Jak się zmieniała praca w redakcji POLITYKI

Sześćdziesięciolatka
Doświadczona i stateczna, ale idąca z duchem czasu jubilatka nie wstydzi się przyznać do swojego wieku. Wręcz przeciwnie, wszem i wobec ogłasza, że za parę dni (27 lutego) kończy 60 lat, i nerwowo szykuje się na nadchodzącą rocznicę.
Cotygodniowe zebranie w sekretariacie. Oceniamy numer, który właśnie wyszedł, i planujemy szczegóły następnego. Tutaj redaktor naczelny Jerzy Baczyński rzuca propozycję kolejnej okładki: może coś z Trumpem? Zastępca szefa Mariusz Janicki zdecydowanie popiera. Reszta popadła w zadumę. Ta reszta to (od lewej): Artur Podgórski, Olga Jędrzejczak, Malwina Dziedzic i (od prawej) Jacek Kowalczyk, Jacek Poprzeczko, Witold Pawłowski.
Tadeusz Późniak/Polityka

Cotygodniowe zebranie w sekretariacie. Oceniamy numer, który właśnie wyszedł, i planujemy szczegóły następnego. Tutaj redaktor naczelny Jerzy Baczyński rzuca propozycję kolejnej okładki: może coś z Trumpem? Zastępca szefa Mariusz Janicki zdecydowanie popiera. Reszta popadła w zadumę. Ta reszta to (od lewej): Artur Podgórski, Olga Jędrzejczak, Malwina Dziedzic i (od prawej) Jacek Kowalczyk, Jacek Poprzeczko, Witold Pawłowski.

Wtorkowe zebranie zespołu POLITYKI ma swoją tradycję sięgającą jeszcze lat 50. XX wieku.
Tadeusz Późniak/Polityka

Wtorkowe zebranie zespołu POLITYKI ma swoją tradycję sięgającą jeszcze lat 50. XX wieku.

Marian Turski
Leszek Zych/Polityka

Marian Turski

Z wizytą w dziale kultury
Leszek Zych/Polityka

Z wizytą w dziale kultury

Dział społeczny POLITYKI
Leszek Zych/Polityka

Dział społeczny POLITYKI

Daniel Passent
Tadeusz Późniak, Leszek Zych/Polityka

Daniel Passent

Dział fotoedycji
Leszek Zych/Polityka

Dział fotoedycji

Graficy POLITYKI
Leszek Zych/Polityka

Graficy POLITYKI

Nasza redakcyjna restauracja. Wbrew krążącym po kraju legendom ośmiorniczek nie podajemy.
Leszek Zych/Polityka

Nasza redakcyjna restauracja. Wbrew krążącym po kraju legendom ośmiorniczek nie podajemy.

Ci, którzy nas wydają i promują, czyli sprawiają, że wszyscy o nas wiedzą...
Tadeusz Późniak, Leszek Zych/Polityka

Ci, którzy nas wydają i promują, czyli sprawiają, że wszyscy o nas wiedzą...

Biuro Reklamy, czyli ci, którzy dbają o wpływy do budżetu
Polityka

Biuro Reklamy, czyli ci, którzy dbają o wpływy do budżetu

Dyrektor Jadwiga Kucharczyk, która pilnuje byśmy za dużo nie wydawali, i Ewa Gronostajska, szefowa sekretariatu naczelnego, która wszystko wie.
Leszek Zych/Polityka

Dyrektor Jadwiga Kucharczyk, która pilnuje byśmy za dużo nie wydawali, i Ewa Gronostajska, szefowa sekretariatu naczelnego, która wszystko wie.

Nasze okno na nowoczesny świat, czyli redakcja polityki.pl
Leszek Zych/Polityka

Nasze okno na nowoczesny świat, czyli redakcja polityki.pl

Nasz socjal - owoce na każdym piętrze. Kiedyś były banany, ale dziś trzymamy z polskimi rolnikami. Tutaj na jabłka zaprasza Beata Kawalec z recepcji.
Leszek Zych/Polityka

Nasz socjal - owoce na każdym piętrze. Kiedyś były banany, ale dziś trzymamy z polskimi rolnikami. Tutaj na jabłka zaprasza Beata Kawalec z recepcji.

Marta Mazuś, autorka, czyli wnuczka jubilatki

Marta Mazuś, autorka, czyli wnuczka jubilatki

Jak zwykle wiele pilnych spraw jest do załatwienia. Czy goście na przyjęcie potwierdzeni? Czy w ramach zakąski podać im ośmiorniczki, czy raczej śledzia w oleju? Czy w harmonogramie dni otwartych otwarcie powinno nastąpić o 9, czy raczej o 10 rano?

