Sztuczki
Wszystko widać i wszystko słychać.

O filmie Andrzeja Jakimowskiego pisaliśmy po festiwalu w Gdyni, gdzie zasłużenie zdobył najważniejszą nagrodę, czyli Złote Lwy. Teraz „Sztuczki” wchodzą na ekrany naszych kin, więc tylko krótko przypomnę, dlaczego ten film trzeba zobaczyć. Po pierwsze, ze względu na osobę reżysera, laureata Paszportu „Polityki” (i wielu innych nagród), dla którego jest to drugi film. Drugi i lepszy od pierwszego („Zmruż oczy”), co w polskim kinie niemalże się nie zdarza. Podobnie jak w debiucie reżyser opowiada tu realistyczną, ale nie pozbawioną fantazji historię z happy endem – nie jest to jednak szczęśliwe zakończenie w rozpowszechnionym stylu komedii romantycznej.

Główny bohater „Sztuczek”, sześcioletni chłopiec (świetny Damian Ul), pragnie odzyskać ojca i plan swój realizuje krok po kroku, stosując niewinne sztuczki: wierzy bowiem, że los da się odmienić, trzeba jedynie mocno tego pragnąć i nigdy nie tracić wiary. Niby nic wielkiego, a jednak opowieść wzrusza; od dawna nie widzieliśmy tak ciepłego polskiego filmu. Na uwagę zasługują aktorzy, i to zarówno niezawodowi, jak i profesjonaliści, Tomasz Sapryk w roli ojca i Joanna Liszowska, świetnie ogrywająca swój medialny wizerunek krajowej seksbomby.

Na koniec, a właściwie od tego należałoby zacząć, jest to film bardzo dobrze zrobiony w najmniejszym detalu. Każda scena trwa tyle, ile powinna trwać, każdy wątek jest doprowadzony do logicznego zwieńczenia, a ponadto wszystko widać i wszystko słychać, co jak na polskie standardy jest osiągnięciem rekordowym.

   

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj