Kłopoty ze zdrowiem Igi Świątek i krecz w Madrycie. Ten widok mocno niepokoił
Polka rozpoczęła występy w Madrycie od drugiej rundy, w której spotkała się Dariją Snihur (98. WTA). Ukrainka, której pomaga w Warszawie Dawid Celt, całą sobą, wszystkimi gestami dawała do zrozumienia, że w takie cuda jak wygrana ze Świątek nie wierzy. I rzeczywiście Iga oddała tylko trzy gemy (6:1, 6:2), ale przez kilka minut na początku drugiego seta straciła koncentrację i skuteczność. Być może to przewrażliwienie, ale jednak większość obserwatorów zwróciła na to uwagę.
Madryt: Iga Świątek na luzie
Poza tym z Madrytu napływały same dobre wiadomości. Przynajmniej dopatrywali się ich dziennikarze i kibice. Iga się uśmiechała, była na luzie. Próbowała mówić po hiszpańsku. Zwiedzała stadion Realu i odbijała piłki ze słynnym bramkarzem Thibautem Courtoisem. Zwiedzała galerie sztuki i, jak sama napisała, udawała, że się na niej zna. No i szlifowała zmiany w serwisie oraz podstawowe uderzenia.
Jak to wszystko przełoży się na wydarzenia na korcie? Sobotni pojedynek nie dał na to pytanie odpowiedzi, bo Warszawianka zmagała się z bliżej nieokreślonymi dolegliwościami.
Ann Li, Amerykanka o chińskich korzeniach, wspięła się w rankingu znacznie wyżej niż Snigur, bo teraz jest 34. W teorii stopień trudności wzrósł, ale ciągle to nasza tenisistka była zdecydowaną faworytką. Po jednej stronie kortu stanęła zawodniczka, która najwyżej w zawodach wielkoszlemowych dotarła do czwartej rundy (US Open), a po drugiej, wiadomo, sześć tytułów. Tyle że nie braliśmy pod uwagę choroby faworytki.
Iga nie poszła za ciosem
Od początku jest nerwowo. Pierwsze błędy, sporo autów. Martwią przegrywane dłuższe wymiany. W rezultacie Iga oddaje serwis i kolejny gem, zaczyna od 0:2. Ale od tego momentu piłki zaczynają słuchać naszej zawodniczki. Odwrotnie niż po drugiej stronie. Amerykanka popełnia serię bardzo wyraźnych błędów i przegrywa trzy kolejne gemy. Polka niestety nie idzie za ciosem. Znowu pojawiają się błędy, piłki lądują na autach. Ann Li przełamuje podanie i jest 5:4 dla niej. Serwuje, żeby wygrać seta, ale brakuje jednej zwycięskiej piłki. Iga Świątek najpierw przełamuje podanie Li, potem idzie za ciosem.
Do czasu. Nie wykorzystuje dwóch piłek setowych i mamy tie-break. W nim ostatnie słowo należy do Amerykanki. Jej drop shot ląduje tuż za siatką i zapewnia wygraną w dodatkowej rozgrywce 7:4, a w całym secie 7:6. Nasz niepokój wzrasta, bo nie można powiedzieć, że ten sukces jest przypadkowy. Mało tego, Ann Li wcale nie stawia bardzo wysoko poprzeczki. Z jednej strony skutecznie serwuje, ale z drugiej popełnia dużo błędów.
Widok Igi niepokoi
Nadzieja szybko wraca. Od początku drugiego seta Polka zachowuje się tak, jakby wcześniejsza porażka była wypadkiem przy pracy. Bez pokazywania emocji, bez radości po udanych akcjach, a jednak zbiera punkt za punktem. Jest więcej wyrachowania, a mniej nerwowości. Pomaga też trochę Ann Li, która znacznie obniżyła loty. Jest 4:0 z podwójnym przełamaniem, później 5:1 i wreszcie 6:2, a to oznacza decydującą rozgrywkę przy stanie 1:1 w setach. Gorzej, że wygląda na to, iż Polce coś dolega.
Widok Polki coraz bardziej niepokoi. Wyraźnie coś jest nie tak. Na twarzy widać cierpienie. Prosi o przerwę medyczną przy stanie 0:2. Później stara się szybko kończyć wymiany. I, niestety, przy stanie 0:3 i 0:30 musi poddać mecz. W tej sytuacji bardzo trudno jest oceniać jej grę.
Porażka to jedno, a niepokój o zdrowie Igi Świątek to drugie. W tej sytuacji znacznie mniej ważne jest to, że traci sporo punktów, bo w ubiegłym roku dotarła do półfinału. Teraz niecierpliwie czekamy na komunikat o jej stanie zdrowia.