Do tego oczywiście jest też bieżąca robota. Kolumny niesczytane. Co to ma być za zdjęcie? Ten tekst jest niedrukowalny. Czy mamy coś na podmianę? A tak w ogóle, to gdzie autor? Niech się pofatyguje do sekretariatu.

Jakby tego było mało, przyczepiła się jeszcze do sześćdziesięciolatki młoda. Właściwie wnuczka. Łazi za nią i wypytuje. Jak się pracowało 60 lat temu? Którą swoją siedzibę najmilej wspomina? Które wydarzenie z historii własnej najbardziej zapadło jej w pamięć?

A sześćdziesięciolatkę wcale nie tak łatwo namówić na wspomnienia. Wykręca się, jak może: „Dzisiaj już nie. Może jutro?”; „Ja nic ciekawego nie pamiętam”; „A ile to potrwa? Pół godziny? O Jezu…”. Młode nie ustępuje, wierci dziurę w brzuchu. No dobrze, już dobrze, zgadza się, coś opowie w skrócie. W końcu też się kiedyś było młodym i zaczynało w tym fachu.

Wczesna młodość

W aurze odwilży popaździernikowej, niedługo po narodzinach, do jej pierwszej siedziby szło się przez pustynię Gobi. Tak w wąskim gronie pierwszych pracowników mówiono o placu Defilad. A więc przez plac, potem głównym wejściem do Pałacu Kultury, winda, 11. piętro, i już się było na miejscu.

Do miana redakcji dziennikarskiej było jej wtedy jeszcze dość daleko. W wysokich, przestronnych pokoiszczach lepiej czuli się towarzysze z nadania partyjnego, minister szkolnictwa wyższego i redaktor naczelny Stefan Żółkiewski, nazywany Hetmanem, Romana Granas czy Jerzy Putrament, ale młodsze pokolenie, które dołączyło niebawem – Jerzy Urban, Ryszard Kapuściński, Marian Turski, Daniel Passent – zapamiętało z tamtego miejsca i czasu raczej nastrój przytłoczenia.

Przemiany następowały szybko. Gdy zakończyły się roszady na stanowiskach kierowniczych, Hetmana Żółkiewskiego zastąpił były oficer WP i pracownik wydziału propagandy KC Mieczysław Rakowski, rok później zmieniła się również siedziba. Od 1959 r. „banda Rakowskiego”, bo tak na warszawskich salonach wówczas ją nazywano, urzędowała już pod adresem Al. Jerozolimskie 37 i zaczęła coraz bardziej się zżywać.

Nowy redaktor naczelny, oprócz oczywistych wtedy zobowiązań ideologiczno-klasowych, których notorycznie nie dopełniał, miał ambicje stworzenia tygodnika czującego ludzi. I nie można zaprzeczyć, nowa siedziba znacznie to ułatwiała. Bo codziennie rano, dzięki samemu tylko przejściu przez wejściową bramę, młodzi redaktorzy dotykali pulsu życia. Z paniami lekkich obyczajów, waluciarzami polującymi na dolary obcokrajowców i drobnymi pijaczkami dającymi tam ujście swoim fizjologicznym potrzebom znali się wszyscy z widzenia.

Dojrzewanie

Dojrzewająca do roli poważanego tygodnika opinii sześćdziesięciolatka zaczynała powoli nasiąkać zasadami i rytuałami związanymi z pracą. Formalnymi – jak wtorkowe zebrania zespołu przy długim stole w pokoju naczelnego, które umilała wysoka konsumpcja alkoholowo-tytoniowa. Oraz tymi mniej formalnymi – jak zasada, że z zagranicznej podróży zawsze trzeba było przywieźć butelkę, którą zespół degustował wspólnie, albo zwyczaj, że ranki spędzało się nad przeglądem gazet oraz kawą plujką, natomiast wieczory bardzo często w zaprzyjaźnionym Studenckim Teatrze Satyryków.

Awans do rangi pisma wysokonakładowego spotkał sześćdziesięciolatkę dość szybko. Publikacja zeznań Adolfa Eichmanna, zbrodniarza hitlerowskiego, które w wyniku sprzyjającego splotu okoliczności trafiły w ręce Daniela Passenta, na początku lat 60. wywindowała sprzedaż do ponad 100 tys. egzemplarzy.

Taki sukces trzeba było utrzymać. Płynąca na dobrej fali banda jak nigdy trzymała się razem. Dla czytelników wymyślała kolejne akcje społeczne – „Obywatele, nie jąkać się” w sprawie nieznajomości języków obcych czy „Pamiętniki inżynierów” – a sama, prywatnie, brylowała na salonach. W swojej siedzibie w Alejach organizowała sylwestrowe bale, przekonując się, że w pokoju naczelnego może tańczyć nawet 50 par, razem spędzała weekendy za miastem, wakacje na Mazurach, razem wychowywała swoje dzieci i pomagała sobie, gdy komuś zepsuło się cenne, acz rzadkie dobro, czyli samochód.

Ale prawda jest też taka, że w codziennym roboczym mozole mieliby dość ciężko, gdyby nie pomoc cichych bohaterów. Nikt z taką werwą nie załatwiał spraw na mieście jak kierowca Ryszard Dacko, były więzień Auschwitz, który paradoksalnie pobyt tam sobie chwalił, bo spędził go w obozowej straży pożarnej. Służbowym samochodem, fiatem lub warszawą, tu pamięć sześćdziesięciolatki trochę szwankuje, woził kolumny gazety, najpierw do cenzury, a potem do drukarni, bo taka kolejność wtedy obowiązywała.

Oprócz sukcesów były jednak w tamtym czasie również momenty trudne. Oskarżona w 1968 r. o bycie zamaskowaną syjonistyczną agentką sześćdziesięciolatka ostatecznie uniknęła rozwiązania zespołu, choć pojedyncze osoby odeszły. Ale potem, pod koniec lat 70., znowu musiała się bronić przed wzmożonymi atakami cenzury. Rozdwojenie między lojalnością wobec partii, na czele której stał już wtedy Gierek, a lojalnością wobec czytelników było coraz bardziej męczące dla sześćdziesięciolatki, która w obliczu rozwoju drugiego, kontrkulturowego obiegu, zaczęła tracić na wiarygodności. Ale moment największego kryzysu i tak miał dopiero nadejść.

Kryzys wieku średniego

W obliczu wprowadzenia stanu wojennego sześćdziesięciolatka, mimo swojego wciąż dość młodego wieku, musiała w przyspieszonym tempie stać się nad wyraz dojrzała. Całkiem spory już zespół, złożony z uznanych piór i talentów redaktorskich, takich jak Passent, Turski, Urban, Wróblewski, Krall, Wesołowska, Fikus, Szeliga, Radgowski czy Kałużyński, coraz bardziej był podzielony stosunkiem do Solidarności i do tego, jak powinna wyglądać najbliższa przyszłość. Do tego podejrzenia o obecność agenta. I jeszcze Rakowski dostał od Jaruzelskiego propozycję stanowiska wicepremiera w rządzie.

W 1981 r. dwie grudniowe zbiorowe narady, w domach u Wróblewskiego oraz Passenta, przyniosły ostateczne rozwiązanie. Z zespołu odeszło 14 osób, a na stanowisku redaktora naczelnego Rakowskiego, po ponad 20 latach, zastąpił Jan Bijak. Sześćdziesięciolatka z tamtego okresu zapamiętała marazm, brak motywacji i ogólne osłabienie. Musiała się jednak podnieść. Po dwumiesięcznej przerwie tygodnik znów zaczął się ukazywać.

Ci, którzy odeszli, na swoje miejsce zarekomendowali nowych. Nowi, dumni, że zdobyli względy sześćdziesięciolatki, choć w środowisku dziennikarskim, z powodu zadania się z nią, różnie traktowani, liczyli, że z czasem znów będzie można poczuć dawnego ducha wspólnoty i towarzyskiego blichtru. Niektórzy, w miarę przysługujących kartek, zapraszali na przyjęcia do domu. Ale woli powrotu do regularnych ogólnozespołowych spotkań już raczej nie było. Było już inaczej. Inna była też siedziba. Sześćdziesięciolatka mieszkała przy ul. Dubois, na drugim piętrze budynku typu Lipsk koloru niebieskiego, sztandarowym wytworze socjalistycznej architektury.

Dojrzałość

Energii dodał jej jednak wreszcie początek nowego ustroju. Cały naród uczył się kapitalizmu, handlując z łóżek polowych cywilizacyjnymi dobrami, i wraz z całym narodem uczyła się kapitalizmu również sześćdziesięciolatka.

Wreszcie samodzielna, uwolniona spod kurateli partii, która wydała ją na świat, zlikwidowała motto z pierwszej strony „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!” i rozpoczęła pełną prób i błędów drogę do opłacalnej produkcji nowoczesnego pisma. Finanse, rachunkowość, wyglądające jak ogłoszenia pierwsze czarno-białe reklamy, podatki, konkurencja. Kto o tym cokolwiek wiedział? Dziennikarze ekonomiczni. Ówczesny szef działu ekonomicznego, a w końcu czwarty redaktor naczelny Jerzy Baczyński powoli wgryzał się w temat.

Zawiązała się spółdzielnia, której początkowe rozliczenia księgowe mieściły się w kilku tabelkach w małym zeszycie w kratkę. Pojawiły się nowe technologie druku, choć dowóz kolumn wciąż był bardzo tradycyjny – samochodem do Piły, bo tam mieściła się wtedy drukarnia, drogi były słabe, więc czasem dojazd trwał nawet osiem godzin. Rosła też konkurencja – kolorowy tygodnik „Wprost” z Poznania, „Gazeta Wyborcza”, gazety kobiece.

Powoli więc – żeby nie wystraszyć i nie zniechęcić czytelnika, którego, jak pokazywały pierwsze badania rynku, średnia wieku mieściła się w przedziale 35–49, czyli miał mniej więcej tyle lat, ile ówcześnie sześćdziesięciolatka – trzeba było również przenieść się do rzeczywistości w kolorze.

Z powodu zmiany formatu oraz szaty graficznej sześćdziesięciolatka nie była wcale jednoznacznie szczęśliwa. Rozumiała konieczność, ale jednocześnie trudno było porzucić jej dawne przyzwyczajenia. Przestać liczyć teksty w stronach, a zacząć w znakach, pisać krócej, martwić się o atrakcyjną graficznie okładkę, chociaż wcześniej nie było jej wcale, no i przede wszystkim zaakceptować komputer jako narzędzie pracy. Ale wysiłek się opłacił. Na tyle, że można się było wreszcie przenieść z kolejnej wynajętej siedziby – czwartego piętra budynku przy ul. Miedzianej – do pierwszej, i jak na razie ostatniej, siedziby własnej. Wybór padł na działkę z pustostanem w pobliżu placu Narutowicza, na warszawskiej Ochocie.

Budowa trwała trzy lata, do 2001 r., i nie była wolna od poważnych, technologicznych dylematów. Zastanawiano się np., czy do pracy z internetem nie wystarczyłby może jeden pokój, z trzema komputerami i zeszytem, w którym zapisywałoby się czas spędzony w sieci. Ostatecznie jednak sześćdziesięciolatka zaryzykowała i okablowała łączami cały budynek. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, stwierdza, że ryzyko się opłaciło.

Dzięki wysiłkom działu administracji przeprowadzka trwała krótko, zaledwie jeden weekend. Zachwyceni nowymi wnętrzami, a przede wszystkim szklaną windą, redaktorzy najpierw porównywali korzyści płynące z palenia, zupełnie inaczej odczuwane na drugim i na trzecim piętrze, jak relacjonował Jerzy Pilch w swoim felietonie pisanym już z nowej siedziby, a potem szybko zajęli się codzienną pracą, co skończyło się tym, że do dzisiaj niektóre kartony z rzeczami wciąż mają nierozpakowane.

Jubileusz

Jubileusz, jak to zwykle bywa, sprzyja podsumowaniom. Mimo słusznego wieku kondycja sześćdziesięciolatki na pewno przez niektórych jest do pozazdroszczenia. Jej rodzina jest spora – polityka.pl, POLITYKA INSIGHT, TOK FM, „Forum”, Paszporty POLITYKI, „Pomocnik Historyczny”, „Ja My Oni Poradnik Psychologiczny”, „Niezbędnik Inteligenta” – żeby wymienić z imienia chociaż niektórych jej członków. W sumie pracuje na nią ponad 100 najbliższych i 4 tys. dalszych lub nawet bardzo dalekich współpracowników.

Choć rozwój ma też swoje koszty. Przykładem choćby te pięć pięter w budynku. Kiedyś wszyscy byli na jednym, wszystkie drzwi były otwarte, wszyscy się znali z widzenia. A teraz trzeba się szukać, dzwonić do siebie, na zebrania zespołu zwoływać się przez megafon, dźwiękiem dzwoneczków meksykańskich, które redaktor naczelny przywiózł z odwiedzin u Daniela Passenta, wówczas dyplomaty, w Chile.

I dopiero taka okazja jak jubileusz sześćdziesięciolatki sprawia, że właśnie na potrzebę tego tekstu jeden z najstarszych pracowników z tym najmłodszym mieli okazję porozmawiać ze sobą dłużej po raz pierwszy w życiu.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną