Historia

Wygonieni z Galicji

Galicyjscy uchodźcy wielkiej wojny

Galicyjscy uchodźcy w obozie dla przesiedleńców Galicyjscy uchodźcy w obozie dla przesiedleńców Franz Hubmann/Imagno/AKG / BEW
W obawie przed Rosjanami, po wybuchu Wielkiej Wojny, w głąb monarchii habsburskiej z Galicji dobrowolnie wyjechały lub zostały do tego zmuszone setki tysięcy Polaków i Żydów. Przypadł im w udziale los uchodźców wojennych.
Żydowska rodzina w drodze na obczyznę, 1915 r.Austrian Archives/Imagno/AKG/BEW Żydowska rodzina w drodze na obczyznę, 1915 r.

Wojna Austro-Węgier z Rosją wybuchła 6 sierpnia 1914 r. i od razu przybrała dla monarchii habsburskiej niekorzystny obrót. Niecały miesiąc po jej rozpoczęciu wojska carskie zajęły stołeczny Lwów, a po kilku kolejnych tygodniach podeszły pod Kraków. Od rynku dzieliło je w linii prostej zaledwie 12 km. Jednak w wyniku kontruderzenia front cofnął się o ok. 80 km, w grudniu 1914 r. stabilizując się mniej więcej na wysokości Tarnowa i dalej na wschód wzdłuż linii Karpat. Przez kolejne miesiące, aż po maj 1915 r., ok. 80 proc. terytorium Galicji znajdowało się pod rosyjską okupacją.

Przed wkroczeniem Rosjan do Lwowa miasto opuściło ok. 40 tys. osób, czyli 16 proc. populacji. Z Krakowa do stycznia 1915 r. wyjechał co trzeci mieszkaniec. Pod koniec 1914 r. liczbę uchodźców galicyjskich przebywających we wszystkich prowincjach monarchii habsburskiej szacowano na ok. 650 tys.

Uchodźców z Galicji nie witano nad Dunajem z otwartymi rękoma. Rodowici wiedeńczycy uważali, że psują estetykę ich miasta, żyją na koszt publiczny jak włóczędzy. W listopadzie 1914 r. czasowo przebywający w austriackiej stolicy konsul Rzeszy we Lwowie Eduard Heine donosił swoim przełożonym w Berlinie: „Wszystkie znane osobistości ze swoimi orszakami są tutaj. Cała Galicja najechała Wiedeń i odcisnęła swoje piętno na obrazie ulicy: wszędzie widzi się i słyszy charakterystyczne polsko-żydowskie typy. (…) Hotele, kawiarnie, parki roją się od tych wschodnich postaci z ich damami”.

Poprawie wizerunku Polaków nie pomógł fakt, że przedstawiciele polskich elit siali defetyzm, głośno domagając się jesienią 1914 r. zawarcia natychmiastowego pokoju z Rosją i wyrażając swój pesymizm co do przyszłości monarchii naddunajskiej. Niektórzy wiedeńczycy wyraźnie mylili byłego cesarskiego namiestnika Galicji Michała Bobrzyńskiego z carskim gubernatorem okupowanego Lwowa Georgijem Aleksandrowiczem Bobrińskim, zarzucając Polakom zdradę. Miano do Polaków także żal, że na początku wojny w Królestwie Polskim nie wybuchło antyrosyjskie powstanie, co wszak obiecywał Józef Piłsudski i jego towarzysze z ruchu strzeleckiego. Działacz Naczelnego Komitetu Narodowego i konserwatywny polityk Władysław Leopold Jaworski zapisał 23 października 1914 r.: „W Wiedniu wszyscy mają nas za zdrajców”.

Wielu migrantów nie mogło sobie znaleźć żadnego sensownego zajęcia. Bezczynni, niepewni jutra, kłócili się między sobą i oskarżali, podobnie jak emigranci polistopadowi w Paryżu w czasach Mickiewicza. „Tu w Wiedniu – kocioł polski. Tak tylko można określić to zbiorowisko nerwów, pesymizmów, intryg i rozgoryczeń” – donosił listownie żonie Władysław Orkan. Ziemianin z Niwisk koło Mielca Jan Hupka zanotował w swym dzienniku pod datą 7 października 1914 r.: „Życie w Wiedniu próżniacze i jednostajne, w kawiarni Puchera przez cały dzień natłok tych, co nie mają jako wytrąceni ze swych zajęć nic do roboty, przesiadują w tej kawiarni, gadają za dużo niepotrzebnych rzeczy, które Polakom u Niemców wiedeńskich dobrą opinię psują”. On sam miał za co żyć, bo dostał kilka tysięcy koron gotówki za kwity rekwizycyjne, jakie wystawiła mu ck armia w pierwszych tygodniach wojny za przejęte mienie.

W stolicy imperium przebywało 1200 galicyjskich adwokatów, z czego 90 proc. stanowili Żydzi. 682 z nich złożyło formalne wnioski o przeniesienie kancelarii do Wiednia. Oficjalnie szacowano, że w Wiedniu przebywało 80 tys. galicyjskich uciekinierów uzależnionych od pomocy publicznej lub organizacji charytatywnych, choć faktyczna liczba mogła być nawet dwukrotnie wyższa.

Mieszkańcy miast i miasteczek w Austrii na różne sposoby okazywali Polakom niechęć, a czasem wręcz otwartą wrogość. Na ulicy potrafiono wyzywać ich za samo mówienie po polsku i obrzucać epitetami „polskie świnie” czy „polskie psy”. Szczuto ich psami i obrzucano kamieniami. Zdarzały się akty przemocy w postaci napadów wyrostków na polskie dzieci. W lipcu 1915 r. we wsi Hard nad Jeziorem Bodeńskim nauczycielka, która wstawiła się za lżonymi i maltretowanymi uczniami z Galicji, swą interwencję przypłaciła pobiciem żelazną laską przez miejscowego chłopa. Uchodźcom niechętnie wynajmowano mieszkania czy pokoje. Ostentacyjnie lekceważono ich na zakupach. Lepiej było nie przyznawać się do bycia uchodźcą, aby nie narażać się na podejrzenia, szykany, ordynarne zachowanie i zdzierstwo. Władze lokalne nakładały na nich różnego rodzaju bezprawne ograniczenia, jak zakaz podróżowania pociągiem bez specjalnego zezwolenia czy zakaz wysiadania na niektórych stacjach.

Słowo uchodźca stało się wyzwiskiem. Niechcianych przybyszów oskarżono o spowodowanie wzrostu cen i narastanie problemów aprowizacyjnych. Rozżaleni Polacy po cichu życzyli wiedeńczykom, aby Moskale wkroczyli do ich miasta i aby sami, na własnej skórze poznali, co oznacza okupacja.

Jeszcze gorzej było na Węgrzech. Rząd Istvana Tiszy uznał uchodźców z Galicji i Bukowiny za czysto austriacki problem i bezceremonialnie wydalał z Zalitawii dziesiątki tysięcy ludzi, zwłaszcza Żydów, a także osoby nieposiadające środków na swe utrzymanie. Dla przykładu 25 września 1914 r. na stacji w Marchegg, znajdującej się na granicy pomiędzy Austrią a Węgrami, pojawił się pociąg z 1,2 tys. żydowskich uciekinierów z Galicji zmierzających do Wiednia. Na wieść, że transport ma być skierowany na Morawy, jego pasażerowie postanowili wysiąść i w dalszą drogę udać się pieszo. Tylko energiczna interwencja Landwehry zapobiegała realizacji tych planów. Po półtoragodzinnym postoju skład – pod strażą węgierskich żandarmów – ruszył do Nikolsburga (Mikulova) na Morawach.

W anonimowym liście skierowanym do MSW w listopadzie 1914 r. autor przebywający od początku wojny na Węgrzech żalił się: „Jesteśmy w kraju, w którym nikt nas nie rozumie i gdzie my nie rozumiemy nikogo. (…) Nie ma litości (…) traktują nas jak zwierzęta… Pozostajemy nadzy i biedni, nasi starsi synowie są na polu bitwy, nasze młodsze dzieci płaczą za chlebem, my jesteśmy odrętwiali z zimna i nikt o nas nie dba”. Część Polaków znalazła jednak na Węgrzech schronienie na dłuższy czas.

Trzeba jednak przyznać, że państwo, na ile mogło, starało się pomóc uchodźcom i ulżyć ich losowi. Założone przez szefa MSW i kierowane przez posła i prawnika Rudolfa Schwarza-Hillera na początku września 1914 r. Centralne Biuro Dobroczynności dla Uchodźców z Galicji i Bukowiny wypłacało im zasiłki, rozdawało ciepłe ubrania, pomagało znaleźć mieszkanie, pracę i uzyskać pomoc medyczną, prowadziło przedszkola, szkoły, a nawet czytelnie. Zasiłek dla osób bez środków do życia wahał się od 80 halerzy do 1 korony dziennie, co pozwalało na wegetację. Podczas swej ostatniej wojny Austro-Węgry wydały na pomoc uchodźcom ponad 2,2 mld koron, co stanowi 2,36 proc. wszystkich wydatków wojennych.

Uchodźcom z pomocą spieszyły także różnorakie organizacje społeczne. Najważniejszą był z pewnością powołany w styczniu 1915 r. Książęco-Biskupi Komitet Pomocy dla Dotkniętych Klęską Wojny pod przewodnictwem biskupa krakowskiego Adama Stefana Sapiehy. Poza tym istniały m.in. Centralny Komitet Opieki Moralnej dla Wychodźców Polskich z Galicji, Komitet Opieki nad Polskimi Wychodźcami, Komitet Doraźnej Pomocy dla Ewakuowanych, Komitet Ratunkowy dla Internowanych Polaków z Królestwa Polskiego. Dla uchodźców zakładano szkoły, organizowano kursy zawodowe, np. szycia, pomagano w poszukiwaniach pracy. Polscy politycy składali do władz petycje, wizytowali obozy, zbierali pomoc materialną i finansową, nagłaśniali los uchodźców w prasie i interweniowali na rzecz Polaków u lokalnych władz, korzystając także z prywatnych kanałów. Po otwarciu w maju 1915 r. obrad parlamentu polscy posłowie wielokrotnie interpelowali w sprawie warunków panujących w obozach, domagając się ukarania winnych nadużyć. Losem polskich uchodźców udało się zainteresować członków rodziny cesarskiej. Szczególną energią w tej kwestii wykazał się poseł, ludowiec Zygmunt Lasocki.

Władze austriackie usiłowały powstrzymać niekontrolowany napływ uchodźców do stolicy państwa i rozmieścić ich w kraju bardziej równomiernie. Pociągi z uchodźcami kierowano najpierw na morawskie stacje Ungarisch Hradisch (Uherské Hradiště) i Prerau (Přerov). Tam dokonywano ich rejestracji, selekcji i rozdziału przybyszów. Byli oni dzieleni według kryteriów etnicznych i religijnych. Osobom z wyższych warstw społecznych, posiadającym wystarczające zasoby finansowe, pozwalano na samodzielne wybranie miejsca zamieszkania. Biedniejszych i należących do niższych warstw społecznych, po kontroli policyjnej i sanitarnej, kierowano do małych miasteczek i obozów; Polaków głównie w Czechach. Co trzeci z nich trafił do Krainy w dzisiejszej Słowenii.

Obozy wznoszono naprędce jesienią 1914 r. Pierwsi przybysze musieli koczować na gołej ziemi pod niebem. Dopiero po kilku dniach dawano im nieco słomy, a jeszcze później namioty. Przebywającym tam ludziom doskwierały m.in. niedożywienie, chłód, brud, robactwo, choroby zakaźne, przeludnienie, brak prywatności czy tęsknota za stronami rodzinnymi. Straż obozowa potrafiła okradać mieszkańców, znęcać się nad nimi. Molestowano także kobiety. Podczas dezynsekcji wiele godzin musiały one stać nagie w jesienne dni, narażając się na drwiny i komentarze wojska. Jak Helena Gąsiorowska żaliła się w 1916 r. listownie Zygmuntowi Lasockiemu, w jej obozie podczas badania kobiet lekarz „przytrzymywał kształtniejsze i poklepał to uszczypnął w pierś dziewczynę, a która stara brzydka wieśniaczka, to nazwał potworą zatraconą”. W czasie kąpieli kobiet po łaźni kręcili się niby przypadkiem mężczyźni.

Wieści o złych warunkach panujących w obozach spowodowały, że ludzie nie chcieli tam iść. Z ust do ust przekazywano sobie nierzadko zupełnie absurdalne historie. W Thalerhofie koło Grazu, gdzie siedzieli głównie podejrzewani o prorosyjskie sympatie Rusini, żołdacy mieli zamordować bagnetami rodzącą tam hrabiankę, śmiejąc się z tego do rozpuku. Przed pluton egzekucyjny miał trafić ksiądz, podczas procesji błogosławiący wiernych Najświętszym Sakramentem, gdyż straż obozowa dostrzegła w tym geście sygnały dawane rosyjskim szpiegom.

W połowie 1915 r. w obozach przebywało łącznie ok. 200 tys. osób. W maju 1915 r. zasiłki pobierało 169 666 Polaków, 71 690 Rusinów i 266 136 Żydów. W miejscowości Chotzen (Chocen) w Czechach założono obóz dla 22 tys. Polaków. Wzniesiono w nim 37 baraków, każdy o powierzchni 878 m kw., przeznaczonych dla 530 ludzi. W barakach zainstalowano po dwa piece, niezdolne do ogrzania wszystkich drewnianych boksów o wysokości 1,5 m, od korytarza zasłoniętych zasłonkami, w których mieszkały poszczególne rodziny. W niedogrzanych, niedoświetlonych, niewystarczająco wentylowanych wnętrzach panowała wilgoć, zgnilizna i smród. Płacz dziecka, głośniejsze rozmowy czy kłótnie – o co w takich warunkach nie trudno – roznosiły się po całym baraku, który wypełniała niemal nieustanna wrzawa.

Na obozowe menu składały się: 20 dkg chleba oraz cienka, osłodzona kawa na śniadanie, cienka zupa, ziemniaki, fasola, mamałyga lub pęczak na obiad i herbata z rumem na kolację. „Umywalnia składa się z pompy wbitej w ziemi każdego baraku, a pod pompą z drewnianego basenu, średnicy około jednego metra. W jaki sposób ma się wobec tego prymitywnego urządzenia umyć codziennie z rana 350 osób, pozostaje tajemnicą administracji barakowej” – donosiła 21 stycznia 1915 r. swym czytelnikom ukazująca się w okupowanym Lwowie endecka „Gazeta Narodowa”.

Za sanitariat służył długi na kilkanaście metrów, otoczony parkanem, dół kloaczny z okrągłym drągiem do siadania. Gdy w obozie stwierdzono wszy, zarządzano przymusowe golenie włosów na całym ciele u wszystkich mieszkańców. Przeprowadzali je mężczyźni i chłopcy, strojąc sobie przy okazji niewybredne żarty z kobiet. Zresztą wiele z nich uważało obcięcie włosów za symbol hańby i szczególne upokorzenie. Początkowo brakowało izolatek dla osób chorych, co przyczyniało się do rozprzestrzeniania chorób zakaźnych, np. tyfusu plamistego. Przez obóz w Choceniu w latach 1914–17 przewinęły się 80 122 osoby, z czego 4707 zmarło. Wysoką śmiertelność notowano zwłaszcza u dzieci.

Obozy dla uchodźców – poza zapewnieniem im schronienia – miały także izolować uchodźców od ludności miejscowej. Jego mieszkańcy stali się de facto więźniami. Przybysze z Galicji byli postrzegani jako niechciani obcy, konkurenci na rynku pracy i w walce o dramatycznie niewielkie zasoby żywności. Podczas żniw w 1917 r. w Austro-Węgrzech zebrano zaledwie 40 proc. zboża z okresu przedwojennego. Z kolei w Czechach w 1918 r. siła nabywcza płacy spadła do poziomu 35 proc. z okresu przedwojennego. Szczególnie dramatyczna sytuacja aprowizacyjna była w Wiedniu, gdzie mleko nazywano białym złotem, a ziemniakami obsadzono nawet koszary Rudolfa położone w centrum miasta. To po części tłumaczy wrogość wobec przybyszów z północnego-wschodu. W warunkach wieloetnicznej monarchii habsburskiej głód przyczynił się do podkopania legitymizacji władz, zaniku poczucia ponadregionalnej solidarności, fragmentaryzacji społeczeństwa, wzrostu waśni narodowych i w konsekwencji rozpadu państwa.

Poza względami materialnymi mieszkańcy zachodnich, bardziej rozwiniętych prowincji ck monarchii nie odczuwali emocjonalnej więzi i solidarności z Galicją. „Kraj ten był peryferyjną posiadłością imperialną. Żadna romantyczna historia nie łączyła jego mieszkańców z resztą dziedzictwa Franciszka Józefa I. Dla jego poddanych z bardziej rozwiniętego zachodu galicyjski konserwatyzm i bieda kojarzyły się bardziej z barbarzyńską Azją niż Austrią czy Europą” – pisze w swej najnowszej książce brytyjski historyk Alexander Watson. Z kolei wojsko bało się, że w tłumie uchodźców znajdują się rosyjscy dywersanci i szpiedzy chcący przeniknąć do większych miast w głębi kraju.

Po wyzwoleniu większości Galicji, z wyłączeniem okolic Tarnopola, co nastąpiło wiosną 1915 r., można było wracać w strony ojczyste. Wielu uchodźców nie miało jednak do czego, gdyż straciło cały swój majątek i podstawę egzystencji. W trakcie działań wojennych szereg galicyjskich wsi i miasteczek zostało dosłownie zmiecionych z powierzchni ziemi.

W Galicji naliczono ok. 10 tys. zniszczonych domów, np. w powiecie przemyskim 7246, a jarosławskim 5454. Do kwietnia 1916 r. w ramach prowadzonej przez państwo odbudowy w Galicji wzniesiono 651 baraków i 8537 jednoizbowych domów, ale nie zaspokajało to wszystkich potrzeb. Jeszcze wiosną 1918 r. byli ludzie wciąż mieszkający w ziemiankach. Zatem perspektywa powrotu nie zawsze była kusząca, zwłaszcza że warunki pobytu w obozach dla uchodźców z czasem znacząco się poprawiły.

Od lata 1915 r. władze na różne sposoby starały się zachęcać uchodźców do powrotu. Obiecywano im dalsze wypłacanie zasiłków, darmowe bilety na przejazdy, zniżki na bilety za bagaż. Nie zawsze to skutkowało. Pod koniec 1915 r. austriackie MSW szacowało, że na terenie Austrii przebywało 385 tys. uchodźców, z czego 41 proc. stanowili Żydzi. W maju 1917 r. w wewnętrznych prowincjach monarchii habsburskiej pozostawało jeszcze ponad 22 tys. wymagających wsparcia finansowego państwa Polaków, z których 7,5 tys. mieszkało w obozach dla uchodźców. Według stanu na 1 lutego 1918 r. w Przedlitawii wciąż przebywało 7645 Polaków i 28 411 Ukraińców, z czego odpowiednio 1200 i 17 500 w obozach. Część z nich wróciła w rodzinne strony dopiero po wojnie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”, czyli na czym polega edukacja seksualna

Nie chodzi o to – jak wydaje się niektórym – żeby pokazywać techniki masturbacyjne. Raczej o to, żeby specjaliści wytłumaczyli rodzicom i wychowawcom, że coś takiego jak masturbacja dziecięca istnieje.

Dominika Buczak
17.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną