Michał Głombiowski
10 kwietnia 2012

Wielki Tydzień w Sewilli

Chrystus wychodzi na ulice

Na tydzień przed Wielkanocą wszystkich zajmuje kwestia deszczu. Gdyby miało padać, będzie katastrofa. Cała Sewilla patrzy więc w niebo.

Wąskie, brukowane uliczki Sewilli lśnią w kałużach. Dochodzi pierwsza w nocy, a całe miasto płynie w stronę Basilica de la Macarena. Ciepłe, nocne powietrze drga od głosów, dyskusji i tego hiszpańskiego terkoczącego rrr w co drugim słowie. Padało w dzień, to może w nocy nie będzie?

Ludzie pod bramą kościoła oczekują na rozstrzygnięcie. Operatorzy kamer z nadzieją tkwią za swoim sprzętem, telewizyjne żurawie przesuwają się nad tłumem. Sewilczycy nie zaprzątają sobie jednak głowy zdjęciami. Nie po to tu przyszli. Wyciągają wysoko głowy, patrząc w stronę bramy świątyni, skąd powinien ruszyć pochód. – Nie idą, nie idą! – przez tłum przetacza się szmer. – Odwołane!

Z kościoła wychodzą powoli nazarenos, pielgrzymi, zsuwają z głów kaptury zasłaniające twarze, obejmują się w niemej rozpaczy. Święta Panienka La Macarena, tocząca diamentowe łzy po gładkich policzkach, pozostanie dziś w kościele.

Deszczowa apokalipsa

To nie zdarza się często. Sewilla jest w końcu stolicą Andaluzji. A Andaluzja to słońce, ciepłe zimy i upalne lata. Intensywne wiosenne deszcze to rzadkość. Co kilka lat się jednak pojawiają. A Wielki Tydzień (hiszp. Semana Santa) spowity w mokrych chmurach to katastrofa. Najbardziej spektakularne święto w całej Europie w deszczu zostaje szybko utopione. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecyduje się na wypuszczenie na ulice procesji niosących zabytkowe rzeźby. Nosiciele, costaleros, nie dźwigną na swoich barkach wielotonowych platform z figurami. Wszyscy kiwają głowami, że to niemożliwe. Przeciskanie się po mokrych, wąskich uliczkach jest zbyt niebezpieczne.

Przyjezdnym sprawa wydaje się trochę przesadzona. Wszak miasto przygotowuje się do wielkanocnych procesji przez cały rok, ładując w to niewiarygodne pieniądze, zużywając mnóstwo energii i czasu. I wina, przy którym najlepiej ustala się wszelkie szczegóły. Kilka tygodni przed świętem nikt już nie mówi o niczym innym – procesje są omawiane w każdej knajpie, na każdej ulicy, przy każdym towarzyskim spotkaniu.

Gdy zajdzie się do knajpki na tapas (przekąski), zanim jeszcze zdąży się za nie zapłacić, już ktoś cię pyta, jak oceniasz przygotowania do nadchodzącego tygodnia. Inny dzieli się opowieścią, między słowami wrzucając w siebie małe kiełbaski chorizo, o trudach zdobywania tekturowych stelaży. Niektórzy pozamawiali je już pół roku temu. Kto się spóźnił, spędza czas na nerwowym bieganiu po mieście i odwiedzaniu kolejnych sklepików.

Wydłużony stożek takiego stelaża wkłada się pod spiczasty kaptur, który naciągają na głowy nazarenos. Bez niego materiał kaptura zwisałby smętnie po plecach. A to jest duża różnica: kaptur niesterczący bowiem noszą penitentes (pątnicy) – można ich też poznać po dużym drewnianym krzyżu dźwiganym na ramieniu. Sprawa stelaży pod kaptur jest więc niemal równie ważna jak kwestia deszczu.

Kadzidło i kaptur

Gdy nie pada, Sewillę trawi nieustanna gorączka. Już kilka dni przed poniedziałkiem inaugurującym Wielki Tydzień wystawy sklepów zamieniają się w ołtarze, a obok prezentowanych eleganckich modnych sukni pojawia się zakrwawiona, bolesna twarz umęczonego Jezusa. Mury domów pokrywają plakaty z wizerunkiem Ukrzyżowanego. Na jedynkach gazet omawia się wyłącznie kwestie związane z Semana Santa – wszystko inne zostaje zepchnięte na dalsze strony. No i kadzidło. Duszący zapach palonej mirry, drzewa sandałowca, aromatycznej żywicy i lawendy unosi się nad ulicami Sewilli, płynie z okien mieszkań, wypełnia hale supermarketów.

Gdy idzie się ulicą, można spodziewać się widoku przemykającej w pośpiechu osoby odzianej w długi habit i trochę przerażająco wyglądający kaptur na głowie (jeżeli udało jej się wcześniej zdobyć stelaż). W kapturze zasłaniającym twarz wycięte są dwa otwory na oczy. Wpatrywanie się w nie jest zwykle jedyną możliwością, by nawiązać z nazareno jakiś kontakt. Głupio przyznać, ale czasem nie wiadomo nawet, czy ma się przed sobą mężczyznę, czy kobietę. Od czasu, gdy 25 lat temu jedno z bractw przyjęło w swoje szeregi płeć piękną, nic już nie jest pewne. Nazarenos raczej nic nie mówią, spieszą się na zebranie i nie mają czasu na pogawędki.

Zwyczaj organizowania gigantycznych religijnych procesji ma w Hiszpanii dobre 600 lat. Malaga, Granada, Sewilla, dziesiątki mniejszych miast. To jednak te odbywające się w stolicy Andaluzji są najbardziej znane i robią największe wrażenie. Pierwsze wzmianki o nich pochodzą z 1350 r. Początkowo kilkuosobowe, mające jednak ten sam cel co i dziś – uczczenie męki i śmierci Chrystusa. Wpierw Pasja odgrywana była przez ludzi, później pojawiły się drewniane figury. Część z nich do dziś niesiona jest w Wielkim Tygodniu ulicami miasta. Mają po kilkaset lat. Nie mogą być wyniesione na deszcz.

W Sewilli działa obecnie ponad 60 bractw, z których część ma wielowiekową historię, inne zaledwie kilkudziesięcioletnią. El Silencio powstało w 1340 r., Pasion y Muerte w 2011 r. Członkowie każdego z nich mają stroje w innym zestawie kolorów, swoje emblematy i symboliczne przedmioty, własny kościół oraz – noszącą zwykle tę samą nazwę co świątynia – knajpkę na przykościelnym placu.

Są nawet bractwa dziecięce organizujące procesje, w których obok puchnących z dumy rodziców maszerują, trzymając w rękach świece lub święte obrazki, kilkulatki. Mikre postaci w spiczastych kapturach wyglądają bardziej jak uczestnicy zlotu miłośników Harry’ego Pottera.

Od procesji do procesji

Wysokie obcasy stukają po bruku, zapach wody kolońskiej spowija zaułki starego miasta, wykrochmalone koszule szeleszczą przy każdym ruchu ręki. Sewilla oszałamia elegancją. Semana Santa sprawia, że wszyscy, nie wyłączając młodzieży, prześcigają się w strojeniu. Starsi mężczyźni trzymają się sprawdzonych zasad: ciemnych marynarek i równo ułożonych krawatów. Kobiety nie rozstają się z butami na obcasach, na których jakimś cudem są w stanie wytrzymać całodniową wędrówkę po mieście. Młode dziewczyny mają wreszcie pretekst, by oddać się zakupom – przecież na każdy dzień Wielkiego Tygodnia, a może i każdą procesję potrzeba innej kreacji. W Wielki Piątek dojdą do tego tradycyjne mantylki, zdobiące kobiece głowy, i czarne, sięgające do kolan suknie. W pełnym elegancji tłumie turyści w szortach i klapkach na nogach są z lekceważeniem ignorowani. Jeżeli ubrałeś się w krótkie spodenki, dla Hiszpanów już nie istniejesz.

Stelaże pod kaptury to tylko jeden z problemów, nad którego rozwiązaniem biedzą się rozpalone głowy sewilczyków. Największego wysiłku wymaga dopracowanie logistyki. – Przez cały Wielki Tydzień, od poniedziałku do soboty, przez miasto przechodzi kilkadziesiąt procesji – tłumaczy Javier, który wraz ze znajomymi już od kilku godzin planuje w jednej z knajpek świąteczne manewry. – Każde bractwo ma przydzielony dzień

...

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną