Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Notatnik polityczny. Casting na nowego wroga prawicy: jak leniwi artyści pasą się na ludziach dobrej roboty

Sławomir Mentzen Sławomir Mentzen Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl
O dziwo, uchwalenie ustawy o związkach partnerskich nie wywołało histerii prawicy. Emocje po tej stronie sceny politycznej skradli artyści. Wykluwa się tym samym nowa narracja polaryzacyjna: „roszczeniowe nygusy” kontra „ciężko pracująca klasa średnia”.

Ustawa o związkach partnerskich, a mówiąc dokładnie, ustawa o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu, w piątek została przegłosowana przez Sejm i... nie wzbudziła większych emocji. Oczywiście prezydent Karol Nawrocki zapowiedział weto, przedstawiając się jako strażnik konstytucji i rodziny. Prawicowi posłowie biadali nad śmiertelnym zagrożeniem dla małżeństwa. Jakiś szczególnie chamowaty poseł półgłówek krzyczał z ław poselskich o „związkach z psami”. Ale ogólnie rzecz biorąc, prawne uregulowanie związków osób tej samej płci nie uruchomiło wielkiego poruszenia.

Prawa osób LGBT+, jeszcze niedawno przedstawiane jako upadek nie tylko Polski, ale w ogóle całej cywilizacji, postulaty równości, które były podstawą do opętańczych kampanii nienawiści przed kolejnymi wyborami, tym razem stały się po prostu zwykłym elementem sporu politycznego. Zagotowało się natomiast wokół przyjętego przez rząd projektu ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny. Zagotowało niemal dosłownie, bo emocje w debacie publicznej osiągnęły temperaturę wrzenia. Być może to przypadek, z jednej strony chwilowe ostygnięcie, z drugiej – chwilowa erupcja. Ale niewykluczone, że obserwujemy na żywo powstawanie nowej linii polaryzacyjnej w polskiej polityce.

Słuchajcie artyści, jak was obraża lud

Jak na sprawę, która wywołała tak wielki społeczny rumor, ustawa o zabezpieczeniu socjalnym artystów jest raczej skromna: dotyczy ok. 20 tys. osób, a jej szacowany koszt to niespełna 400 mln zł rocznie. Te pieniądze mają być przeznaczone na dopłaty do składek na ubezpieczenia społeczne oraz dostęp do świadczeń zdrowotnych, chorobowych i emerytalnych artystów o niskich dochodach.

Jednak przekaz, który forsuje Konfederacja (PiS jest tu nieco bardziej nieśmiały, bo ministerstwo kultury Piotra Glińskiego pracowało nad analogicznymi przepisami) oraz sympatyzujące z nią media, jest apokaliptyczny: oto lenie, darmozjady i niepotrafiące utrzymać się na rynku beztalencia wyciągają ręce po pieniądze ciężko pracujących Polaków. Sławomir Mentzen wyraził to w następujący sposób: „Słuchajcie, artyści. Wielu z was wypowiada się publicznie, z nieukrywanym poczuciem wyższości, w sprawach, o których nie macie zielonego pojęcia. Do tego z pogardą traktujecie ciężko pracujących i finansujących was ludzi, którzy muszą na was płacić, nawet gdy zarabiają mniej od was. Nie macie do tego żadnych podstaw”.

Do tej pory na prawicy w grę polaryzacyjną najlepiej grał PiS, biedującemu, poniżanemu ludowi obiecujący hojne transfery socjalne i kreujący wroga w postaci elit, które nie chcą podzielić się pieniędzmi, a same bogacą się przez koneksje i układy, pochodzące jeszcze z czasów PRL. Konfederacja przekształca ten podział: wrogiem są „darmozjady” (migranci, rozkapryszeni beneficjenci 800 plus, pazerni artyści), na których muszą płacić aktywni, pracowici Polacy z klasy średniej, zwłaszcza z jej niższych rejestrów. Według tej opowieści dochodzi tu do zapośredniczonego przez państwo rabunku: ten sam kraj, który nie potrafi zapewnić nam godnej ochrony zdrowia, usług, emerytur, bezczelnie przekazuje nasze ciężko zarobione pieniądze różnym uprzywilejowanym grupom.

W istocie jest to po prostu nowa, ulepszona odsłona tego samego prymitywnego populizmu o lekkim zabarwieniu liberalnym, który przez lata proponował m.in. Janusz Korwin-Mikke. Ale rezonans, jaki widzimy w opinii publicznej w przypadku artystów, pokazuje, że tym razem ten typ przekazu może być szczególnie atrakcyjny.

Podstawą jest strach klasy średniej przed pauperyzacją. Przywileje, z których tak chętnie korzystają samozatrudnieni profesjonaliści – mały ZUS, niższa składka zdrowotna, liberalne podejście fiskusa do wykazywanych kosztów – mają swoje konsekwencje: niskie przyszłe emerytury, niedofinansowany system ochrony zdrowia, duże potencjalne wydatki na system prywatny. To wszystko zwielokrotnia obawy i niepewność dotyczącą jutra. Do tego lęk o przyszłość zżera też osoby przez lata pracujące na śmieciówkach, z tragicznymi perspektywami emerytalnymi.

Tymi strachami czule opiekuje się Konfederacja ze swoim karykaturalnie ultraliberalnym programem: skoro i tak nie możemy liczyć na państwo, puśćmy wszystko na rynkowy żywioł i odetnijmy się od roszczeniowych nierobów. A jako symbol wroga-bumelanta artyści nadają się idealnie: bywają irytujący, pretensjonalni, a do tego jest ich mało, więc łatwo na nich poszczuć bez żadnych politycznych konsekwencji.

Różnica w generowanych emocjach między związkami partnerskimi a zabezpieczeniem socjalnym artystów może wskazywać, że po dekadzie sporu politycznego napędzanego przede wszystkim przez tzw. kwestie kulturowe, wracamy do dominacji podziałów społeczno-gospodarczych. Wraca też opowieść o „roszczeniowych nierobach” żyjących na koszt podatników, ale z jedną drobną różnicą: w 2015 r. była przez prawicę potępiana jako przejaw klasowej pogardy, dziś jest afirmowana jako nowy „zdrowy rozsądek”.

A poza tym...

A poza tym Koalicja Obywatelska i PiS uruchomiły krakowską maszynę losującą.

„Krzysiu, Sławku, wybierzmy wspólnego kandydata na prezydenta Krakowa” – zaapelował w piątek Przemysław Czarnek do Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena. Był to apel o tyle osobliwy, że został wygłoszony niemal dokładnie w chwili, kiedy Konfederacja na Rynku Głównym z pompą ogłaszała już własnego pretendenta: zgodnie z oczekiwaniami został nim bliski współpracownik Mentzena Bartosz Bocheńczak. Zresztą już niemal wszystkie mniejsze partie sejmowe pokazały swoich kandydatów i kandydatki: Razem postawiło na Aleksandrę Owcę, Nowa Lewica wyśle do boju posłankę Darię Gosek-Popiołek, a Korona Polska przedstawiła szerzej nieznanego właściciela kwiaciarni Michała Klimka. Politycy PSL suflują (na razie nieśmiało) kandydaturę Ireneusza Rasia, a w Polsce 2050 uaktywnił się ostatnio pochodzący z Krakowa poseł Paweł Śliz.

Dwie największe partie mają jednak kłopot.

Apel Czarnka do Konfederacji zalatuje desperacją, bo też Prawo i Sprawiedliwość może po raz drugi z rzędu nie wprowadzić w Krakowie swojego kandydata do drugiej tury. O ile w końcu go znajdzie, bo nikogo sensownego na horyzoncie nie widać, zwłaszcza po tym, gdy start w wyborach wykluczyła Małgorzata Wassermann. Być może PiS zdecyduje się wesprzeć kogoś bez legitymacji partyjnej, ale w tym segmencie wybór dziś jest również mglisty i niewyraźny. Scenariusz najzabawniejszy zakłada udzielenie poparcia faworytowi tych wyborów, niezależnemu Łukaszowi Gibale. Natomiast gdyby formacja Jarosława Kaczyńskiego poparła byłego działacza Ruchu Palikota, byłby to niepodważalny dowód, że zwroty fabularne w polskiej polityce to arcydzieła teatru absurdu.

Koalicja Obywatelska również nie jest w komfortowej sytuacji. Przelatujące przez media doniesienia o rozważanych kandydaturach Bogdana Klicha i Bartłomieja Sienkiewicza muszą budzić radość w Nowej Lewicy, ponieważ każda z nich byłaby prezentem dla kandydatki NL, oferując jej spory kawałek liberalnego elektoratu. Bezpiecznym wyborem dla KO byłaby senatorka Monika Piątkowska, pytanie jednak, czy poradziłaby sobie w drugiej turze z Gibałą. O tym, jak wielkie zamieszanie panuje w partii Donalda Tuska, świadczą brzmiące jak żart plotki, że rozważany jest nawet start... odwołanego prezydenta Aleksandra Miszalskiego.

Nieroztropnie byłoby prorokować, co jeszcze do sierpnia wydarzy się w krakowskiej kampanii, ale dziś wygląda na to, że przyspieszone wybory w stolicy Małopolski, reklamowane jako sparing przed bitwą o Sejm, wymkną się z tego schematu. Lokalna słabość dwóch największych ugrupowań może sprawić, że dynamika kampanii popchnie ją w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Świecka komunia. Bez mszy, Kościoła i katechezy. Nowy rytuał klasy średniej

„Świecka komunia”, choć terminologicznie sprzeczna, staje się odpowiedzią dla rodzin, które pragną celebrować dorastanie swoich dzieci bez obrzędów Kościoła.

Zbigniew Borek
19.05.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną