Wiesław Władyka
15 listopada 2011

Polska wolność

Spór kamiennych pomników

Tuż po 11 listopada warto przypomnieć, jak różne koncepcje niepodległości, wolności i polskości przeplatały się w naszych dziejach.

Poczucie wolności jest genetyczną – można tak powiedzieć – zdolnością człowieka, niemniej jej rozumienie i potrzeba kształtowały się historycznie, pod ciśnieniem wielkich procesów świadomościowych. Dla Polaków decydujące tu były doświadczenia zebrane przede wszystkim w XIX i XX w., gdy stali się oni nowoczesnym narodem (według innej kategorii – politycznym) w tym sensie, że wszystkie jego stany i klasy zyskały tożsamość narodową i swoją identyfikację społeczną. Polacy stali się Polakami.

Wyłaniająca się pod koniec XIX stulecia nowa polska polityka przybierała formy i treści nowoczesnego typu, jej cechą stawało się m.in. odrzucanie starego sposobu myślenia o narodzie i o społeczeństwie, ograniczonego w istocie rzeczy do narodu i stanu szlacheckiego. Tu nie chodzi tylko o to, że chłop i robotnik zaczynali być obiektem adresów i programów politycznych tworzących się partii, ale często wręcz ich podmiotem. Nie tylko dla ugrupowań, które w ich imieniu zaczynały politykować (partie socjalistyczne i ludowe), także tych, które nie wyobrażały sobie, by cele narodowe można było osiągnąć bez poparcia ludowego. Stąd upodobanie Romana Dmowskiego do stosowania zbitek pojęciowych „ludowo-narodowe” i „narodowo-demokratyczne” w nazewnictwie partii, którymi kierował, oraz wielka akcja prasowa i edukacyjna jego prawicowego ugrupowania skierowana „do ludu”.

Ta koncepcja, oparta na zasadach solidaryzmu społecznego, a nie na teorii walki klas, zakładała, że można przezwyciężyć konflikt między dwoma rodzajami wolności, który na ziemiach polskich nabrał wyjątkowego dramatyzmu. Konflikt między celami patriotycznymi i celami społecznymi. On bywał dramatyczny, gdyż historia Polski biegła wówczas bez państwa polskiego. Akurat w epoce, gdy w ogóle państwo, jego instytucje i organizacje rozwijały się u innych niezwykle dynamicznie, realizując rozmaite interesy narodowe i społeczne. Dlatego też, jak pisał Michał Bobrzyński w swoich znakomitych „Dziejach Polski w zarysie” (1879 r.), najważniejszym pytaniem, na które Polacy musieli odpowiedzieć, było: „Czemu diabli Polskę rozszarpali?”.

W pismach Bobrzyńskiego i innych stańczyków (krakowska szkoła historyczna) odpowiedź padała w sposób twardy i jednoznaczny. Polacy są sami sobie winni, nie potrafili zbudować siły państwa, a potem obronić jego niepodległości. Pojawiła się idea państwotwórcza, do której później, po maju 1926 r., odwołał się Józef Piłsudski. Jednym ze składników tej idei było założenie, że dla utrzymania siły i wolności państwa, w którym chce żyć wolny naród, tenże naród musi zgodzić się na wewnętrzne ograniczanie wolności. Nie może swoich wolności przemieniać w anarchię, nie może swoich partykularyzmów i interesów (których przecież nigdy nie brakuje) wynosić ponad dobro wspólne, którego gwarantem i strażnikiem jest właśnie państwo.

W Warszawie (warszawska szkoła historyczna) odpowiedziano kolegom w Krakowie: łatwo wam tam w autonomicznej Galicji, przy względnej swobodzie i łagodnym reżimie zaborczym („Galicja w krainie czarów”), uprawiać takie myślenie; my tu, w zaborze rosyjskim, poddani ciężkim represjom, wywożeni na Sybir, musimy walczyć o przetrwanie, a ono będzie tylko wtedy możliwe, jeśli naród wzmocni ducha, jeśli patriotyzm nie osłabnie i gotowość do powstania nie zagaśnie. Diabli Polskę rozszarpali, to fakt, ale przecież nie rozszarpali Polaków.

Szybko pojawiła się jeszcze inna odpowiedź (Adam Próchnik i inni): spory dwóch szkół historycznych należą do anachronicznego sposobu rozprawiania o dziejach Polski, są rodzajem starej szlacheckiej gawędy, nie szanują i nie biorą pod uwagę przyszłościowej, wielkiej roli ludu, od którego zależeć będzie przyszłość Polski. Zatem należy przyjrzeć się temu ludowi w przeszłości, wydobyć go z mroków niewiedzy, dostrzec jego historyczne możliwości. To Próchnik stał się protoplastą legendy Kościuszki jako „króla chłopów”.

Spory historyków odsłaniały wspomniany dramat konfliktu dążeń wolnościowych, w którym chodziło o to, czy polska przyszłość ma rozstrzygnąć się poprzez powstanie, czy poprzez rewolucję? Do dzisiaj zresztą trwa dyskusja, czy w 1905 r. mieliśmy do czynienia w Królestwie Polskim z czwartym powstaniem, czy pierwszą rewolucją, jako że współwystępowały wówczas obok siebie hasła i dążenia niepodległościowe oraz społeczne, a wiele środowisk politycznych określało swoją ideową przyszłość.

Spory te odsłaniały także spór o metodę walki z zaborcami. W Krakowie, nie mówiąc już o Poznaniu, powstańcze czyny królewiaków budziły wielkie zastrzeżenia jako straceńcze, nieefektywne i wręcz szkodliwe dla sprawy polskiej. Ten wątek będzie wracał w polskich dyskusjach, zwłaszcza po upadku Powstania Warszawskiego, a także w zawoalowanych polemikach w czasach PRL, gdy wielokrotnie rozprawiano o polityce Aleksandra margrabiego Wielopolskiego i stawiano pytanie: „bić się czy się nie bić?”. A chodziło ciągle o to samo – o rodzaj polityki i postawy wobec sąsiada ze Wschodu oraz sposób ochrony substancji narodowej wobec imperialnej polityki Moskwy.

Po latach historycy doszli tu do jakiegoś porozumienia i wspólnego stanowiska, z szacunkiem odnieśli się do wszystkich tych wolnościowych myśli i usiłowań sprzed 1918 r. Jak to w 1978 r., z okazji 60 rocznicy odzyskania niepodległości, podsumował Stefan Kieniewicz: Polacy szli do wolności stu drogami i żadnej z nich nie wolno lekceważyć, one wszystkie miały znaczenie i swoją wagę. I wielkie męstwo i ofiarność ludzi podziemnych w zaborze rosyjskim, i trwanie w oporze oraz na gospodarce w zaborze pruskim, i rozwijanie nauki i kultury w zaborze austriackim, to tylko początek tej wielkiej listy zasług, prac i walki. A zatem i Traugutt, i Waryński, i Wielopolski, i Drzymała, i Bobrzyński, i Poznański, Mickiewicz i Wyspiański, Sienkiewicz i Prus, Brzozowski, Matejko…

Wybór tematów, faktów i postaci z historii, opowieść o nich jest zawsze rozmową z teraźniejszością, jest sposobem na projektowanie przyszłości. Czasami nazywa się to polityką historyczną. Nie bez przyczyny politykę i koncepcje Józefa Piłsudskiego wiązano z tradycją jagiellońską, przedstawianą jako antyrosyjską, ale też wielonarodową i tolerancyjną. Zaś obozu narodowego – z tradycją piastowską przedstawianą jako jednonarodową i antyniemiecką. Dlatego też narodowcy nosili w klapach swoich marynarek miniaturkę miecza Chrobrego jako znak identyfikacyjny.

Ten wsobny, zamknięty i jakoś ekskluzywny świat polskości był na zewnątrz zawsze agresywny, a też stawiający wysokie wymagania wszystkim do niego wpuszczonym. Można to poczuć również w Polsce współczesnej, w której nadal występuje figura tzw. prawdziwego Polaka i figura Polaka katolika. W tej optyce wzmacniany jest więc pewien stereotyp, który przyjął i upowszechnił się w czasach niewoli zaborczej, gdy wyróżnikiem polskości był m.in. katolicyzm i szczególna pozycja Kościoła. Ma on zresztą liczne powody, by szczycić się ważnym udziałem w walce Polaków, także w czasach PRL.

Naprzeciw tej koncepcji polskości zawsze jednak stawała jej przeciwstawna – otwarta na innych, poszukująca kontaktu ze światem, łącząca sprawy innych z własnymi. Ten konflikt nasilił się w latach 30., ale też nie wygasł w PRL, a potem odnowił się z nową mocą w III RP. Jego wyrazem była i jest nadal geografia ideowo-polityczna polskiego społeczeństwa, w której wyróżnić można kilka jasnych identyfikacji, a jeszcze więcej ich poplątań

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polityka on Facebook
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail
« »

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną