawdzie ekskomunikowany, czyli wyłączony ze wspólnoty kościelnej, trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że sam Watykan nie traktował i nie traktuje tej – skrajnej przecież – kary jako czegoś ostatecznego. Od czasu do czasu pojawiają się ze strony Watykanu gesty, mogące zapowiadać w przyszłości zakończenie konfliktu. Towarzyszą temu spekulacje prasowe na temat możliwego pojednania.

Takie próby istotnie miały miejsce. Przepowiadano, że dojdzie do pojednania na Wielkanoc 2001 r. – tak się nie stało. Następnie miało dojść do tego wiosną 2003 r. – skończyło się na odprawieniu uroczystej mszy celebrowanej w rycie przedsoborowym w bazylice Santa Maria Maggiore w Rzymie przez kardynała Dario Castrillona Hoyosa, prefekta watykańskiej kongregacji do spraw kleru. Był to ze strony Rzymu pewien sygnał otwartości.

Tymczasem w łonie samego Bractwa próby porozumienia z Rzymem wywołały ferment. Bp Richard Williamson publicznie sprzeciwił się zamiarowi udania się bpa Bernarda Fellaya na spotkanie z Benedyktem XVI (Fellay jest przełożonym generalnym Bractwa; na swego następcę wyznaczył go arcybiskup Lefebvre, który zmarł 25 marca 1991 r.). Williamson nie jest osamotniony w tym sprzeciwie. Popiera go grupa świeckich lefebvrystów, która ukonstytuowała się w – jak sama głosi – kanał historyczny Bractwa i zarzuca Fellayowi zdradę ideałów arcybiskupa.

W tej sytuacji Fellay ma małe pole manewru. W 2003 r. generalny przełożony Bractwa mówił na temat dialogu z Watykanem: „Jeśli chodzi o nas, nie zamierzamy angażować się, aż będziemy pewni, że Rzym ma zamiar zachowywać Tradycję. Musimy jednak mieć znak dowodzący jego nawrócenia”.

Lefebvryści przyjęli wybór kardynała Ratzingera na Stolicę Piotrową z nadzieją. Od dawna uważali go za najmniej modernistycznego wśród wpływowych watykańskich hierarchów. Zwracali np. uwagę, że nie brał on udziału w pierwszym spotkaniu w Asyżu w 1986 r., a w drugim w 2002 r. wziął udział, bo został do tego przymuszony.

29 sierpnia 2005 r. nowy papież przyjął w Castel Gandolfo bpa Fellaya. Spotkanie trwało 35 minut i odbyło się w obecności kard. Dario Castrillona Hoyosa. Komunikaty po spotkaniu były ogólnikowe, ale przejawiały – z obu stron – ostrożny optymizm. Rzecznik Stolicy Apostolskiej powiedział, że przebieg rozmowy świadczy o „klimacie miłości do Kościoła i pragnieniu osiągnięcia pełnej jedności”. Bp Fellay stwierdził, że „Bractwo św. Piusa X zawsze było i zawsze będzie przywiązane do Stolicy Świętej, do wiecznego Rzymu” oraz że modli się, „aby Ojciec Święty umiał znaleźć w sobie siłę do położenia kresu kryzysowi w Kościele, odnawiając wszystko w Chrystusie”. Obie strony uznały, że „należy postępować etapami i w rozsądnych terminach”, nie wyznaczając daty następnego spotkania.

Spotkanie Benedykta XVI z biskupem Fellayem nie było pustym gestem. Była w tym może nawet pewna subtelna zmiana w stosunku do poprzedniego pontyfikatu. Jan Paweł II w pierwszym roku przyjął abpa Lefebvre’a, ale ten nie był jeszcze obłożony ekskomuniką. Poprzedni papież spotkał się w 1999 r. z bpem Fellayem, ale bez protokołu. Spotkanie z 29 sierpnia miało niewątpliwie wyższą rangę. Świadczyło o woli pojednania.

15 grudnia 2005 r. doszło do drugiego spotkania bpa Fellaya z Benedyktem XVI. Biskup ocenił te rozmowy jako „najbardziej owocne spośród dotychczasowych”. Mimo to do porozumienia jest wciąż daleko. Integryści wysuwają dwa warunki wstępne: prawo do starej mszy oraz uznanie ekskomuniki z 1988 r. za niebyłą. To nie są dla Watykanu warunki zaporowe, ale problem jest głębszy. Jak napisał w kwietniowym numerze miesięcznika „Zawsze Wierni” (organu polskich lefebvrystów) ks. Karol Stehlin, Bractwu nie chodzi o ułożenie stosunków, ale o prawdę: „Nie chodzi nam o to, abyśmy sami cieszyli się »normalną sytuacją«, podczas gdy w całym Kościele panuje nienormalność tryumfu błędów. FSSPX [francuski skrót od: Bractwo Kapłańskie św. Piusa X – RG] zawsze będzie starać się o rozmowy ze Stolicą Apostolską, jednak nie w celu normalizacji naszej sytuacji, lecz w celu powrotu hierarchów Kościoła do »normy«, do wierności Chrystusowi i Jego prawdzie”.

Zatem jak dotąd nie udało się zasypać przepaści, jaka dzieli obie strony. Przy wszystkich różnicach stylu Benedykta XVI i Jana Pawła II, ten pierwszy jest bez wątpienia zwolennikiem dialogu międzyreligijnego i ekumenicznego – a to jest przecież dla lefebvrystów kamieniem obrazy. Nie zapominajmy, że Benedykt XVI udzielił bpowi Fellayowi audiencji niedługo po swojej spektakularnej wizycie w kolońskiej synagodze.

Dla posoborowego Kościoła Tradycja jest pojęciem dynamicznym. Jej rozumienie zmienia się i doskonali, nie zrywając jednakże ciągłości z przeszłymi wiekami. Dla lefebvrystów Tradycja to rzecz dana raz na zawsze, zamknięta. Skoro – na przykład – Pius IX potępił w 1864 r. wolność prasy, musi być ona potępiona i dzisiaj.

W pewnym sensie podejście lefebvrystów jest bardziej klarowne od podejścia Watykanu, które czasami sprawia wrażenie, że Kościół jest za, a nawet przeciw (np. beatyfikując równocześnie Piusa IX i Jana XXIII). Niemniej dla obecności Kościoła we współczesnym świecie lepsza już taka niekonsekwencja niż twarde „nie” lefebvrystów dla wolności religijnej, pluralizmu, oddzielenia Kościoła od państwa – bez których nie sposób w ogóle wyobrazić sobie tego świata.

Na co więc liczy Benedykt XVI podejmując takie symboliczne gesty jak rozmowa z przywódcą schizmatyków? Wszelkie wyjaśnienia muszą być ostrożne. Zaryzykowałbym jednak hipotezę, że trawiony ciągle kryzysem Kościół (w tym głównie kryzysem powołań kapłańskich) dostrzega w Bractwie Kapłańskim św. Piusa X pewien potencjał religijnej gorliwości, którego nie należy lekceważyć. W każdym razie świadomość takiego potencjału zdają się mieć sami lefebvryści. I wobec tego nie są skłonni do poważniejszych ustępstw. Wręcz przeciwnie, dociskają gaz do dechy pisząc we wspomnianym tekście o biskupie Karolu Wojtyle: „Pontyfikat Jana Pawła II naznaczony jest ideami, których bronił on jeszcze jako biskup w trakcie trwania Soboru Watykańskiego II. (...) Prośmy Boga, by Karol Wojtyła, biskup Rzymu i papież, otworzył się na Bożą łaskę jak święty Piotr, który, czuwając podczas Męki Pańskiej, po trzykrotnym zaparciu się Go, wylał »serdeczne łzy« (Mt 26,75) i umarł jako męczennik za wiarę!”. Jeśli wczytać się w słowa Fellaya po spotkaniu z Benedyktem XVI, wyjdzie na to samo: nowy papież ma się nawrócić.

Postawa lefebvrystów może wzbudzać pewien rodzaj szacunku. Marcel Lefebvre powiedział kiedyś: „Męczennicy umierali w obronie wiary; znamy przykłady chrześcijan więzionych, torturowanych, posyłanych do obozów koncentracyjnych za swoją wiarę! A odrobina kadzidła ofiarowana pogańskiemu bogu natychmiast ocaliłaby im życie. Ktoś dał mi kiedyś radę: »Podpisz, podpisz, że na wszystko się zgadzasz, a potem rób swoje!«. Nie! Nie igra się z wiarą!”. Cokolwiek powiedzieć złego o Marcelu Lefebvrze, jedno musi budzić respekt: jego żarliwość w obronie wiary.

Dziś, 40 lat po Soborze, w obliczu sukcesów, ale i klęsk aggiornamento, problem Kościoła jest chyba taki: jak pogodzić otwartość entuzjastów Soboru z religijną gorliwością jego przeciwników? Ale z kolei pojednać się z uczniami arcybiskupa oznaczałoby dla Kościoła zgodzić się z ich wyobrażeniem o tym, czym jest katolicka wiara. Wydaje się, że – przy całym konserwatyzmie nowego papieża – nie ma takiej możliwości.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną