Joanna Podgórska
3 lutego 2010

Na co się skarżymy w Strasburgu

Sąd ostateczny

Aborcja, geje, etyka

Sprawa Alicji Tysiąc, której odmówiono legalnej aborcji, bez możliwości odwołania się od tej decyzji, była bodaj najgłośniejszym w Polsce strasburskim wyrokiem. Pierwszym, ale nie ostatnim, bo lada moment może zapaść wyrok w podobnej sprawie R.R. przeciwko Polsce. W tym przypadku kobietę zmuszono do urodzenia dziecka z wadą genetyczną. Strasburg zakomunikował polskiemu rządowi także sprawę Agaty Lamczak. Może być jeszcze głośniejsza niż sprawa Alicji Tysiąc, bo tu wchodzi w grę złamanie artykułu o prawie do życia. U 25-letniej Agaty zdiagnozowano wrzodziejące zapalenie jelita grubego, gdy była w ciąży. Choć stan jej zdrowia drastycznie się pogarszał, a kobieta skarżyła się na silne bóle, lekarze koncentrowali się głównie na ciąży. Nie przeprowadzili pełnych badań, bo nie pozwalało im na to sumienie. Byli głusi na żądania matki i narzeczonego, by leczyć Agatę bez względu na konsekwencje dla płodu, a wijącej się z bólu kobiecie zalecali, żeby bardziej przejmowała się dzieckiem niż „własnym tyłkiem”. Po czterech miesiącach męczarni Agata zmarła. Wcześniej obumarł płód.

Wyrok w sprawie Tysiąc przeciwko Polsce wszedł do międzynarodowego orzecznictwa. Niedawno został przywołany w sprawie ABC przeciwko Irlandii. Trybunał zalecił Polsce stworzenie ścieżki prawnej, która pozwoli odwołać się od decyzji lekarza i faktycznie takie rozporządzenie weszło w życie. Według Wandy Nowickiej, szefowej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, jest ono jednak niejasne, niespójne i dopiero przyszłość pokaże, jak działa w praktyce.

Wyrok w sprawie Bączkowski i inni przeciwko Polsce, dotykający innego obszaru ideologicznego sporu, faktycznie zmienił polską praktykę. Poszło o zakazanie Parady Równości w 2005 r. przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego. Decyzję tłumaczył względami bezpieczeństwa, aprobując w tym samym dniu sześć innych zgromadzeń, m.in. pod hasłami: „Przeciwko propagowaniu związków partnerskich” czy „Chrześcijanie respektujący prawa Boże to obywatele pierwszej kategorii”. Trybunał jednomyślnie stwierdził naruszenie Konwencji i nie pozostawił wątpliwości co do tego, że mniejszości seksualne mogą korzystać z wolności zgromadzeń. – Od tego czasu nie zakazano ani jednej parady czy marszu, choć jest ich coraz więcej – przyznaje Yga Kostrzewa z fundacji Lambda, jedna ze skarżących. – Nie chcieliśmy odszkodowania, tylko jasnego komunikatu, że Polska ma przestrzegać praw człowieka. Dla nas ten wyrok ma nie tylko znaczenie praktyczne, ale i symboliczne.

Na rozpatrzenie w Strasburgu czeka inna sprawa dotycząca osób homoseksualnych: Kozak przeciwko Polsce. Trybunał ma rozstrzygnąć, czy skarżący ma prawo odziedziczyć lokal socjalny po zmarłym partnerze.

Spór o etykę w szkołach ciągnie się od lat. Od lat też czeka w Strasburgu na rozstrzygnięcie sprawa Grzelak przeciwko Polsce. Wyrok prawdopodobnie zapadnie w tym roku. Syn państwa Grzelaków, zgodnie z wolą rodziców, nie brał udziału w zajęciach z religii. Jednocześnie okazało się, że w mieście, gdzie mieszkają, nie ma ani jednej szkoły, która organizowałaby alternatywne zajęcia z etyki. Chłopiec spędzał czas na korytarzu lub w bibliotece. Ze względu na dyskryminację fizyczną i psychiczną dwukrotnie zmieniał szkołę. Rodzice skarżyli się do wszystkich możliwych instytucji w Polsce, ale bezskutecznie. Gdyby wyrok Trybunału był dla nich pozytywny, byłoby to dobitne stwierdzenie, że prawo do nauczania etyki w polskich szkołach jest iluzoryczne. Inna rzecz, że dla Grzelaków nie będzie to już miało praktycznego znaczenia. Ich syn niedługo kończy szkołę średnią.

My już swoje przeszliśmy, ale mimo wszystko ta sprawa dalej ma dla mnie sens – deklaruje Czesław Grzelak. – Inne dzieci są w tej samej sytuacji, może moje wnuki też będą. Poza tym chodzi mi o to, żeby konstytucja nie była traktowana jak śmieć.

Co mamy za paznokciami

Zdaniem Adama Bodnara, poprzez strasburskie sprawy widać, co który kraj ma za paznokciami. We Francji i Włoszech są to głównie kwestie związane z emigrantami, w Czechach i na Słowacji problem romski, w Bułgarii – przemoc stosowana przez policję. – U nas to nadmierny wpływ Kościoła katolickiego na sferę publiczną, a dokładnie rzecz biorąc, postawy polityków, którzy mu ulegają, by nie stracić części elektoratu.

Od momentu ratyfikowania Konwencji Polacy zgłosili do Trybunału w Strasburgu ponad 34 tys. spraw. To nam daje drugie miejsce po Rosji. Jeśli brać pod uwagę liczbę rozpatrywanych obecnie spraw, jesteśmy na szóstym miejscu, wyprzedzani m.in. przez Rosję, Turcję i Ukrainę. Większość skarg jest odrzucana, bo nie spełnia podstawowych warunków formalnych (minęły terminy lub ścieżka krajowa nie została wyczerpana). Tylko 7 proc. Polaków korzysta z pomocy prawnej przy składaniu wniosków. Tak czy inaczej, Trybunał jest u nas traktowany jako coś w rodzaju czwartej instancji.

Z jednej strony jest postrzegany przez obywateli jako ostatnia deska ratunku, a z drugiej jako straszak – mówi Monika Gąsiorowska. – Znam przypadki, że sędzia nie skończy jeszcze czytać uzasadnienia wyroku, a człowiek wybiega z sali grożąc Strasburgiem.

Według Bodnara, mit strasburski w Polsce bierze się także z nieufności obywateli wobec państwa. Wygrać z Polską w Strasburgu to prawdziwa satysfakcja. Inna rzecz, że polski wymiar sprawiedliwości temu sprzyja. To złe przepisy i niechlujstwo prawne napędzają liczbę skarg. – Strasburg nie jest od rozwiązywania wielkich problemów – mówi. – Jego wyroki pokazują, gdzie system prawny zgrzyta, co należy naprawić, podregulować. Można powiedzieć, że tuninguje system. Tworzy pojęcia i standardy prawne, do których można się odwoływać.

Dzięki wyrokom Trybunału zmieniono choćby przepisy o izbach wytrzeźwień, wprowadzono skargę na przewlekłość postępowania, rozwiązano kwestię mienia zabużańskiego. Ale kolejna pula spraw czeka w kolejce do naprawy. Nie tylko lustracja, ale choćby kwestia praw rozwiedzionych rodziców, którzy nie mogą wyegzekwować przyznanych przez sądy kontaktów z dziećmi. Precedensowa może stać się sprawa Moskal przeciwko Polsce. Skarżyła się kobieta, której ZUS błędnie przyznał świadczenia i z dnia na dzień je odebrał. Wyrok strasburski przyznał, że państwo naruszyło jej zaufanie, zachowało się nieprzewidywalnie, a obywatel ma prawo do dobrej administracji. Podobnych spraw jest około 150. Przełomowy będzie także wyrok w zakomunikowanej już sprawie Kędzior przeciwko Polsce, w której chodzi o ubezwłasnowolnienie. Takich przypadków jest coraz więcej i wygląda na to, że ubezwłasnowolnienie stało się u nas poręcznym narzędziem, pozwalającym rodzinie pozbyć się niechcianego członka. Wyrok może podważyć obowiązujące procedury.

Przypuszczam, że niedługo mogą trafić do Strasburga sprawy związane z przemocą wobec kobiet. Jest już precedens Opuz przeciwko Turcji, w którym ofiara przemocy domowej nie dostała od państwa opieki i nadal była maltretowana. Podobnych przypadków jest w Polsce sporo. Prędzej czy później będzie też skarga na obecność krzyży w instytucjach państwowych – przewiduje Adam Bodnar.

Przegrane strasburskie wpływają fatalnie na wizerunek kraju, dlatego polski rząd coraz częściej idzie ze skarżącymi na ugodę; w sprawach oczywistych, gdzie przegrana jest pewna, ale też w takich, których nie chce nagłaśniać medialnie. Inna rzecz, że z nagłaśnianiem bywa różnie. Do opinii publicznej przebijają się nieliczne sprawy. Czasem urzędnik, który faktycznie zawinił, nawet nie wie, że zapadł wyrok. To państwo jest oskarżone i ono płaci za błąd. A media nie piszą, że Polska znów przegrała. Przecież ciągle przegrywa, co to za news.

 

 

 

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»