ESEJ: O zaufaniu w ekonomii
Zaufanie do odkupienia
Po raz pierwszy tego trudnego pojęcia użył podobno w 1977 r. udzielający wywiadu dziennikarce pracownik firmy Salomon Brothers. Niedawno. Czym jest sekurytyzacja? Jak twierdzą ekonomiści, jest to sprzedawanie innym podmiotom części zysku z czegoś tam, ale razem z ryzykiem związanym z osiąganiem tego zysku. Jeżeli bankier udziela kredytu, to ponosi ryzyko, że zaciągający kredyt go nie spłaci. Otóż może sprzedać, za żywe pieniądze, komuś trzeciemu obietnicę, że jeśli kredytobiorca będzie spłacał swój dług, to on zyskiem podzieli się z tym trzecim. Ale jeśli kredytobiorca nagle przestanie spłacać, to pieniądze tego trzeciego przepadają. W ten sposób bankier znacznie zmniejsza swoje ryzyko, bo sprzedając obietnicę, pieniądze już dostał, zaś ryzyko ponosi ten trzeci; bo jeśli pożyczający mieszkaniec Cleveland kredytu nie odda, to ten trzeci, który odkupił od bankiera obietnicę wraz z ryzykiem, przegra.
I to właśnie zdarzyło się w 2008 r.
Tym trzecim był w zasadzie cały świat, poza Ameryką. Szczególnie europejskie instytucje finansowe, trzymające na kontach ogromne sumy z funduszy emerytalnych europejskich, starzejących się obywateli, chętnie kupowały obietnice amerykańskich banków, takich jak właśnie ów Salomon Brothers albo niesławnej pamięci Lehman Brothers. Dziesiątki lat Europejczycy z zaufaniem powierzali znaczną część swoich, niemałych przecież, zarobków wielkim bankom i ich instytucjom emerytalnym. A te kupowały papiery oparte na amerykańskich pożyczkach hipotecznych, udzielanych „na nowe domy”, wraz z ryzykiem, że te pożyczki nie zostaną spłacone. Ale nie tylko Europejczycy weszli w tę grę. Owe obietnice na papierze kupowali z zamkniętymi oczami wspominani tu już chińscy, rosyjscy czy arabscy dysponenci bogactw. Bo pozwalały one pozbywać się parzących ich ręce, stale rosnących kup pieniędzy.
I znowu kupowali amerykańskie papiery, bo po pierwsze, Amerykanie je oferowali, a po drugie, wszyscy mówili sobie: No, kto jak kto, ale Lehman Brothers
nie zbankrutuje... Ufali sile i trwałości amerykańskich symboli porządku finansowego. Ufali, że nawet jeśliby coś było nie tak, to amerykańska władza polityczna nie pozwoli na niewypłacalność instytucji będących nośnikami owej pewności symbolicznej. W tej niezbyt odległej epoce zaufanie było potężną siłą, siłą, której rozmach był odwrotnie proporcjonalny do jej dzisiejszego ograniczenia.
VIII
Co więcej, finansiści, szczególnie amerykańscy, mówili wtedy, że możliwe są operacje finansowe bez ryzyka. Bez czyjego ryzyka, pytamy? Bez ich ryzyka. I z mniejszym ryzykiem ludzi Zachodu. Zaś z większym ryzykiem tych kilku miliardów mieszkańców biednych krajów, którzy i tak żyją w nędzy. Więc w pewnym sensie jest im wszystko jedno. Niezależnie od deklarowanych intencji twórców tego rodzaju instrumentów sekurytyzacja przenosiła ryzyko z bogatych na nieco biedniejszych i tych zupełnie biednych. I w ten sposób właśnie zadziałała.
Zgodnie z przewidywaniami mieszkaniec Cleveland przestał spłacać swój kredyt. Niektóre banki, jak Lehman Brothers, zbankrutowały. Amerykański rząd do tego dopuścił. Wszyscy zaczęli podejrzewać, że inni nie mają już kup pieniędzy, że zostały one wydane na domy, samochody, ciuchy i elektroniczne zabawki kupowane przez zachodnich konsumentów. Jeśli nawet inne banki dostały rządową pomoc, oznaczającą drukowanie pustych pieniędzy, to i tak wszystko zaczęło tracić wartość. Kupione kiedyś wraz z ryzykiem obietnice okazały się bez pokrycia. Ponieważ amerykańscy kredytobiorcy przestali spłacać kredyty, zgodnie z treścią umów sekurytyzacyjnych pieniądze, za które Europejczycy, Rosjanie, Chińczycy i wszyscy inni kupowali ryzyko – myśląc, że tak naprawdę nie ma ryzyka – przepadły. Nieludzki trud ludzi z Trzeciego Świata sfinansował kilkanaście lat prosperity Ameryki i innych krajów Zachodu. To tu bowiem pozostały dobra, które w okresie prosperity zbudowano i kupiono, oraz – last but not least – urocze wspomnienie dziesiątka lat niepowstrzymanej konsumpcji.
IX
No dobrze, ale jak amerykańscy bankierzy, którzy wiedzieli o tym, że mieszkańcy Cleveland i wielu innych miast nie są zdolni do spłaty kredytów, których im udzielono, mogli podejmować tego rodzaju ryzyko? Przecież, powtórzmy, wiedzieli, nie mogli nie wiedzieć!
Dzisiaj często mówi się o zaślepiającej chęci zysku. O niemoralności i bezwstydzie. O rozpasaniu... i takie tam różne. Uprawia się moralizatorstwo w ekonomii, zapominając o amoralności ekonomii politycznej. To moralizatorstwo wydaje się być naiwne, w najgorszym sensie tego słowa, bo w swej naiwności powierzchowne. I miałkie.
Tak, amerykańscy finansiści zapewne dobrze wiedzieli, co robią. Nie mieli jednak zbyt dużego wyboru. Musieli pożyczać innym pieniądze, które wylewały się z ich sejfów. Wciskali więc pożyczki tym, co do których było oczywiste, że ich nie spłacą, a następnie sprzedawali ryzyko tych pożyczek tym, którzy musieli pozbyć się swoich gór pieniędzy, wyciśniętych z niewolniczej pracy ludzi i rabunkowej eksploatacji ziemi... Finansiści sprzedawali – drogo – ryzyko, by uzyskane miliardy znowu wciskać w postaci pożyczek. I tak da capo...
Na co liczyli? Może liczyli na to, że system oparty na iluzorycznym zaufaniu nie może jednak zawieść. Że działanie tej iluzji będzie wystarczające, by podtrzymywać krążenie w nieskończoność. Znaczyłoby to, że dali się omamić sile zaufania do własnych symboli. Naprawdę uwierzyli, że co, jak co, ale ich własne amerykańskie banki nie mogą upaść. Znaczyłoby to jednak, że pozwolili skapitulować krytycznemu rozumowi, przestali myśleć, wykonywali tylko mechaniczne gesty. Nawet zapadnięcie się WTC w otchłani ognia, wydarzenie najbardziej symboliczne z możliwych, nie było dla nich wystarczającym ostrzeżeniem.
Być może wielu przestało myśleć. Ale sądzić można, że nie wszyscy. Inni bowiem dokładnie wiedzieli, co się dzieje. Wiedzieli, że kiedyś ten kołowrót się zatnie, chociażby dlatego, że pewnego dnia mieszkaniec Cleveland przestanie spłacać kredyt. Ale to jeszcze nie był ten dzień. Tego dnia odsetki jeszcze spływały, a to znaczyło, że nadal można było kupować, sprzedawać, pożyczać, sekurytyzować, a wieczorem jechać do domu wielkim Land Cruiserem albo wciągać kokainę z modelkami w jakimś klubie. To jeszcze nie było dziś, to dawało jeszcze dwadzieścia cztery godziny, dobę wykradzioną pewności, że straszne musi nadejść. Ci nieco bardziej przenikliwi wiedzieli, że ni prawa, ni symbole nikogo nie ochronią przed upadkiem.
X
Najbardziej przenikliwi wiedzieli jednak jeszcze jedno: że gdy nagle wszystko się załamie, tak naprawdę nic się nie zmieni. Zdawali sobie sprawę, że ten iluzoryczny, nadmuchany balon musi pęknąć, ale jednocześnie domyślali się, że ostatecznie nie poniosą żadnych szczególnych konsekwencji tej katastrofy. I tego właśnie doświadczamy. Jeśli ikona lewicy Chantal Mouffe mówi, że kapitalizm wyjdzie z kryzysu wzmocniony, bo lewica nie ma żadnego projektu poza kapitalizmem, to trafia w sedno rzeczy.
Ta pewność, że nic się nie zmieni, wynikała z tego, że wielki kryzys oznacza prawdziwe albo albo. Są możliwe tylko dwa wyjścia. Albo kryzys prowadzi do wojny, rewolucji i głębokiej zmiany układu sił, stosunków politycznych, a ostatecznie też stosunków władzy symbolicznej w świecie. Do tego doprowadził kryzys lat trzydziestych i wszystkie nieszczęścia, które nastąpiły po nim. Albo do wojny nie dochodzi i hegemon polityczny przerzuca koszty kryzysu na biednych, zachowując swoją potęgę symboliczną. I to dzieje się dzisiaj. Mimo wyklinania i rzucania butami, Ameryka i cały Zachód jest na razie politycznie, militarnie i symbolicznie wystarczająco potężny – a raczej wszyscy inni są zbyt słabi – by układ sił mógł się znacząco zmienić. Tak więc ostatecznie biedni, którzy i tak są w nędzy, stają się jeszcze biedniejsi. Średniozamożni nieco ubożeją. A bogaci? Co sobie poużywali, to ich!
Zachód jest tak potężny, bo do nikogo innego zaufania mieć nie można. Właśnie to poczucie, że nie ma nikogo innego, powoduje, że tak szybko zapomniano. Ameryce Busha, rzucając się w barakomanię. Bez zwględu na to, jak bardzo by jej nienawidzono, potęga Ameryki opiera się na zaufaniu, że wszyscy inni są gorsi. Być może zwolennicy Osamy bin Ladena tak nie myślą, ale kto ufa tym ostatnim?
Z przyczyn opisanych wyżej na Zachodzie wszyscy (tak, tak, nawet my, Polacy, zawsze niewinni...) korzystaliśmy przez wiele lat z tego, że finansiści robili to, co robili, i dziś byłoby hipokryzją udawać, że nas to nie dotyczy. A koszty, jakie teraz musimy zapłacić, nie są ani przesadnie wygórowane, ani takie znowu niesprawiedliwe. Te koszty są tym większe, im większy był stopień ślepego komfortu moralnego, pozornej niewiedzy o tym, skąd brał się gwałtowny wzrost dobrobytu tamtej epoki. Dlatego też Europejczycy, mistrzowie obłudy, ostatecznie zapłacą większy haracz niż Amerykanie.
Dlatego też, jakkolwiek paradoksalnie by to brzmiało, jest głęboka racjonalność w tym, że bankrutujące i ratowane za pieniądze podatników – to znaczy całego świata – banki wypłaciły swoim menedżerom milionowe premie. Oni bowiem słusznie postępowali, sprzedając ryzyko katastrofy, która nieuchronnie musiała nadejść. Nie mogli, nie powinni robić niczego innego, wszystko inne byłoby nieracjonalne. Zaś chińscy sekretarze, rosyjscy „siłowicy” i arabscy książęta nie mieli innego wyjścia, jak owo ryzyko kupować, płacąc życiem swoich poddanych i bogactwami swoich ziem. Inne działanie również nie byłoby racjonalne. Zaś my wszyscy, żyjący gdzieś pomiędzy, mogliśmy tylko zamykać oczy, ufać, że tak musi być i kupować te zabawki, tak tanie, że aż niewiarygodne...
Tak bowiem dzisiaj wygląda zaufanie. I to jest twarda istota psychologicznego problemu zaufania w ekonomii.
***
Esej Andrzeja Ledera pochodzi z "Niezbędnika Inteligenta PLUS - 10 najważniejszych pytań świata", specjalnej publikacji POLITYKI, która właśnie trafiła do sprzedaży. Można go kupić w dobrych punktach sprzedaży prasy i w sklepie internetowym www.skleppolityki.pl. Więcej informacji o naszej najnowszej publikacji specjalnej znajdą Państwo klikając w ten link. Zaś zamówienie w naszym sklepie internetowym można złożyć klikając w ten link.

