szukaj
Fragment książki "Dom Róży/Krỳsuvik"


Każdy ma drugi dom, zaraz po tym jak opuści ten pierwszy. Domy, w których mieszkamy pomiędzy wyjściem a powrotem, są różne. Szczęśliwe, straszne, zimne, bez wyrazu, bezduszne, szare. Niektórzy wracają do domu wcześniej. Umierają za młodu, popełniają samobójstwo, giną w wypadku albo znikają jak dym z papierosa, ulatniają się w powietrzu. Są tacy, którzy nie chcą wracać. Całe życie coś gromadzą wokół siebie. Dzieci, drogocenne przedmioty, pieniądze... Martwią się potem, co z tym wszystkim będzie, co się stanie z dziećmi i z rzeczami. Najmniej jest tych, którzy są zawsze przygotowani i mogą wracać na każde zawołanie, nie szkoda im albo tylko trochę szkoda. Większość boi się, zapomina, nie chce pamiętać, a kiedy przyjdzie czas, płacze. Dobrze, kiedy mają przed kim. Wielu odchodzi samotnie, w małych, śmierdzących, ciemnych pokoikach. Na wąskich łóżkach posłanych bordowymi kocami, trzymając w dłoni nie gromnicę, a przycisk, wiedząc, że i tak nikt nie przyjdzie albo zjawi się za kilkanaście minut tylko po to, aby, nie wchodząc do pokoju, przycisnąć drugi guzik na drzwiach. Ot, załatwić sprawę dla spokoju sumienia, że jednak się coś zrobiło, odebrało wiadomość. Nad ranem pojawi się lekarz i stwierdzi zgon. Przyjdą pielęgniarki, pielęgniarze, pomocnicy, pomocnice. Umyją najtańszym mydłem, ogolą kamienną twarz, podczeszą albo uszminkują, ubiorą w odświętny garnitur lub ciemną sukienkę i założą buty, w których mało chodziłaś, chodziłeś, na koniec rzucą współczującym, ciepłym spojrzeniem i wywiozą cię do kaplicy, i będziesz tam leżał człowieku, aż pozałatwiają resztę formalności. Potem cię pogrzebią albo spalą. I wrócisz do domu.

Jest miasto. Miasto całkiem nowe, choć mówią, że stare. Tego z pewnością nie można stwierdzić po zabytkach. Niedawno Duńczycy oddali wiekowe księgi, właśnie z nich wynika, że liczy ponad tysiąc lat, to jedyny dowód, bo wokół bloki, nowe betonowe domy, szerokie ulice, nic szczególnego, obrazek jakby żywcem przeniesiony z mojego kraju, z miasteczka, w którym się urodziłem. Bloki, wszędzie nowe bloki, blokowi ludzie, blokowe zwierzęta, blokowe myśli. Swojsko się poczułem, niemal jak w domu, zamknięty przez kilkanaście lat na 37 metrach kwadratowych. Nerwica układania, przekładania, ukrywania, ciągłego sprzątania, słuchania, nasłuchiwania, wysłuchiwania cudzych głośnych myśli długo nie opuszczała mojej głowy. A teraz jestem tu, na dalekiej północy, a jakbym wcale się nie ruszył. Ciekawość. Powołanie. Udręka. Błogosławieństwo.

Sam nie wiem, co mnie tu przywiodło. Może jednak ciekawość, to ona jest napędem. Potem ciekawość stała się powołaniem, powołanie udręką, a udręka błogosławieństwem. Po latach chyba tak mogę sobie wytłumaczyć swój wyjazd na wyspę.

Nad miastem wznosi się masyw górski, wyrasta prosto z oceanu. Widzę go z okien sypialni. Często zmienia kolory. Bywa czerwony, niebieski, zielony, żółtawy, biały w śniegu, szary jesienią i znika z oczu na kilka miesięcy, kiedy Islandię dopadają ciemności. W mieście są ludzie, ale prawie ich nie widać, bo siedzą albo w pracy, albo w domach, albo w ciepłych samochodach. Nie chodzą po ulicach, ja chodzę, to mi jeszcze zostało w spadku po innej epoce. Wtedy chodziliśmy dużo na nogach, ja czasami próbowałem na głowie. Tak rodzi się ciekawość. Mówili, nie chodzi nogami po ziemi, chodzi na głowie, co z niego będzie, on żyje w jakimś swoim świecie. Boga się nie boi. No, kiedy założy dom, kiedy założy rodzinę, kiedy się uspokoi i zacznie żyć normalnie, to zobaczymy.

Zbuduję dom. Założę rodzinę. Znajdę pracę. Tak trzeba. Tak się żyje. Jak tu nie mieć domu, kiedy każdy go ma? Jak nie mieć rodziny, kiedy chce się mieć dzieci? Jak kupować i płacić, kiedy się nie ma pracy? Znalazłem kobietę. Siedziała zapłakana przy pomniku Sun Voyager, patrzyła na Esję, góry były wtedy niebieskawe, pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Spacerowałem w okolicach starego portu. Przysiadłem się. Od tamtej chwili jesteśmy razem. Urodziła nam syna. To nasza cząstka, która pozostanie dłużej niż my na Ziemi. Nam przyjdzie kiedyś wracać. Buduję dom. To czasem trwa całe życie. 

W mieście jest wielu starców. Rodziny dbają, czyli robią wszystko, aby zapomnieć, że ktoś czeka jak małe dziecko. Państwo dba, aby ubezwłasnowolnić jeszcze silących się na wolność, aby nikt nie zadawał niejasnych pytań w sklepach, urzędach.

Znalazłem pracę. W domu starców. Było duże, tłustą czcionką wydrukowane ogłoszenie w gazecie. Potrzebowali energicznych, uczciwych, punktualnych, szczerych, pracowitych, cierpliwych, oddanych, kochających ludzi. Czytając, pomyślałem, zwariowali, doprawdy zwariowali do końca. Ludzi szukają do pracy czy półbogów? Tam, gdzie stoi duży basen i schronisko młodzieżowe, i kompleks sportowy, i najwyższy blok w Reykjavíku, jest dom, ogromny dom starców. Można podjechać żółtą czwórką. Do domu prowadzi chodnik, a obok jest wielki parking, za parkingiem stoi pomnik żeglarza, czy kogoś podobnego związanego z morzem. Tutaj wszyscy są związani z morzem, czy chcą, czy nie. Nie powinni tyle tych pomników stawiać albo niech wystawią każdemu. Żyć na wyspie, to związać się z szarą wodą i patrzeć na fale, i tęsknić . Żyć na wyspie, to akceptować więzienie, a zarazem mieć spokój z dala od zgiełku Europy.

Mijam pomnik, po lewej schody i podjazd dla wózków inwalidzkich. Oszklone drzwi. Otwieram. W nozdrza uderza zapach ludzkiego moczu. Przede mną mały kiosk, w nim kobieta upiornie umalowana, rosyjska prostytutka, pomyślałem przez chwilę. Ale to bzdura, kompletna bzdura, skąd tutaj rosyjska prostytutka, w sklepiku,  w domu starców, gdzieś na końcu świata sprzedaje batoniki, pianki do golenia, gazety, szampony i losy na loterię. Co może taki staruszek zrobić z milionem koron... Podszedłem do sprzedawczyni, okazała się Islandką, choć w głębi serca liczyłem, że przemówi do mnie w pokrewnym języku. Włosy marnie pofarbowane na jasny blond i powieki zamienione w kiczowaty błękit nieba, malinowa szminka. Przemówiła, odpowiedziała na pytanie, skierowała prostą drogą do przełożonej pielęgniarek.

Zgubiłem się. Pomyliłem wejścia, pomyliłem wyjścia, pomyliłem piętra, pomyliłem windy, pomyliłem oddziały. Może następne drzwi, które otworzę, będą drzwiami wyjściowymi, może los zechce mnie wyrzucić z tego miejsca na ulicę, prosto na przystanek autobusowy, może wreszcie otrząsnę się z tych oparów uryny. Nic z tego, dalej krążę i szukam. Widzę, że nie jestem sam w tym zagubieniu, co jakiś czas wpadam na dziadka albo babcię, siwowłosego staruszka z laseczką w spodniach wyprasowanych na kant, w niemodnej, przymałej marynarce ze złotym sygnetem na środkowym palcu, który pyta mnie o drogę na basen albo do kaplicy, albo na tenis stołowy. Biedni, też się zgubili. Odpowiadam, że jestem tu pierwszy raz, że szukam biura przełożonej pielęgniarek, że sam się zgubiłem. Patrzą na mnie z niedowierzaniem, myślą, że znowu ktoś chce ich oszukać, że ich tak specjalnie wypuścili, aby sobie trochę pochodzili w kółko, że to ciuciubabka, że w budynku tak naprawdę nie ma basenu, nie ma stołu do tenisa. Nie mam już sił, to mnie przerasta, ponoć jestem normalny, nie gubiłem się w Krakowie czy Wrocławiu. Jeśli nie mogę sobie poradzić, to co z nimi, co to za piekło? A gdzie są pracownicy? Jeszcze do tej pory nikogo nie spotkałem. Znalazłem krzesło. Usiadłem na wprost windy. Pomyślałem sobie, że jak przestanę krążyć i się uspokoję, odsiedzę, to ktoś wreszcie wyjdzie zza zielonych drzwi, ktoś kogo będę mógł spytać o drogę, ktoś kto mnie może zaprowadzi to przełożonej albo po prostu wyprowadzi z tego statku kosmicznego.

Otworzyły się drzwi. Pusto. Nikt nie wyszedł ze środka. Czekać, aż znowu zjedzie i wróci, czy wsiadać. Może na parter, tak, na parter. Na parterze było biało i pachniało maglem, dobrze znany zapach, zapach bloku numer 5 na moim osiedlu. Tam był magiel, tam spotykały się kobiety, miały ze sobą kosze wypełnione praniem. Pościelą, firankami, zasłonami, obrusami. Widzę pracujące skośnookie dziewczyny, pewnie Filipinki, ludzie, nareszcie ludzie, może mi powiedzą, w którą stronę mam iść... Zapukałem do drzwi. Wejść. Usłyszałem z głębi. Mierzyła mnie przez bardzo silne soczewki, a potem zapytała, czy też jestem homoseksualistą. Też, co to znaczy też? Zauważyła zdziwienie na mojej twarzy, zaczęła się tłumaczyć, że nic nie ma przeciwko, tylko czasami trudno się z nami pracuje, że nie możemy być razem na tym samym oddziale, bo się kłócimy i jesteśmy zazdrośni, że wszyscy, którzy tu pracują, to cioty, właśnie z tego powodu zapytała mnie, czy ja też może... Po kilku minutach monologu na temat mniejszości seksualnych i ich zachowań wreszcie zrozumiała, że robi z siebie wariatkę. Kazała wypełnić papiery, pytała o te same cechy, o które pytano w ogłoszeniu. Tak, ja tak, jestem, oczywiście i tak dalej.

Zaprowadziła mnie do sekretariatu, poinformowała po drodze, że jestem przyjęty na trzymiesięczny okres próbny, jak się spodoba i będę chciał dalej pracować, to znajdą mi stały oddział, a teraz będą mnie rzucać każdego dnia gdzie indziej, abym się wprawił i poznał budynek. Życia nie starczy na poznanie tego molocha, pomyślałem. Zrobili mi zdjęcie i wystawili kartę identyfikacyjną, dali uniform, niebieską piżamkę, wręczyli klucz do szafki. Kazali się podpisać i uścisnęli dłoń, mówiąc przy tym „witamy w pracy”. Gdy odchodziłem, przełożona z dumą podkreśliła, że karta, którą dostałem, upoważnia mnie nie tylko do chodzenia po statku kosmicznym, ale mogę również na nią robić zakupy w tutejszej hurtowni spożywczej. To wspaniałe, pomyślałem, zawsze marzyłem o tym, żeby kupić 20 kilogramów suszonych pomidorów albo 100 kilo proszku do prania. Potem dodała, że zeszyt z rozpisanymi zmianami leży przy głównym wejściu, obok telefonu, tam każdego ranka znajdę swoje nazwisko i informację, na którym oddziale będę danego dnia pracował.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj