Kochanek Lady Chatterley
Było o co kruszyć kopie?

Słynna, wielokrotnie filmowana powieść Davida Herberta Lawrence’a „Kochanek Lady Chatterley” jeszcze pół wieku temu znajdowała się w czołówce książek ściganych przez cenzorów. Dziś jej wyzwolony erotyzm raczej śmieszy, a śmiała jak na swój czas (pierwsze wydanie książki ukazało się w 1928 r.) pochwała sił natury i piękna zmysłowej miłości chyba nie jest w stanie już nikogo zgorszyć. Po cóż więc ponownie ją ekranizować?

Z filmu Pascal Ferran niespecjalnie wynika, że istotnie było o co kruszyć kopie, niemniej starsze pokolenie pamiętające dreszczyk emocji przy czytaniu dawnego owocu zakazanego może jakąś przyjemność dla siebie znajdzie. Autorka podeszła do adaptacji niesłychanie starannie, próbując nadać jej ramy nowoczesnej moralnej przypowiastki w stylu Erica Rohmera. Trwająca 140 minut fabuła została podzielona na kilka rozdziałów. W każdym głos narratora informuje, co ważnego dzieje się w głowach niezaspokojonej seksualnie arystokratki (Marina Hands), jej sparaliżowanego od pasa w dół męża (Hippolyte Girardot) i jej kochanka – szorstkiego, niezdeprawowanego przez społeczeństwo gajowego (Jean-Louis Coullo’ch).

Na finezyjne dialogi nie można liczyć. Pozostaje skromny, utrzymany w realistycznej konwencji obraz i obserwacja porywów serc, a raczej ciał pary oddającej się na łonie przyrody uprawianiu miłości na różne sposoby. Co zaskakuje najbardziej, to subtelne zarysowanie rodzącej się więzi emocjonalnej między bohaterami, zbliżające, niestety, filmową opowieść do staroświeckiego melodramatu. W taki sposób klasyk zbuntowanej, skandalizującej literatury został sprowadzony do telewizyjnego wymiaru.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj