Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Świat

Czy Europie grozi blackout? Będzie zimno, ciemno i oszczędnie jak nigdy

Czy Europie grozi blockout? Będzie zimno, ciemno i oszczędnie jak nigdy

Berlin oszczędza na oświetlaniu ulic i zabytków. Berlin oszczędza na oświetlaniu ulic i zabytków. Lisi Niesner / Reuters / Forum
Wielka Brytania ogranicza dostawy gazu do niektórych gałęzi gospodarki, a Hiszpania ustanawia limity temperatur dla klimatyzacji i ogrzewania. Koniec z energetycznym luksusem w Europie.

Inicjatywa nie zawsze wychodzi od szefów rządów czy ministrów energii. Czasem zanim uruchomi się maszyna centralnego planowania, sprawy w swoje ręce biorą samorządowcy, bo na niższych szczeblach władz skutki niedoborów energii odczuwa się szybciej i mocniej.

Zimno w paryskich ogródkach

Tak jest np. w Paryżu – mieszkańcy muszą się przygotować na prawdopodobne przerwy w dostawach energii zimą. Stolica zaapelowała o rozważne korzystanie z ogrzewania przez odbiorców indywidualnych, a inne podmioty nie będą miały wyboru. Jesienią zacznie obowiązywać całkowity zakaz ogrzewania kawiarnianych ogródków i miejsc siedzących na zewnątrz. Tradycyjne „grzybki”, czyli promienniki ciepła albo parasole grzewcze, trzeba będzie wyłączyć, za ich używanie grozić będzie grzywna. Obniżone zostaną też najpewniej temperatury w urzędach publicznych, może także w szkołach.

Już teraz można dostać mandat – do 150 euro – za otwieranie okien i drzwi przy działającej klimatyzacji. A to zapewne dopiero początek restrykcji. Wprawdzie rosyjski gaz stanowi zaledwie 17 proc. zużycia tego surowca nad Sekwaną, ale w najbardziej energochłonnych częściach kraju kryzys będzie mocno odczuwalny.

Czytaj też: Powrót do węgla? Serio? Wojna nie cofnie biegu historii

Niemcy odcinają kroplówkę Kremla

Jeszcze dalej idzie Berlin, który zamierza zreorganizować godziny otwarcia placówek publicznych i urzędów. Zimniej na pewno będzie w szkołach, obniżona zostanie temperatura wody w publicznych basenach. Potrzeba jednak rozwiązań na poziomie federalnym. Zwłaszcza że Niemcy – mimo prób ograniczenia zależności energetycznej od Rosji – nadal wiszą na kroplówce Kremla. Przed wojną pochodziło stąd 55 proc. ich zapotrzebowania na gaz, teraz to 26 proc., wciąż dużo.

Jeszcze bardziej martwi, że w sprawie przygotowań do nadchodzącej zimy nie ma politycznego konsensusu. Z jednej strony padają ostre deklaracje, w tym wicekanclerza i ministra gospodarki Roberta Habecka o „Moskwie szantażującej Europę swoją siłą energetyczną”. Z drugiej Jens Spahn, jeden z liderów chadeków, były minister zdrowia w rządzie Angeli Merkel, wyśmiewa oszczędnościowe propozycje władz, mówiąc, że Niemcy przypłacą je najwyżej przeziębieniem.

Problemy mogą się nasilić bez względu na podjęte teraz kroki. Co prawda rząd federalny zdecydował w lipcu, że magazyny, w których przechowywane są strategiczne rezerwy gazu, mają być pełne w 95 proc. już 1 listopada (dziś 67 proc.), ale nawet zapełnienie ich w 100 proc. nie wystarczy, by przetrwać zimowe miesiące z normalnym poziomem zużycia surowca. Możliwe, że energii po prostu zabraknie, a najmocniej odczuje to przemysł ciężki. Mimo to społeczeństwo wydaje się gotowe ponieść konsekwencje ostrej polityki wobec Rosji. Przeprowadzony przez stację ZDF sondaż z połowy lipca wskazuje, że 70 proc. Niemców popiera dalsze przekazywanie Ukrainie wsparcia militarnego nawet za cenę rosnących kosztów energii i trudnej zimy.

Czytaj też: Węglowa derusyfikacja Polski

Hiszpanie i Włosi: nie podkręcajcie klimatyzacji!

W znacznie mniejszym stopniu zależna od Rosji jest Hiszpania, która gaz kupuje przede wszystkim od Algierii. Ministerstwo energii informuje, że magazyny rezerw są pełne w 73 proc., w dodatku wszystko, co kraj straci przez wojnę, można łatwo zastąpić transportami LNG. Ale i tutaj zima będzie oszczędna.

Już teraz wszystkie urzędy i placówki publiczne w kraju – z wyjątkiem szpitali – mają zakaz utrzymywania temperatury poniżej 27 st. I to mimo fal upałów, które tego lata przetoczyły się przez Hiszpanię i Portugalię, przyczyniając się do ok. 1,2 tys. przedwczesnych zgonów. Problem z energią pojawia się gdzie indziej. Niski poziom rzek obniżył wydajność elektrowni wodnych, a to z kolei ma konsekwencje dla krajowego miksu energetycznego i spowalnia odejście od paliw kopalnych na rzecz źródeł odnawialnych. Dlatego będą obowiązywać limity, i to do listopada 2023. Latem temperatura nie może zejść poniżej 27 st., a zimą przekraczać 19.

Ten sam górny limit dla klimatyzacji obowiązuje we Włoszech, znacznie słabiej zabezpieczonych pod względem dostaw energii. Przed wojną rosyjski gaz stanowił tu 40 proc. całego zapotrzebowania, dzisiaj to 25 proc. Podobnie więc jak w Niemczech – jest lepiej, ale wciąż nie do końca dobrze. Mimo to w Rzymie panuje optymizm. W niedawnym wywiadzie dla telewizji RAI minister ds. transformacji energetycznej Roberto Cingolani stwierdził, że Włochy poradzą sobie z ograniczeniami dostaw gazu nawet lepiej niż inne kraje. Jak? Zwiększą dostawy gazu z Afryki, co zresztą już się dzieje. Magazyny są pełne w 75 proc., do 90 proc. Cingolani chce dojść jesienią. Jak mówi, „drakońskich ruchów” nie będzie. Zimą planuje się ograniczanie zużycia energii m.in. w oświetleniu ulic, a w najgorszym scenariuszu restauracje, kawiarnie, kluby i dyskoteki będą się musiały wcześniej zamykać.

Czytaj też: Unia wspólnie zaoszczędzi gaz. „Mocny sygnał dla Putina”

Wielka Brytania boi się blackoutu

Najostrzej zamierza interweniować Wielka Brytania. Nie wiadomo jeszcze wprawdzie, kto będzie rządził zimą, bo Partia Konserwatywna zakończy proces wyłaniania lidera na początku września, ale dwójka kandydatów – Rishi Sunak i Liz Truss – zgadza się, że trzeba oszczędzać. Zwłaszcza że, jak informuje Bloomberg, Brytyjczyków w październiku czeka bezprecedensowa, aż 82-proc. podwyżka cen energii. W najgorszym scenariuszu, przy ograniczeniu importu energii elektrycznej z Norwegii i Francji, w styczniu może zdarzyć się dłuższy blackout.

Zabraknie energii do utrzymania produkcji przemysłowej, pod znakiem zapytania stoi również przyszłość indywidualnych odbiorców. Jak informuje „The Guardian”, problemy mogą dotknąć nawet 6 mln rodzin na Wyspach. Niemal na pewno obejmą najbardziej energochłonne gałęzie gospodarki, którym według nieoficjalnych informacji z Downing Street rząd może odgórnie wstrzymać dostawy energii. Tu głównym problemem nie jest Rosja, od której Wielka Brytania nie jest energetycznie uzależniona. Kryzys wynika ze zmian klimatycznych. A dokładniej – braku deszczu w Norwegii, która eksportuje prąd wyprodukowany w swoich elektrowniach wodnych.

Na Wyspach ceny energii stały się przedmiotem kampanii wyborczej. Sunak chce transferów pieniężnych dla rodzin, bo rosnące rachunki za prąd w połączeniu z 13-proc. inflacją zjadają ich oszczędności. Truss się sprzeciwia, proponuje ulgi podatkowe. Polityczny cyrk się kręci, nie tylko zresztą w Wielkiej Brytanii. A eksperci zajmujący się rynkiem energii załamują ręce i przyznają: nie ma szybkiego i łatwego rozwiązania. Z roku na rok będzie ciężej. Politycy mogą się kłócić w nieskończoność – ale zima nie zaczeka.

Czytaj też: Zimno a wojna. Czy Polsce wystarczy gazu? Robi się nerwowo

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Spacerek pod lufą. Jak zwykli Polacy polują na myśliwych

Czy sprzeciw zwykłych obywateli może położyć kres polowaniom na zwierzęta? Sezon łowiecki właśnie się rozkręca.

Przemysław Ziemacki
03.10.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną