Na co się skarżymy w Strasburgu
Sąd ostateczny
Aborcja, geje, etyka
Sprawa Alicji Tysiąc, której odmówiono legalnej aborcji, bez możliwości odwołania się od tej decyzji, była bodaj najgłośniejszym w Polsce strasburskim wyrokiem. Pierwszym, ale nie ostatnim, bo lada moment może zapaść wyrok w podobnej sprawie R.R. przeciwko Polsce. W tym przypadku kobietę zmuszono do urodzenia dziecka z wadą genetyczną. Strasburg zakomunikował polskiemu rządowi także sprawę Agaty Lamczak. Może być jeszcze głośniejsza niż sprawa Alicji Tysiąc, bo tu wchodzi w grę złamanie artykułu o prawie do życia. U 25-letniej Agaty zdiagnozowano wrzodziejące zapalenie jelita grubego, gdy była w ciąży. Choć stan jej zdrowia drastycznie się pogarszał, a kobieta skarżyła się na silne bóle, lekarze koncentrowali się głównie na ciąży. Nie przeprowadzili pełnych badań, bo nie pozwalało im na to sumienie. Byli głusi na żądania matki i narzeczonego, by leczyć Agatę bez względu na konsekwencje dla płodu, a wijącej się z bólu kobiecie zalecali, żeby bardziej przejmowała się dzieckiem niż „własnym tyłkiem”. Po czterech miesiącach męczarni Agata zmarła. Wcześniej obumarł płód.
Wyrok w sprawie Tysiąc przeciwko Polsce wszedł do międzynarodowego orzecznictwa. Niedawno został przywołany w sprawie ABC przeciwko Irlandii. Trybunał zalecił Polsce stworzenie ścieżki prawnej, która pozwoli odwołać się od decyzji lekarza i faktycznie takie rozporządzenie weszło w życie. Według Wandy Nowickiej, szefowej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, jest ono jednak niejasne, niespójne i dopiero przyszłość pokaże, jak działa w praktyce.
Wyrok w sprawie Bączkowski i inni przeciwko Polsce, dotykający innego obszaru ideologicznego sporu, faktycznie zmienił polską praktykę. Poszło o zakazanie Parady Równości w 2005 r. przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego. Decyzję tłumaczył względami bezpieczeństwa, aprobując w tym samym dniu sześć innych zgromadzeń, m.in. pod hasłami: „Przeciwko propagowaniu związków partnerskich” czy „Chrześcijanie respektujący prawa Boże to obywatele pierwszej kategorii”. Trybunał jednomyślnie stwierdził naruszenie Konwencji i nie pozostawił wątpliwości co do tego, że mniejszości seksualne mogą korzystać z wolności zgromadzeń. – Od tego czasu nie zakazano ani jednej parady czy marszu, choć jest ich coraz więcej – przyznaje Yga Kostrzewa z fundacji Lambda, jedna ze skarżących. – Nie chcieliśmy odszkodowania, tylko jasnego komunikatu, że Polska ma przestrzegać praw człowieka. Dla nas ten wyrok ma nie tylko znaczenie praktyczne, ale i symboliczne.
Na rozpatrzenie w Strasburgu czeka inna sprawa dotycząca osób homoseksualnych: Kozak przeciwko Polsce. Trybunał ma rozstrzygnąć, czy skarżący ma prawo odziedziczyć lokal socjalny po zmarłym partnerze.
Spór o etykę w szkołach ciągnie się od lat. Od lat też czeka w Strasburgu na rozstrzygnięcie sprawa Grzelak przeciwko Polsce. Wyrok prawdopodobnie zapadnie w tym roku. Syn państwa Grzelaków, zgodnie z wolą rodziców, nie brał udziału w zajęciach z religii. Jednocześnie okazało się, że w mieście, gdzie mieszkają, nie ma ani jednej szkoły, która organizowałaby alternatywne zajęcia z etyki. Chłopiec spędzał czas na korytarzu lub w bibliotece. Ze względu na dyskryminację fizyczną i psychiczną dwukrotnie zmieniał szkołę. Rodzice skarżyli się do wszystkich możliwych instytucji w Polsce, ale bezskutecznie. Gdyby wyrok Trybunału był dla nich pozytywny, byłoby to dobitne stwierdzenie, że prawo do nauczania etyki w polskich szkołach jest iluzoryczne. Inna rzecz, że dla Grzelaków nie będzie to już miało praktycznego znaczenia. Ich syn niedługo kończy szkołę średnią.
– My już swoje przeszliśmy, ale mimo wszystko ta sprawa dalej ma dla mnie sens – deklaruje Czesław Grzelak. – Inne dzieci są w tej samej sytuacji, może moje wnuki też będą. Poza tym chodzi mi o to, żeby konstytucja nie była traktowana jak śmieć.
Co mamy za paznokciami
Zdaniem Adama Bodnara, poprzez strasburskie sprawy widać, co który kraj ma za paznokciami. We Francji i Włoszech są to głównie kwestie związane z emigrantami, w Czechach i na Słowacji problem romski, w Bułgarii – przemoc stosowana przez policję. – U nas to nadmierny wpływ Kościoła katolickiego na sferę publiczną, a dokładnie rzecz biorąc, postawy polityków, którzy mu ulegają, by nie stracić części elektoratu.
Od momentu ratyfikowania Konwencji Polacy zgłosili do Trybunału w Strasburgu ponad 34 tys. spraw. To nam daje drugie miejsce po Rosji. Jeśli brać pod uwagę liczbę rozpatrywanych obecnie spraw, jesteśmy na szóstym miejscu, wyprzedzani m.in. przez Rosję, Turcję i Ukrainę. Większość skarg jest odrzucana, bo nie spełnia podstawowych warunków formalnych (minęły terminy lub ścieżka krajowa nie została wyczerpana). Tylko 7 proc. Polaków korzysta z pomocy prawnej przy składaniu wniosków. Tak czy inaczej, Trybunał jest u nas traktowany jako coś w rodzaju czwartej instancji.
– Z jednej strony jest postrzegany przez obywateli jako ostatnia deska ratunku, a z drugiej jako straszak – mówi Monika Gąsiorowska. – Znam przypadki, że sędzia nie skończy jeszcze czytać uzasadnienia wyroku, a człowiek wybiega z sali grożąc Strasburgiem.
Według Bodnara, mit strasburski w Polsce bierze się także z nieufności obywateli wobec państwa. Wygrać z Polską w Strasburgu to prawdziwa satysfakcja. Inna rzecz, że polski wymiar sprawiedliwości temu sprzyja. To złe przepisy i niechlujstwo prawne napędzają liczbę skarg. – Strasburg nie jest od rozwiązywania wielkich problemów – mówi. – Jego wyroki pokazują, gdzie system prawny zgrzyta, co należy naprawić, podregulować. Można powiedzieć, że tuninguje system. Tworzy pojęcia i standardy prawne, do których można się odwoływać.
Dzięki wyrokom Trybunału zmieniono choćby przepisy o izbach wytrzeźwień, wprowadzono skargę na przewlekłość postępowania, rozwiązano kwestię mienia zabużańskiego. Ale kolejna pula spraw czeka w kolejce do naprawy. Nie tylko lustracja, ale choćby kwestia praw rozwiedzionych rodziców, którzy nie mogą wyegzekwować przyznanych przez sądy kontaktów z dziećmi. Precedensowa może stać się sprawa Moskal przeciwko Polsce. Skarżyła się kobieta, której ZUS błędnie przyznał świadczenia i z dnia na dzień je odebrał. Wyrok strasburski przyznał, że państwo naruszyło jej zaufanie, zachowało się nieprzewidywalnie, a obywatel ma prawo do dobrej administracji. Podobnych spraw jest około 150. Przełomowy będzie także wyrok w zakomunikowanej już sprawie Kędzior przeciwko Polsce, w której chodzi o ubezwłasnowolnienie. Takich przypadków jest coraz więcej i wygląda na to, że ubezwłasnowolnienie stało się u nas poręcznym narzędziem, pozwalającym rodzinie pozbyć się niechcianego członka. Wyrok może podważyć obowiązujące procedury.
– Przypuszczam, że niedługo mogą trafić do Strasburga sprawy związane z przemocą wobec kobiet. Jest już precedens Opuz przeciwko Turcji, w którym ofiara przemocy domowej nie dostała od państwa opieki i nadal była maltretowana. Podobnych przypadków jest w Polsce sporo. Prędzej czy później będzie też skarga na obecność krzyży w instytucjach państwowych – przewiduje Adam Bodnar.
Przegrane strasburskie wpływają fatalnie na wizerunek kraju, dlatego polski rząd coraz częściej idzie ze skarżącymi na ugodę; w sprawach oczywistych, gdzie przegrana jest pewna, ale też w takich, których nie chce nagłaśniać medialnie. Inna rzecz, że z nagłaśnianiem bywa różnie. Do opinii publicznej przebijają się nieliczne sprawy. Czasem urzędnik, który faktycznie zawinił, nawet nie wie, że zapadł wyrok. To państwo jest oskarżone i ono płaci za błąd. A media nie piszą, że Polska znów przegrała. Przecież ciągle przegrywa, co to za news.


