Matura wycieka do sieci z każdym rokiem bardziej. System temu sprzyja, grzech nie skorzystać
Jedną z pierwszych czynności, jakie wykonują maturzyści w trakcie pisemnego egzaminu, jest sprawdzenie, czy arkusz został poprawnie wydrukowany. Gdy wszyscy zajmują się kartkowaniem i liczeniem stron, wpisują numer PESEL i przyklejają indywidualne naklejki, a nauczyciele przypominają o procedurach, łatwo niepostrzeżenie zrobić zdjęcia.
Do tego nie trzeba umiejętności szpiega. Ryzyko też jest żadne. Chodzi jedynie o to, aby skutecznie zrobić swoje: skopiować materiał od początku do końca i przesłać dalej. Ewentualna wpadka ma znaczenie drugorzędne. Zadanie zostało wykonane: kilka minut od rozpoczęcia matury zdjęcia trafiają do internetu. Gra się zaczyna.
Przewodniczący zespołu nadzorującego wypełnia protokół unieważnienia egzaminu i wyprasza sprawcę zamieszania z sali. Innej kary dla zdającego nie przewidziano. Może więc on przystąpić do kolejnego egzaminu i tam również podjąć próbę kopiowania arkusza. Nie jest wzywana policja, nie prowadzi się nawet rejestru osobników przyłapanych na oszustwie, żaden nie trafia na czarną listę. Teoretycznie można złożyć zawiadomienie do prokuratury, w praktyce nikt tego nie robi. Przyzwolenie na nieuczciwe zachowania podczas egzaminów jest zbyt duże, aby donosić na absolwenta.
Kradną, bo mogą
Prawo nie nadąża za przestępcami. Twórcy przepisów oświatowych nie mają świadomości, że przyłapanie na korzystaniu z urządzenia elektronicznego i unieważnienie egzaminu nie przerywa biegu wykroczenia. Ono trwa, choć już poza salą egzaminacyjną. Sprawca został złapany na gorącym uczynku. Zrobił swoje i teraz czeka, aż będzie mógł opuścić szkołę.
Dzieło kopiowania zostało skutecznie wykonane. O to przecież chodziło – aby wrzucić zadania maturalne do sieci. Materiał obrabiany jest dalej, za chwilę wraz z rozwiązaniami trafi do zdających w całym kraju, którzy na to właśnie czekają. Muszą tylko wyjść do toalety i zobaczyć poprawne odpowiedzi.
Ustawodawca, który wymyślił karę unieważnienia egzaminu, założył, że działa ona odstraszająco na wszystkich zdających, dlatego nie będą próbowali popełnić tego wykroczenia. Kto zaś spróbuje, ten poniesie surowe konsekwencje. Ustawodawca nie wziął jednak pod uwagę, że unieważnienie egzaminu nie będzie żadną karą dla osoby, która z premedytacją zgłasza się na egzamin tylko w celu skopiowania arkusza. Formalnie deklaruje chęć poprawienia wyniku matury, w rzeczywistości jej zamiary są inne: chce sfotografować arkusz, po to przyszła. Kopiowanie zadań jest w polskim systemie edukacji właściwie bezkarne, niejednego więc kusi, aby to zrobić. Kradną, bo mogą.
To tak, jakby jedyną karą dla osoby kopiującej zawartość cudzego komputera było wyproszenie jej z miejsca popełnienia przestępstwa. Treści, które wykradła, nie da się odebrać, one już wypłynęły z budynku, trafiły do adresata. Można być pewnym, że sprawca przyjdzie znowu, przecież mu się udało. Jako bezkarny recydywista będzie lepiej przygotowany do kradzieży, o wiele ostrożniejszy i tym razem nie da się złapać. Nikt nawet nie zauważy, że wśród zdających był złodziej egzaminacyjnych danych.
Czytaj też: Matura 2026: egzamin ze świata, który dawno przeminął. Uczniowie z góry zakładają poprawkę
Nauczyciele tego nie widzą
Dyrektor CKE Robert Zakrzewski jest przekonany, że zespół nadzorujący musi widzieć, że zdający kopiuje arkusz maturalny. Tak sądzić może człowiek, który nie rozumie, jak działa ten proceder. Arkusza raczej nie kopiuje amator, który czyni to po raz pierwszy, czyli dla siebie. Robi to osobnik, który się do tego procederu przygotowywał. Działa dla kogoś, na zamówienie. To wprawny przestępca, niebawem wręcz zawodowiec.
Zabiegi amatora, świeżo upieczonego absolwenta, rzeczywiście byłyby widoczne dla nauczycieli, gdyż robiłby on dwie rzeczy naraz: naruszał regulamin i chciał zdać ten egzamin. Łatwo wtedy o wpadkę.
Amator jest zestresowany, popełnia błędy i daje się złapać. Dlatego od czasu do czasu słyszymy, że w jakiejś szkole próbowano sfotografować arkusz. Czujna komisja złapała przestępcę. Częściej jednak o niczym nie wiemy. Kto bowiem przyszedł na egzamin tylko w tym celu, aby skopiować arkusz, a na zdaniu matury mu nie zależy (już ją zdał rok czy kilka lat temu), ten mniej się stresuje. Wykonuje więc swoje zadanie w sposób niewidoczny dla zespołu nadzorującego. Niepotrzebnie zatem dyrektor CKE rzuca podejrzenie na nauczycieli czuwających nad przebiegiem egzaminu. Oni nie przymykają oka na przestępstwo, oni naprawdę niczego nie widzą.
System do tego zachęca
Skopiowanie arkusza maturalnego i umieszczenie go w sieci oznacza też jego błyskawiczne rozwiązanie. AI bywa bardzo pomocna. Niektórzy uczniowie wprawiają się w tym procederze podczas sprawdzianów lekcyjnych, kopiują polecenia i niemal natychmiast mają gotowe rozwiązania. Aby je zobaczyć, wychodzą do toalety. Tam je zapamiętują, a gdy są bardziej skomplikowane – spisują, wnoszą do klasy i przepisują na kartę sprawdzianu.
Byłoby im łatwiej ściągać, gdyby nie musieli kopiować zadań i wrzucać do internetu, a potem czekać na odpowiedzi. Za dużo czynności, łatwo wtedy o wpadkę. Bezpieczniej jest skupić się na jednym: na przyjęciu gotowych odpowiedzi. Zadania skopiowałby ktoś inny, potem następna osoba uruchomiłaby proces rozwiązania, jeszcze inna przesłałaby odpowiedzi, a zdający jedynie pobraliby gotowca, np. w toalecie, i zapamiętali odpowiedzi albo zapisali je na kartce i wnieśli do sali. Tak to właśnie działa na egzaminie maturalnym.
Osoba fotografująca arkusz jest jedynie początkiem łańcucha przestępczego, na którego końcu są maturzyści otrzymujący wyniki. Unieważnienie egzaminu i wyproszenie z sali osoby, która kopiowała arkusz maturalny, nie zatrzymuje procederu. Niepotrzebnie więc denerwuje się Robert Zakrzewski i obwinia nauczycieli. Winny jest system, który nie tylko pozwala na taki proceder, ale wręcz do niego zachęca. Dyrektor CKE powinien działać na rzecz powstrzymania procederu, krytykowanie nauczycieli jest w tym wypadku śmieszne.
Grzech nie skorzystać
Obecnie przeważająca większość zdających uczciwie podchodzi do egzaminów, rzetelnie przygotowuje się do matury i samodzielnie rozwiązuje zadania. Jeżeli jednak nie zostanie zatrzymany proceder wyciekania arkusza egzaminacyjnego do sieci, liczba chętnych do korzystania z gotowych rozwiązań zacznie gwałtownie rosnąć. Jeżeli niesamodzielne rozwiązywanie zadań będzie nadal właściwie bezkarne i nie do zatrzymania (potrzebne byłyby urządzenia zakłócające sygnały telefonów komórkowych), grzechem byłoby nie skorzystać.
Dla osób, które jeszcze nie zdały matury, ryzyko porażki w razie przyłapania na ściąganiu istnieje tylko na egzaminie obowiązkowym (język polski, język obcy, matematyka), gdzie trzeba uzyskać wynik co najmniej 30 proc. Natomiast na egzaminach dodatkowych, zdawanych na poziomie rozszerzonym (zerowy wynik też zalicza), przyłapanie na niesamodzielnym pisaniu, np. na chemii, nie skutkuje unieważnieniem całej matury, lecz tylko egzaminu z chemii. Można więc próbować dalej, aż w końcu gdzieś się uda, czyli nie złapią.
Osoby, które poprawiają wyniki matury, są już całkowicie bezkarne. Nawet gdy zostaną przyłapane (a raczej nie zostaną) na korzystaniu z niedozwolonych pomocy, nie ponoszą dotkliwych kar, są jedynie wypraszane z sali, a egzamin z tego przedmiotu jest unieważniany. Za rok mogą próbować ponownie poprawiać tyle egzaminów, ile dusza zapragnie – aż do skutku. Nie ma żadnych kar za recydywę. Skoro ćwiczenie czyni mistrza, można założyć, że za którymś razem ich niesamodzielność będzie dla nauczycieli nie do wychwycenia. Wpiszą do arkusza egzaminacyjnego wyniki podane przez AI i nikt tego nie zauważy.
Czytaj też: CKE oblewa egzamin ze sprawdzania matur. NIK wykazała potężne niechlujstwa
Nie wystarczy apelować
Na razie przekonujemy uczniów, by nie ufali zapewnieniom w sieci, że otrzymają rozwiązane zadania arkusza egzaminacyjnego tuż po rozpoczęciu matury. Młodzież nie ma jednak powodów, aby słuchać pedagogów i im ufać. Kto się myli: oferująca pomoc społeczność w sieci czy zatroskani i przestrzegający prawa nauczyciele?
Niektórzy uczniowie skorzystali już z takich usług podczas sprawdzianów czy próbnych egzaminów i przekonali się, że to działa. Inni nie boją się spróbować, przecież ewentualne kary są śmiechu warte. Zaś akceptacja dla cwaniactwa na egzaminach jest w społeczeństwie bardzo duża. Wiele osób chwali się tym, że zdawali nieuczciwie i dobrze na tym wyszli. Wieści się rozchodzą i przyciągają nowych klientów.
Potrzeba więc czegoś więcej niż apelowanie do sumienia zdających bądź straszenie fikcyjnymi karami. Należy na nieuczciwe zachowania reagować tak, aby to skutecznie przeciwdziałało, a nie tylko budziło uśmiech politowania. Nie wystarczy też apelować do nauczycieli, aby sumiennie pilnowali na maturze i nie dopuszczali do kopiowania danych. Pilnujemy, patrzymy na ręce piszących, robimy, co tylko możemy, a matura wycieka z każdym rokiem coraz bardziej.
To już nie jest drobny strumyczek przecieków, lecz rwąca rzeka.