Iga Świątek wraca do gry. Początek w Stuttgarcie gładki, ale na wnioski za wcześnie
Uff! Po prawie miesiącu znów możemy oglądać w turniejowej pracy Igę Świątek. Skupiamy się na tym, co widzimy na korcie, a nie na tym, co poza nim, a czego, mniej czy bardziej, się domyślamy. Jedno jest pewne. Z boksu Igi zniknęła najważniejsza (teoretycznie) postać – Wim Fissette. Miejsce Belga zajął Hiszpan Francisco Roig. Fachowcy wiedzieli, że przez wiele lat pracował dla Rafy Nadala, ale nie jako pierwszy trener. Większości kibiców jego nazwisko mówiło niewiele albo nic. Teraz w ciągu kilkunastu dni stał się najwnikliwiej prześwietlaną postacią w naszym sporcie.
Debiut pary Świątek–Roig
W środowy wieczór w Stuttgarcie nastąpił oficjalny debiut pary Świątek–Roig. To także jej początek sezonu tenisa ziemnego, choć tym razem jeszcze pod dachem. W poprzednich latach Polka dwukrotnie, jako zwyciężczyni, wsiadała do Porsche, które tradycyjnie jest częścią głównej nagrody. Rok temu na drodze do sukcesu stanęła Jelena Ostapenko i zawody skończyły się na ćwierćfinale.
A w tym roku? Sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa w jednej z nielicznych wypowiedzi spróbowała troszkę nakłuć wielki balon z oczekiwaniami. Powiedziała, że nie będzie dla siebie zbyt surowa i nie będzie wyciągać pochopnych wniosków. Oby tak rzeczywiście myślała. I być może taka postawa przydałaby się nam, kibicom.
Po drugiej stronie kortu stanęła Niemka Laura Siegemund. Dziś nr 51 WTA, ale mimo 38 lat potrafi napsuć krwi znacznie wyżej notowanym rywalkom. Pierwsze, co rzuciło się w oczy, to grupa wspierająca Polkę z boksu. Obok Roiga pojawił się rzadko oglądany w tym miejscu Tomasz Świątek, a nie było Darii Abramowicz.
Teraz ćwierćfinał
Pierwsze trzy gemy to dominacja naszej reprezentantki. Uderzała czysto i soczyście. Przy stanie 3:1 i własnym podaniu na początku kolejnego gema Świątek poślizgnęła się i przewróciła. To ją wybiło z uderzenia i po trzech podwójnych błędach serwisowych oddała swoje podanie. I to był jedyny kryzysowy moment w tym secie, bo później wynik rósł tylko po jej stronie. Najbardziej podobały się niewygodne dla przeciwniczki returny Polki, po których jej następne uderzenie było kończące. Największy problem – poruszanie się po korcie. Po upadku wyraźnie obawiała się niekontrolowanych poślizgów. 6:2 to wynik oddający przebieg wydarzeń na korcie.
W drugim secie poziom gry nie był najlepszy, ale najważniejsze, że zakończony wynikiem 6:3. Siegemund starała się zaskoczyć skrótami i chodzeniem do siatki, ale to było za mało. Były co prawda obustronne przełamania, ale tym razem nie oglądaliśmy dłuższego kryzysu Igi Świątek.
Po tym meczu nie można formułować żadnych daleko idących wniosków. Dobrze, że nasza najlepsza w historii tenisistka zachowała spokój i dobrze wywiązała się z roli faworytki. Kolejny mecz to już ćwierćfinał. Rywalką będzie Mirra Andrejewa lub Alycia Parks.