Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Referendum w Krakowie wysadzi Tuska z siodła? Spokojnie. To nie takie proste ani oczywiste

Donald Tusk Donald Tusk Kancelaria Prezesa RM
Śledząc komentarze medialne, można pomyśleć, że krakowskie referendum jest niczym wystrzał z Aurory zwiastujący antyrządową rewolucję i początek buntu metropolii przeciwko Koalicji Obywatelskiej. To tezy efektowne, ale niekoniecznie zbieżne z rzeczywistością.

„Czerwona kartka dla rządu”, „początek fali zmian”, „koalicja traci duże miasta” – po referendum w Krakowie sfera publiczna rozbłysła dziesiątkami efektownych tez. Wysyp jednoznacznych, mocnych komentarzy nie dziwi, bo odwołanie po zaledwie dwóch latach rządów ze stanowiska prezydenta miasta Aleksandra Miszalskiego, szefa małopolskich struktur Koalicji Obywatelskiej, to wydarzenie polityczne z fajerwerkami o zasięgu ogólnokrajowym. I bez wątpienia kłopot dla koalicji rządowej, a szczególnie dla partii Donalda Tuska. Pytanie tylko o skalę tego problemu, bo ekstrapolowanie sytuacji w Krakowie na całą Polskę wydaje się dalece przedwczesne i przesadzone. Podobnie jak prognozy, że jesteśmy w przededniu tąpnięcia poparcia dla KO w największych miastach, przez które w najbliższych miesiącach – od Poznania po Gdańsk – przejdzie fala kolejnych skutecznych referendów odwoławczych.

Czytaj też: Kraków po bitwie. Główni gracze mają dylemat. Brylując pod Wawelem, można sporo zyskać

Najpierw fakty: kto stał za referendum?

Dla porządku wywodu przypomnijmy w skrócie, co się wydarzyło. W krakowskim referendum zagłosowało 176 tys. 228 osób, co stanowiło 29,99 proc. wszystkich uprawnionych. Referendum odwoławcze dotyczące prezydenta było ważne, ponieważ liczba głosów przekroczyła wymagany próg 158 tys. 555, a nawet – to już w ramach istotnej ciekawostki – była o 42 tys. głosów wyższa niż wynik Aleksandra Miszalskiego w drugiej turze wyborów prezydenckich w 2024 r. Frekwencja w referendum nie była natomiast wystarczająca do odwołania rady miasta, gdzie większość nadal będzie mieć koalicja KO i Nowej Lewicy.

W badaniu exit poll, które w dniu głosowania przeprowadziła na zlecenie Polsat News pracownia OGB, jako najważniejsze argumenty za odwołaniem prezydenta uczestnicy referendum wymieniali najczęściej: wprowadzenie Strefy Czystego Transportu, wysoki poziom zadłużenia miasta, sposób zarządzania spółkami miejskimi i rosnące koszty życia. Zarazem 74 proc. badanych wskazało, że do głosowania bardziej skłoniła ich negatywna ocena władz miasta, a nie rządu Donalda Tuska.

Szef komitetu referendalnego Jan Hoffman deklarował z kolei, że nie chodzi mu o „ogólnopolskie spory polityczne”, tylko o „naprawę Krakowa”, a jednym z głównych motorów napędowych (i finansowych) inicjatywy referendalnej był ruch skupiony wokół Łukasza Gibały (kiedyś w Ruchu Palikota i PO, dziś bezpartyjnego), głównego przeciwnika Miszalskiego w ostatnich wyborach.

Czy to początek fali zmian?

Swoje cegiełki do sukcesu referendum dołożyły oczywiście również partie polityczne – z prawej PiS i obie Konfederacje, z lewej partia Razem – ale trudno powiedzieć, by zarysowana wyżej miejsko-polityczna konstelacja stanowiła uniwersalny przepis na rychłą, spektakularną zmianę w największych polskich miastach. Krakowska koalicja referendalna będzie trudna do odtworzenia w innych miejscach, a prezydenci pozostałych polskich metropolii mogą spać w miarę spokojnie. To po pierwsze.

