Elegia
Czytelnicy wyrafinowanej prozy Rotha będą zawiedzeni.

Ekranizacja głośnej bestsellerowej powieści Philipa Rotha „Konające zwierzę” dokonana przez znakomitą hiszpańską reżyserkę Isabel Coixet dowodzi kolejny raz, że świetna proza jest nieprzekładalna na kino. To znaczy, owszem, daje się sfilmować, tylko efekt jest tak odległy od pierwowzoru, że głowa boli. „Seks to zemsta na śmierci” – takie jest mniej więcej motto prowokacyjnej książki Rotha, będącej studium namiętności wbrew nieubłaganym prawom natury.

To gorzka, ekshibicjonistyczna literatura obnażająca męską psychikę opętaną w równym stopniu pożądaniem, co świadomością nieuchronnie zbliżającej się śmierci. Opowieść o siedemdziesięciolatku broniącym się przed obumieraniem ciała za pomocą gry zmysłów. W „Elegii” ten wątek wypada groteskowo. Grany przez Bena Kingsleya uniwersytecki profesor, przez którego łóżko przewinęły się setki studentek, pozostaje żałosnym, budzącym raczej litość, a nie erotyczną ciekawość mężczyzną. Bez charyzmy, bez wdzięku, bez seksapilu.

Trudno zrozumieć, dlaczego ofiara jego kawiarnianych podbojów, dwudziestotrzyletnia kubańska emigrantka (Penelope Cruz) w ogóle zwraca na niego uwagę i w końcu mu ulega. Ich relacja miłosna pozostaje wyłącznie w sferze życzeniowej autorki filmu, chemii między bohaterami nie ma żadnej. A tragiczny, poruszający finał, mocno wybrzmiewający na papierze, na ekranie wygląda gorzej niż trywialnie, po prostu kiczowato, niczym w pospolitym melodramacie. Broni się tylko piękny biust Penelopy, na który patrzy się z autentycznym podziwem. Może przesadzam, ale jako czytelnik wyrafinowanej, obrazoburczej prozy Rotha niestety mam prawo czuć się zawiedziony.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj