Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Miłość Graczyka

To, że książkę Romana Graczyka „Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego” czytałem z mieszanymi uczuciami, odpowiada w pewnej mierze prawdzie. Najpierw był to bowiem wstyd za autora, później niesmak, wreszcie obrzydzenie. To, że Graczyk niewiele rozumie z czasów, o których pisze, jest jeszcze jakoś tam naturalne. Mleko pod nosem nie całkiem jeszcze wyschło, więc nie pamięta, nie widział, nie zna proporcji i peerelowskich uwarunkowań. Zresztą gdyby cokolwiek rozumiał, toby mu Janusz Kurtyka nie zaproponował pracy etatowej w IPN, gdzie akurat rozumiejących nie potrzebują.

Na cóż więc mu tłumaczyć, że na przykład władze MSW (czasem MSZ) decydowały nie tylko o paszportach dla wyjeżdżających (w tym przypadku można by zarzucić petentom, że działali we własnym interesie), ale także o wizach dla cudzoziemców. Jeżeli więc jakowaś instytucja, czy to „Tygodnik Powszechny”, czy Polska Akademia Nauk, chciały zaprosić z zagranicy osobę tak zwaną kontrowersyjną, a do takich zaliczali się między innymi niemieccy działacze na rzecz pojednania z Polską, strukturaliści, niekomunistyczni lewicowcy z Zachodu, Chińczycy, profesorowie amerykańskich uniwersytetów etc., trzeba było pójść do odpowiedniego urzędnika (kim był wiadomo) i powiedzieć mu, kto zacz i dlaczego chce się go zaprosić, czyli odbyć rozmowę o zapraszanej osobie, podając o niej fakty, które skłoniłyby urzędnika do przystawienia pieczątki. Dla Graczyka jest to kolaboracja, natomiast największe autorytety moralne tamtych czasów, z kościelnymi na czele (nie każdy ryzykował zapraszanie takich osób), uważały to wtedy za konieczność, jeżeli ma się wzbogacać intelektualnie polskich studentów czy czytelników.

Tytułem anegdoty.

Polityka 18.2011 (2805) z dnia 29.04.2011; Felietony; s. 105
Reklama