Po drugie, należy być ostrożnym w przepisywaniu polityki miejskiej na głosowanie ogólnokrajowe, bo łatwe analogie bywają bardzo zawodne. W tym samym Krakowie, w którym w kwietniu 2024 r. Aleksander Miszalski zaledwie o włos wygrał z Łukaszem Gibałą, w czerwcu 2024 KO zdobyła prawie 43 proc. w wyborach europejskich, a rok później w drugiej turze Rafał Trzaskowski praktycznie zmiótł z planszy Karola Nawrockiego, wyprzedzając go aż o ponad 24 pkt proc. Inaczej mówiąc, ta sama KO, która ledwo, ledwo zdobyła stanowisko prezydenta Krakowa, niedługo później w tym samym mieście nokautowała rywali w wyborach krajowych.

Czy KO traci duże miasta?

Faktem jest, że w metropoliach narasta napięcie między istotnymi grupami mieszkańców a samorządowym establishmentem, skupionym zazwyczaj wokół Koalicji Obywatelskiej, a wcześniej Platformy, choć niekoniecznie zawsze z legitymacją partyjną w kieszeni. Z tym, że to też nie jest nowy fenomen, a podobny bunt, być może nawet silniejszy, obserwowaliśmy już 15–20 lat temu, kiedy w dużych polskich miastach na jego fali zaczęły powstawać ruchy miejskie, a „starzy” prezydenci w rodzaju Ryszarda Grobelnego w Poznaniu mieli coraz większe kłopoty z utrzymaniem władzy.

Dziś sprzeciw wobec „samorządowej arystokracji” jest dużo bardziej sprofesjonalizowany, ale też zinstytucjonalizowany, bo aktywiści miewają swoją istotną reprezentację w radach dzielnic i miast. A to z kolei przenosi spór na inny poziom, czego przykładem była chociażby awantura o ograniczenie nocnej sprzedaży alkoholu w Warszawie. I chociaż KO w metropoliach jest wygodnym chłopcem do bicia, niekoniecznie przekłada się to na potencjał zmiany władzy lokalnie, a już na pewno nie przekłada się na poparcie w wyborach ogólnokrajowych, gdzie rolę grają zupełnie inne czynniki polaryzujące.

Majowa średnia sondaży Koalicji Obywatelskiej to 34 proc. (dane za ewybory.eu), co oznacza, że nawet w bardzo kryzysowym scenariuszu KO powtórzyłaby w dużych miastach wynik z 2023 r., a najprawdopodobniej istotnie by go poprawiła. Dlatego hipoteza o początku procesu utraty przez partię Tuska największych miast na poziomie lokalnym jest mocno wątpliwa, a na poziomie wyborów ogólnopolskich to obecnie po prostu opowieść z mchu i paproci.

Czy referendum w Krakowie to czerwona kartka dla rządu?

Odpowiedź na to pytanie poznamy tak naprawdę dopiero w sierpniu, gdy zobaczymy wynik przyspieszonych wyborów prezydenckich w stolicy Małopolski. Na razie wiemy tyle, że szeroko rozpięta ideowo koalicja referendalna zdołała w imponujący sposób zmobilizować przeciwników Miszalskiego i krakowskiej KO. Wiemy również, że młodsze pokolenie polityków Koalicji (wcześniej Rafał Trzaskowski) nie wytrzymuje zaciętych batalii o najwyższą stawkę i ma niemal magiczną zdolność gromadzenia wokół siebie ludzi szczególnie niekompetentnych w komunikacji politycznej.

Nie wiemy natomiast, jak będą prowadzone narracje polityczne podczas letniej kampanii w Krakowie i jak bardzo polityka ogólnokrajowa zdominuje tematy lokalne. W związku z tym niewiadomy jest także stopień mobilizacji zwolenników KO i w ogóle partii koalicji rządowej. Są przesłanki w badaniach, że żelazny elektorat jest dziś lekko zdemobilizowany, ale stawka wyborów oraz ich ponadlokalne znaczenie mogą to bardzo szybko zmienić. A wtedy tak szeroko dziś opisywana porażka obozu władzy może się zmienić w nieoczekiwany przez komentatorów triumf.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Świecka komunia. Bez mszy, Kościoła i katechezy. Nowy rytuał klasy średniej

„Świecka komunia”, choć terminologicznie sprzeczna, staje się odpowiedzią dla rodzin, które pragną celebrować dorastanie swoich dzieci bez obrzędów Kościoła.

Zbigniew Borek
19.05.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną