Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden - 20 lat temu narodził się grunge
Grunge, czyli dwie dekady z syfem
W 1991 roku ukazały się najgłośniejsze płyty Nirvany, Pearl Jam i Soundgarden. To największe sukcesy grunge, dla niektórych – ostatni taki wybuch muzyki rockowej w ogóle. A jak było naprawdę?
Zespół Nirvana, a za nim cały gatunek grunge, zawędrował szturmem na listy przebojów. Na zdj. wokalista Nirvany, Kurt Cobain
Jeff Kravitz/FilmMagic/Getty Images/Flash Press Media

Zespół Nirvana, a za nim cały gatunek grunge, zawędrował szturmem na listy przebojów. Na zdj. wokalista Nirvany, Kurt Cobain

Okładka krążka „Nevermind” - najważniejszej płyty Nirvany
materiały prasowe

Okładka krążka „Nevermind” - najważniejszej płyty Nirvany

Eddie Vedder, frontman kultowego dziś już Pearl Jamu
UPPA/BEW

Eddie Vedder, frontman kultowego dziś już Pearl Jamu

Dwie dekady to dość, żeby zbudować legendę. W najpopularniejszej ludowej wersji głosi ona, że na przełomie lat 80. i 90. w mieście Seattle w Ameryce – kolebce Boeinga i sieci Starbucks – narodziła się nowa kultura. Tysiące młodych ludzi, zbuntowanych i rekrutujących się z opisanego w książce Douglasa Couplanda „Pokolenia” (też wydanej w roku 1991), niechlujnie ubranych (flanelowe koszule), niemodnych (kalesony) i nieuczesanych, zaczęło grać brudną muzykę rockową, nawiązującą do starych wzorców. Wśród inspiracji wymieniali Black Sabbath, Led Zeppelin, The Stooges, ale i nowsze brzmienia (Black Flag, Sonic Youth, Butthole Surfers). Nazywali tę muzykę grungeem, słowem bliskim znaczeniowo polskiemu wyrazowi „syf”. Wśród nich pojawił się młody geniusz Kurt Cobain. Miejscowej wytwórni Sub Pop udało się podpisać kontrakt z jego grupą i doszło do wielkiego wybuchu – zespół Nirvana, a za nim cały gatunek, zawędrowały na listy przebojów. Potem lider Nirvany popełnił samobójstwo i skończyła się epoka grungeu. Prawda? Nic bardziej mylnego.

Kilka kłamstw założycielskich

Po pierwsze, środowisko nie było takie znów wielkie. To dlatego wszyscy się znali i byli w stanie nie przeszkadzać sobie w działaniu. Punkowcy akceptowali metalowców – dlatego w Seattle zaczęto grać coś pomiędzy jednym a drugim. „Gdzie indziej muzycy mogli sobie pozwolić na to, żeby wzajemnie nienawidzić jakichś odłamów lokalnej sceny. Ale nie tutaj – nas było łącznie ze dwadzieścia osób” – mówił Steve Turner z czołowych w środowisku grup Green River i Mudhoney.

Po drugie, żaden z wykonawców nie nazywał swojej muzyki grungeem. - Jako pierwszy terminu „grunge” użył Howard Wuelfing, dziś PR-owiec, a wcześniej dziennikarz pisma „New York Rocker”. To było w roku 1981. Ale wiele lat później w notce o grupie Green River do naszego katalogu wydrukowaliśmy zdanie: wywalony w kosmos syf [grunge – przy. aut.], który zrujnował morale generacji” – prostuje Jonathan Poneman, współzałożyciel wytwórni Sub Pop. Autorem owej notki miał być Bruce Pavitt, jego kumpel, drugi ze współzałożycieli.

Po trzecie wreszcie, ani na Nirvanie, ani na żadnej innej grupie pokolenia wielki świat mógłby się nie poznać, gdyby do Seattle nie przybył Everett True, dziennikarz pisma „Melody Maker”, którego tak wciągnęło miejscowe życie imprezowe (w Seattle piło się wtedy dużo, pojawiały się też inne używki), że gdy przyszło do pisania korespondencji, przenotował po prostu ten „grunge”, słówko z katalogu firmy. Określenie trafiło do europejskich mediów, a ponieważ tutaj rynek na amerykańską muzyką alternatywną był bardzo chłonny, rzecz szybko wywołała reakcję łańcuchową.

To sukces w Europie, a szczególnie długo oczekiwana reakcja Wielkiej Brytanii, była kluczowa dla kariery grunge’u kilka lat później.

Sprzyjające okoliczności

Dziennikarz Everett True – później przyjaciel i biograf Kurta Cobaina – też nie znalazł się w Seattle przypadkowo. Tak naprawę ściągnęli go na miejsce szefowie Sub Popu, Poneman i Pavitt. Co więcej, opłacili mu lot, wikt i opierunek, włącznie z drinkami na miejscu. Bo nie byli jakąś przypadkową wytwórnią lokalną. Ba, żaden z nich nie pochodził z Seattle. Ale mieli doświadczenia ze sceną alternatywną, od dawna uważali, że drzemie w niej duży potencjał i szybko poznali się na sile środowiska w mieście Boeinga. Całą firmę prowadzili w sposób niespotykany dla niezależnych wydawców – z rozsądkiem, skutecznym planowaniem strategii marketingowej (za którą odpowiedzialny był Poneman), wreszcie bardzo spójną konwencją graficzną i zdjęciową.

Sub Pop pokazywał to, co potem było największą siłą sceny – etos wspólnoty, szaleństwo na koncertach, reakcje publiczności, punkową energię. Jedno z ich haseł brzmiało butnie „Światowa dominacja”, a najprostszym wzorcem były dla Sub Popu nie inne małe firmy punkowe, tylko wytwórnia Motown, legendarna kuźnia czarnej muzyki działająca w Detroit. Ona też uczyniła z miejscowej, regionalnej sceny, fenomen ogólnoświatowy.
 
Ale nawet w ich sytuacji kontrolowanego chaosu pojawienie się grupy Nirvana było zjawiskiem nadprzyrodzonym, a cała kariera – zbiegiem okoliczności. Zespół nie pochodził z Seattle (a pierwszeństwo mieli tutejsi), zgłosił się nie bezpośrednio do Sub Popu, tylko do producenta ich nagrań Jeffa Endino, a szefowie wytwórni nie byli zgodni co do jego przyszłości. Ocaliło ich zorganizowanie. Wiele z małych firm w ogóle nie dbało o kontrakty. Sub Pop podpisał umowę z Nirvaną błyskawicznie. Pierwsza płyta, „Bleach” (1989 r.) okazała się sukcesem w kategoriach muzyki niezależnej (początkowo sprzedali ponad 30 tysięcy egzemplarzy), ale przed drugą zespół podkupił koncern Geffen. Sub Pop wynegocjował mizerne trzy procent od sprzedaży dwóch kolejnych albumów Nirvany – przy czym pierwszym z nich okazał się we wrześniu 1991 roku „Nevermind” - którego dwudziestolecie jest właśnie świętowane kilkoma różnymi edycjami specjalnymi.

Ikony gatunku 

Płyta, wspomagana singlem „Smells Like Teen Spirit”, sprzedała się dotąd w ponad 30 milionach sztuk. To z kolei poziom nieosiągalny nawet dla większości gwiazd muzyki pop, co przyniosło firmie Sub Pop więcej zysku, niż jakakolwiek pozycja w ich katalogu. Bo 3 procent z 30 milionów to dla niezależnych oszałamiający sukces. Choć przy okazji także sprzedaż „Bleach” urosła przez lata do poziomu dwóch milionów. - Gdyby nie tamten kontrakt, z czasem wylądowalibyśmy na zmywaku  – komentowali potem szefowie firmy.

Sukces Nirvany wywołał lawinę i wywrócił do góry nogami hierarchię w Seattle. Grupa Mudhoney – serce sceny Seattle – która wcześniej de facto utrzymywała wytwórnię i zarabiała na Nirvanę, sprzedając swoje płyty na poziomie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy, okazała się mało znanym zespołem w porównaniu z formacją Cobaina. Coraz lepiej przyjmowana była za to jedna z najbardziej metalowych kapel w środowisku – Soundgarden, już nieco wcześniej nagrywająca dla fonograficznego giganta A&M. Ich najlepsza płyta „Badmotorfinger” też obchodzi w tym roku 20-lecie wydania.

Błyskawicznie urósł Pearl Jam – zespół założony przez wokalistę Eddiego Veddera na gruzach Mother Love Bone i Green River. Ich album „Ten”, wydany na miesiąc przed Nirvaną, osiągnął do dziś 10-milionową sprzedaż. A sam zespół: status - drugiej po Nirvanie - ikony gatunku.   

 



Kompleks prowincji 

Dziś dwudziestolecie obchodzą także członkowie Pearl Jam – z tej okazji wszedł do kin, a za kilka tygodni pojawi się na DVD film dokumentalny „Twenty” w reżyserii Camerona Crowe’a, ciekawie przypominający początki sceny z Seattle. Potwierdza on wiele paradoksów tego środowiska, które było niczym niewyróżniającym się gronem młodych słuchaczy muzyki, zakochanych w punku (moment przełomowy dla ich generacji to koncert The Ramones w Seattle w roku 1977), ale mających olbrzymie kompleksy w stosunku do bardziej rozwiniętych ośrodków muzycznych: Kalifornii i Wschodniego Wybrzeża USA.

Nawet gdy powstawały tu pierwsze ciekawe formacje, to ich największą ambicją było granie po klubach i mozolne zarabianie na chleb, a nie żadna tam „światowa dominacja”, którą reklamował Sub Pop. Dwie rywalizujące przez jakiś czas grupy – bardziej surowa, punkowa Nirvana i bliższy bluesowi oraz klasycznemu rockowi Pearl Jam – miały więc bardzo podobne problemy. Szybko wyrwano je z zapyziałych lokalnych pubów na wielkie festiwale i stadiony, co ani jednym, ani drugim się nie podobało, bo tracili kontrolę nad własną karierą.

W wypadku twórców „Ten” skutkiem był konflikt z promotorami koncertowymi i z wielką siecią Ticketmaster (w latach 90. praktycznie monopolistą w dziedzinie organizacji wielkich masowych widowisk muzycznych w USA). U Nirvany i jej lidera, nękanego także poważniejszymi problemami natury osobistej i nałogiem narkotykowym, skończyło się dużo tragiczniej. Między innymi niechęć do samego siebie, jako gwiazdy spoglądającej z okładek prasy sprawiła, że w kwietniu 1994 roku odebrał sobie życie (przynajmniej według urzędowej wersji – okoliczności śmierci do dziś wzbudzają kontrowersje).

Szybkie spalanie

Bolesne było dla alternatywnych muzyków z Seattle to zderzenie etosu z sukcesem. Co znamienne, wcześniejsze konflikty Cobaina z Pearl Jam i innymi formacjami grunge’owymi polegały na obrzucaniu się wzajemnymi oskarżeniami o sprzedanie ideałów sceny niezależnej i komercjalizację. Takie sytuacje wzbudzały niesamowite emocje. „Weź piosenkę, która ci się podoba, puść ją milion razy i nie będziesz chciał jej znać: Kurczę, myślisz, jeśli usłyszę to jeszcze raz i zobaczę twarz tego kolesia, to chyba znajdę jego adres i sukinsyna zabiję!” - mówił w dokumentalnym filmie „Hype! – zadyma” Eddie Vedder. Kariera jego grupy również doszła w pewnym momencie do martwego punktu, gdy okazało się, że trudno zachować wiarygodność osobistych tekstów pisanych dla ścisłej grupy fanów, gdy opłaca się je śpiewać już tylko na stadionach.

W takich sytuacjach za plecami gwiazd grunge’u pojawiali się ich mentorzy. Neil Young, rockman, który przeżył już popularnością kilka generacji młodszych od siebie muzyków i zmieniających się gatunków, był wzorem dla Veddera i Cobaina. Ten ostatni w liście pożegnalnym zacytował słynną linijkę tekstu „Better to burn out than fade away” Younga („Lepiej szybko spłonąć, niż blaknąć powoli”). Kanadyjski bard poświęcił później płytę „Sleeps With Angels” zmarłemu liderowi Nirvany, a z grupą Pearl Jam koncertował i nagrał album „Mirror Ball”.  Bliskie kontakty z grungeem – jako inspiracja i przyjaciel - miał również Michael Stipe z R.E.M. Muzycy z Seattle nie przeżywali rozterek ze sławą jako pierwsi, ale były one wyjątkowo silne u ludzi wychowanych na punku, ideałach sceny każącej budować własny, niezależny obieg. Poza tym początek lat 90. błyskawicznie wypalał ich twórczo.

Co po nas zostanie? 

To szybkie artystyczne spalanie się artystów z Seattle miało swoje dobre efekty. Zmianom uległa MTV, otwierając się na promocję muzyki alternatywnej. Duże koncerny zaczęły poszukiwać wykonawców o bardziej niepokornym, oryginalnym charakterze, a małe wytwórnie umocniły się w przekonaniu, że z takiej muzyki również można żyć. Co więcej, doświadczenia z dotarciem do poszczególnych nisz mogą się okazać coraz cenniejsze. Sub Pop w ciągu kilku lat przeobraził się w firmę o bardzo szerokiej ofercie wydawniczej i z powodzeniem do dziś proponuje światu debiutantów z zupełnie innej półki niż Nirvana czy Mudhoney, zespoły elektroniczne czy folkowe.

Jeśli więc grunge coś po sobie pozostawił, to pewnie bardziej nową ekonomię rynku płytowego niż nową estetykę. Muzyka grup z Seattle była z pewnością błyskotliwa i żywiołowa, ale wtórna wobec rocka poprzednich dekad. Jednak przemysł, który ją otaczał, oznaczał zupełnie nowe zjawisko i zmianę upodobań publiczności. Odczuwamy te zmiany do dziś.

Na resztę można patrzeć w tej chwili z czysto historycznej perspektywy. Stroje? Image? To były mity, w dodatku wydumane i wyśmiane ostatecznie w dokumencie „Hype!”, z którego wiemy, że flanelowe koszule w kratę to w Seattle typowy strój roboczy okolicznych drwali, a kalesony nosiło się w tym mieście od zawsze, bo zwyczajnie bywało tam zimno.

A Pokolenie X? Owszem, muzycy z Seattle pasowali do tego obrazu, dość mocno zresztą korespondującego ze współczesnym. Podobnie jak dzisiejsi prekariusze, nie załapali się na 15 minut, które przypadło wcześniej dorobkiewiczom pracującym dla nowych korporacji, rozwijających się w okresie prosperity. Bo te 15 minut skończyło się w okolicach Czarnego Poniedziałku na amerykańskiej giełdzie, w roku 1987.

Pokolenie X – według jego kronikarza Douglasa Couplanda – miało stanowić zaprzeczenie poprzedniej generacji. Nie wierzyć w sukces i dobra materialne, do zarabiania pieniędzy odnosić się z niechęcią, a nawet odrazą, koncentrować na hobby. Muzyka była więc dla nich doskonałym wyborem. Przynajmniej tak długo, jak pozostawała tylko hobby. 

***

Kanon sceny Seattle

Mudhoney „Superfuzz Bigmuff” (Sub Pop 1988)
Nirvana „Nevermind” (Geffen 1991)
Pearl Jam „Ten” (Epic 1991)
Soundgarden „Badmotorfinger” (A&M 1991)
Mother Love Bone „Mother Love Bone” (Polydor 1992)

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj