Społeczeństwo

Wymiar niesprawiedliwości. Zgwałcone kobiety wciąż na przegranej pozycji

Patrycja Wieczorkiewicz i Maja Staśko Patrycja Wieczorkiewicz i Maja Staśko Jakub Szafrański
Rozmowa z Mają Staśko i Patrycją Wieczorkiewicz od środy w kioskach w „Polityce” i we wtorek wieczorem na Polityka.pl.

JOANNA PODGÓRSKA: Od lat mówi się o wtórnej wiktymizacji ofiar gwałtu. Dlatego zmieniono przepisy. Ale z waszej książki wynika, że kobiety nadal zderzają się ze ścianą tych samych stereotypów.
PATRYCJA WIECZORKIEWICZ: Bo za zmianą przepisów nie poszły konkretne wytyczne dla policjantów, biegłych sądowych, prokuratorów. Choćby dotyczące tego, jakich pytań nie powinno się ofiarom zadawać. Szkolenia organizowane są rzadko i nie są obowiązkowe, a wiedza podczas nich zdobyta nie jest w żaden sposób weryfikowana. Bardzo istotna jest też kwestia biegłych. W sprawach dotyczących przemocy seksualnej są to psycholodzy lub psychiatrzy. Sędzia może powołać takich, którzy nigdy nie mieli do czynienia z tematem przemocy seksualnej, a przez całą karierę zajmowali się np. dziećmi alkoholików albo depresją. Tacy biegli często nie mają pojęcia, że wśród ofiar gwałtów istnieją takie mechanizmy obronne, jak dysocjacja, wyparcie czy zamrożenie, przez co często błędnie interpretują ich zachowania i reakcje.

Jedna z bohaterek waszej książki po rozmowie z biegłą psycholożką trafiła do szpitala psychiatrycznego i próbowała popełnić samobójstwo.
P.W.: – Agnieszka ciągle jest na granicy. Od 10. do 18. roku życia była gwałcona przez swojego kuzyna. Gwałty były tak brutalne, że nie może zajść w ciążę. Dziecko od zawsze było jej największym marzeniem. Wyprowadziła się, odseparowała od kuzyna, wyszła za mąż. Wszystkie oszczędności inwestowała w zabiegi in vitro, pracowała po 20 godzin dziennie. Niestety, jej mąż także okazał się przemocowcem. Gdy udało się jej wreszcie zajść w ciążę, zgwałcił ją i poroniła. Świat jej się zawalił. Podczas rozmowy biegła pani psycholog przekonywała Agnieszkę, że walka w sądzie to z jej strony chęć zemsty, i że skoro Agnieszka chce ukarać sprawcę, to znaczy, że jest współwinna, bo w gruncie rzeczy jest taka sama jak on. Ostatecznie sprawa została umorzona. Agnieszka wniosła o kasację, ale nie ma wielkich nadziei.

Ile spraw jest umarzanych?

MAJA STAŚKO: – 67 proc. W niektórych prokuraturach nawet 90 proc. To dane z 2015 r., ale raczej niewiele się w tej kwestii zmieniło.

To jaka jest szansa, by sprawca gwałtu trafił do więzienia?
P.W.: – Nie więcej niż 2,5 proc. Reszta to sprawy niezgłoszone, umorzone, zakończone wyrokami w zawieszeniu. Mimo że za gwałt grozi w Polsce do 12 lat więzienia, wyroki skazujące na bezwzględne pozbawienie wolności, jeśli już zapadają, wynoszą 2–3 lata, a nawet kilka miesięcy. Weźmy historię Agaty, która przez trzy dni była więziona, bita i gwałcona przez chłopaka, kiedy powiedziała mu, że chce się z nim rozstać. Gdy udało jej się wyrwać, od razu poszła na policję. Natychmiast została poddana badaniom ginekologicznym. Nie było wątpliwości, że do gwałtów doszło. Trudno o bardziej oczywistą sprawę. Agacie udało się uciec, bo uderzyła oprawcę tosterem w głowę, a ten stracił przytomność i upadając złamał rękę. Policjanci zaczęli ją dopytywać, czy wie, czym grozi pozostawienie osoby nieprzytomnej bez pomocy, czy kolejne stosunki pamięta słabiej, bo były mniej traumatyczne, czy w trakcie związku ze sprawcą utrzymywała inne relacje intymne. Agata wspomina to przesłuchanie jako upokarzający koszmar. A sprawca dostał wyrok w zawieszeniu.

Rozmowa z Mają Staśko i Patrycją Wieczorkiewicz od środy w kioskach w „Polityce” i we wtorek wieczorem na Polityka.pl.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Kocie i psie lęki

Joanna Iracka o frustracjach i lękach, które trapią psy i koty, oraz o tym, jak można im pomóc.

Malwina Dziedzic
26.05.2020
Reklama