Po festiwalu filmowym w Gdyni
Lwy na plaży
Po poprzednim festiwalu zapanowały nastroje wręcz euforyczne, wydawać się mogło, że nasze kino to już potęga. W tym roku wszystko wróciło do normy.

Czy w konkursie głównym musiało się znaleźć aż 20 tytułów, skoro były w tej stawce filmy wybitnie nieudane, w tym niemal wszystkie komedie, niby-komedie i obyczajowe kawałki telenowelowej proweniencji? Aż strach pomyśleć, co oglądali w tym czasie widzowie wybierający tytuły, które do konkursu nie zostały dopuszczone, prezentowane w cyklu „Panorama polskiego kina”...

Znęcanie się nad polskim kinem jest jednak zajęciem zbyt łatwym i próżnym, poszukajmy zatem jakichś plusów. W zeszłym roku udanie zaatakowały późne trzydziestolatki, którym zawdzięczaliśmy m.in. „Rewers” (Borys Lankosz). Tym razem filmów na takim poziomie zabrakło, natomiast trwający od kilku sezonów mecz młodych ze starymi zakończył się remisem, główną nagrodę, Złote Lwy, zgarnął bowiem przedstawiciel średniego pokolenia, Jan Kidawa-Błoński.  Honoru seniorów bronił Janusz Majewski, którego „Mała matura 1947” została wyróżniona Nagrodą Specjalną Jury.

Tuż za nim uplasował się zdobywca Srebrnych Lwów Marcin Wrona (ur. 1973 r.). Jego nazwisko warto zresztą zapamiętać. To ubiegłoroczny debiutant („Moja krew”), nagrodzony w tym roku za „Chrzest”. To się u nas zdarza niezmiernie rzadko, by początkujący reżyser tak szybko nakręcił drugi film, a już zwłaszcza – lepszy od pierwszego. „Chrzest” to przykład kina mocnego, chwilami bardzo brutalnego, w amerykańskim stylu (to chyba komplement?).

W tym roku nagrodę za najlepszy debiut dostał Marek Lechki, autor filmu „Erratum” (uhonorowanego także nagrodą dziennikarzy). Łzy na ekranie nie robią wrażenia. Chyba, że jest to jedna łza, tym bardziej, kiedy pojawia się na policzku prawdziwego mężczyzny, granego w dodatku przez postawnego aktora Tomasza Kota.

Z wydarzeń pozakonkursowych spore poruszenie wywołała informacja, iż firma Gutek Film rezygnuje z dystrybucji filmu Ewy Stankiewicz „Nie opuszczaj mnie”, ponieważ jest ona współautorką głośnego dokumentu „Solidarni 2010”. Wkrótce ukazały się wyjaśnienia, że nie było żadnej umowy, a tylko list intencyjny i że producenci filmu dowiedzieli się o decyzji Gutka trzy tygodnie przed festiwalem. Tymczasem sam film Stankiewicz niezbyt się w Gdyni podobał. Debiutująca w długim metrażu reżyserka zbyt wiele chciała opowiedzieć. Jest tu historia dziennikarki tracącej matkę, równolegle toczy się wątek zakonnika, który utracił wiarę, i jeszcze parę innych opowieści i bohaterów. Największe wrażenie robią sceny dziejące się na oddziale chorych na raka (bezduszność personelu, brak krwi, cierpienie konających), niestety, całość została opowiedziana w histerycznej, chwilami nieznośnej manierze, niszczącej w rezultacie to, co mogłoby widza poruszyć.

***

To jest fragment artykułu, który w całości znajdzie się w 22. numerze "Polityki", dostępnym w kioskach (wyjątkowo) od wtorku, 1 czerwca 2010.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj