Eddy Clearwater ma sposób na starzenie
Czarnoskóry bluesman, indiański wódz.

Eddy Clearwater (prawdziwe nazwisko Harrington) nagrywa płyty od blisko trzydziestu lat. Ten czarnoskóry chicagowski bluesman, pozujący na indiańskiego wodza, właśnie wydał swój najnowszy album „West Side Strut”. Mogłoby się wydawać, że po tylu latach działalności artysta „zjada własny ogon” i proponuje publiczności odgrzewaną wersję tego, co wszyscy od dawna już znają. W pewnym sensie jest to, jak kochają mówić nasi politycy, twierdzenie uprawnione.

Ale w przypadku Clearwatera bardziej mamy do czynienia z konsekwencją w działaniu niż z kopiowaniem siebie samego. Mimo skończonych siedemdziesięciu lat, Eddy daje ognia zarówno jako gitarzysta, jak i wokalista. I dynamiczne kawałki, jak choćby otwierający płytę „A Good Leavin’ Alone”, jak i bluesowe ballady (np. „Trouble, Trouble”) są najwyższej klasy.

Na płycie nie ma „zapychaczy”, każdy utwór zasługuje na uwagę i słowa uznania. Nie wiem, na czym to polega, ale blues i rock mają moc podtrzymywania w ludziach młodości i godnej pozazdroszczenia energii. Czyżby ogromna liczba zgorzkniałych i narzekających obywateli Polski wynikała z popularności disco polo i popłuczyn po zachodnim popie?

Eddy „The Chief" Clearwater, West Side Strut, Alligator 2008

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj