Rozmowa o Polsce? Tytuł debaty zdecydowanie na wyrost
Sukcesem Beaty Szydło jest to, że udało się jej nie odpowiadać na zadane pytania i z dużym spokojem powtarzać to, co jest dziś przesłaniem PiS: cała władza dla nas.
.
mat. pr.

.

W sztywnych, ustalonych przez sztaby wyborcze ramach nie zmieścili się ani dziennikarze, ani obie polityczki. Dziennikarze znów potraktowani zostali jak stojaki do mikrofonów, bez możliwości wyegzekwowania odpowiedzi na zadane pytania. A byłoby co egzekwować. Zwłaszcza od Beaty Szydło, która posiadła nadzwyczajną wprost umiejętność operowania frazesami. Można ją wręcz nazwać mistrzynią frazesu – wypowiada je z nadzwyczajną pewnością siebie.

Gdy zaś o Ewę Kopacz i Beatę Szydło jako polityczki idzie, to one też z trudem mieściły się w tych ramach, było to bowiem spotkanie dwóch osób występujących obecnie w zupełnie odmiennych rolach. Urzędująca premier jest politykiem o wiele bardziej dojrzałym, wie, co to ciężar rządzenia, dbałość o finanse (może nawet konieczność owej dbałości zbyt często podkreślała, co wyborczą zachętą być nie musi) i powinna uważać na wypowiadane słowa.
 
Jak bardzo to ważne, przekonał się właśnie prezydent Andrzej Duda, który w telewizyjnej rozmowie, wyraźnie na dość dużym luzie, poparł słowa Jarosława Kaczyńskiego o epidemiach, które do Polski sprowadzą uchodźcy. Od razu znalazł liczne cytowania własnych słów w zagranicznych gazetach, w kontekście wcale dla naszego kraju nieprzyjaznym.

Beata Szydło żadnych ograniczeń nie demonstrowała, była nadal politykiem wiecowym, powtarzającym nierealne obietnice. Odwoływała się do tych samych, od tygodni powtarzanych fraz o gotowych projektach ustaw, które zostaną uchwalone w ciągu pierwszych stu dni jej rządów. Znajdowała recepty na wszystko w tym, że w sytuacji, gdy jest własny prezydent i będzie wystarczająca do samodzielnego rządzenia większość, dzięki uchwaleniu pakietu ustaw – problemy rozwiążą się same.
 
Kandydatka PiS na premiera zupełnie poległa na sprawach zagranicznych, wyraźnie widać, że o polityce zagranicznej nie ma pojęcia i nawet na dające spore możliwości udzielenia różnych odpowiedzi pytanie redaktora Kraśki o światowe wyzwania – nie potrafiła odpowiedzieć choćby jednym zdaniem, wymienić jednego ważnego dla Polski problemu.
 
Zdecydowanie lepiej poszło Ewie Kopacz, która wskazała na umowę Stany Zjednoczone – Unia Europejska i konkretne problemy, jakie może Polsce ta umowa stwarzać. Generalnie pani premier była bardziej konkretna, a Szydło lepiej wyuczona. Wyuczona, że nie można rozmawiać o sprawach trudnych i kontrowersyjnych (konstytucja okazała się problemem nieważnym, który nie interesuje Polaków, podobnie jak program partii idącej po władzę, bo przecież ona nie przyszła na rozmowę o sprawach partyjnych), że trzeba powtarzać, iż ważne są tylko problemy ludzi, o których ona bez przerwy rozmawia – dlatego ma program, ma strategię, ma plan i oczywiście gotowe projekty ustaw.
 
Takich pustych przebiegów było mnóstwo, ale nie uniknęła ich też premier Kopacz, może początkowo zbyt defensywna, ale w miarę upływu czasu o wiele bardziej rozluźniona i zdeterminowana.

Jeśli przyjąć, że w debatach liczy się nie ich zawartość merytoryczna – a ta była uboga – ale wizerunek, to Ewa Kopacz obroniła się przed wizerunkiem uporczywie kreślonym w ostatnich tygodniach przez działaczy PiS i samą wiceprezes Szydło. Czyli kobiety rozhisteryzowanej i nachalnej.
 
Zachowała spokój, dużo naturalności i waleczność. Nie dała się sprowokować i wyprowadzić z równowagi, ale też nie potrafiła przebić się przez zasłonę kilku prostych haseł, którymi bez przerwy operuje kandydatka Szydło. Sukcesem Beaty Szydło jest to, że udało się jej nie odpowiadać na zadane pytania i z dużym spokojem powtarzać to, co jest dziś przesłaniem PiS: cała władza dla nas, a problemy się rozwiążą, bo tylko my mamy recepty i prezydenta, który też ma program.
 
Sztabowi Beaty Szydło udało się wymusić „zwycięstwo” wiecem pod telewizją, który stał się prawie 20-minutowym „podsumowaniem” debaty, podczas którego kandydatka znów pochyliła się nad losem źle rządzonych Polaków, oczywiście nie zapominając o górnikach. Ten partyjny wiec transmitowały wszystkie media informacyjne, w tym publiczne, co uznać należy za skandal, bo albo reguły ustalono, albo nie.

Czy ta debata coś zmieni? Zaważy na wyniku wyborów? Nie wydaje się, ale też oczekiwania nie były zbyt wygórowane. Gdyby do debaty z Ewą Kopacz stanął Jarosław Kaczyński, pewnie byłby dreszcz emocji, a tak emocji nie było. Z Kaczyńskim byłby pojedynek liderów, bo to on jest prezesem PiS, a Ewa Kopacz przewodniczącą Platformy.

O wiele więcej emocji, ale też informacji o poglądach uczestników, pojawiło się ich w programie Tomasza Lisa, w którym spotkali się przedstawiciele komitetów, których do tej pierwszej „rozmowy o Polsce” nie zaproszono. Tam też rozmowy o Polsce nie było, ale było przynajmniej zderzenie poglądów i osobowości, czasem w bałaganie, w przekrzykiwaniu się, ale w tempie i momentami wyraziście. Było po prostu ciekawiej. I demokratyczniej, bo wszyscy mieli równe szanse, bez względu na sondażowe notowania.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj