Dziwią i niepokoją pomysły PiS na politykę zagraniczną
Na rynek wewnętrzny, nie na eksport
Obawiam się, że głośne domaganie się statusu Polski na arenie międzynarodowej niewiele pomoże. A już na pewno nikt go nie uzyskał poprzez stawanie sztorcem.
Caitlin Regan/Flickr CC by 2.0

Politykę zagraniczną w swoim exposé pani premier Beata Szydło potraktowała bardzo skrótowo, wręcz marginesowo – mimo że sama zaczęła od najaktualniejszego kontekstu, zamachu terrorystycznego we Francji i zagadnień bezpieczeństwa kraju.

Jeśli przemówienie, a na to wygląda, skierowane było do jej wyborców – to z pewnością usłyszeli to, co chcieli usłyszeć, zwłaszcza że premier zapowiadała uzyskanie wyższego statusu Polski na arenie międzynarodowej. Jeśli jednak exposé miało być także wskazówką naszej polityki dla sojuszników oraz państw nam niechętnych – to można wykazać w nim kilka błędnych sygnałów.

Zacznijmy od najaktualniejszej sprawy, od której zaczęła też pani premier – zamachu terrorystycznego i walki z terroryzmem. Na arenie europejskiej największym zaskoczeniem był apel prezydenta Francji François Hollande’a o pomoc i współpracę na nowej, unijnej zasadzie. Po raz pierwszy przywołany został artykuł 42. punkt 7. Traktatu o Unii Europejskiej. Ta norma jest unijnym  odpowiednikiem sławnego art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Należało wprost odpowiedzieć na ten apel i zadeklarować gotowość Polski do współpracy. Oczywiście wiadomo, że doktryna PiS kładzie główny nacisk na gwarancje NATO, jednak warto przypomnieć, że śp. Lech Kaczyński mówił nawet o „armii europejskiej”. Taka nie istnieje, ale Polska powinna natychmiast podtrzymywać wszystkie inicjatywy zmierzające do zwiększenia współpracy unijnej w dziedzinie bezpieczeństwa.

Nawet w skromnej części zagranicznej exposé z Warszawy powinna paść chociaż wzmianka o Niemczech. To nasz największy partner i ogromna część naszej gospodarki wisi na zachodnim sąsiedzie. Zapowiadane umocnienie wschodniej flanki NATO nie uda się bez Niemiec, o których poparcie trzeba zabiegać. Pani premier podkreśliła wprawdzie przywiązanie do zasady solidarności w Unii Europejskiej, ale od razu nadała tej zasadzie kształt, który może niepokoić naszych sojuszników – we Włoszech i Grecji.

Od dawna kraje te proszą o odciążenie ich z powodu napływu uchodźców, o czym wie każdy, kto kiedykolwiek słyszał o wyspie Lampedusa. Zaakcentowanie przez panią premier, że zasada solidarności nie może polegać na „eksportowaniu problemu, które państwa sobie stworzyły”, jest może przytykiem do Niemiec, ale oznacza, iż nie chcemy w ich wysiłku uczestniczyć. Trudno bowiem powiedzieć, że Włochy czy Grecja – a nawet i Niemcy czy Francja – sobie problem stworzyły. Przyklejanie się zaś do Grupy Wyszehradzkiej, odmawiającej przyjmowania uchodźców, to budowanie jakiejś lokalnej solidarności przeciw solidarności europejskiej – i to w złej sprawie.

Dziwić może też, że nie padło słowo Rosja. Kraj ten stwarza nam liczne problemy, większe niż naszym sojusznikom, i wskazówka, jaką przyjmiemy politykę, byłaby bardzo na czasie.

Wreszcie budowa wyższego statusu na arenie międzynarodowej. Któż nie chciałby mieć wyższego statusu? Ale takiego statusu nie można zadekretować w exposé ani uchwalić w Sejmie. Boję się, że głośne domaganie się go niewiele pomoże. A już na pewno nikt go nie uzyskał poprzez stawanie sztorcem. Oczywiście – rządowi życzymy powodzenia, bo wszyscy płyniemy na tej samej tratwie.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj