Polsko-niemieckie stosunki nie należą do łatwych

Na jakie Niemcy zasługują Polacy?
Żeby mieć sąsiada, trzeba sąsiada poznać. Nieocenionym narzędziem w naszych relacjach z Niemcami jest wielotomowa Poznańska Biblioteka Niemiecka pod redakcją Huberta Orłowskiego.
Niemieckie doświadczenie w swej skrajności zbrodni i kary było kluczowe, ale i w jakiś sposób modelowe dla europejskiej katastrofy XX w.
Igor Morski

Niemieckie doświadczenie w swej skrajności zbrodni i kary było kluczowe, ale i w jakiś sposób modelowe dla europejskiej katastrofy XX w.

Brama Brandenburska, Berlin
Ondřej Žváček/Wikipedia

Brama Brandenburska, Berlin

Tytuł tekstu jest zapożyczony od niemiecko-francuskiego historyka Josepha Rovana, który w 1934 r. jako protestancki „żydziak” wyemigrował z rodzicami z Niemiec do Francji. W czasie wojny był w ruchu oporu. Aresztowany przez gestapo podał się za swego mieszkającego w Afryce kolegę, dzięki czemu wylądował tylko w Dachau. Tam przeszedł na katolicyzm i już w październiku 1945 r. w „L’Esprit” opublikował sensacyjny esej pod tytułem „Takie Niemcy, na jakie zasłużymy” (L’Allemagne de nos mérites). Potem przez dziesięciolecia bywał doradcą rządów zarówno francuskiego, jak i niemieckiego.

Katastrofa Niemiec to także katastrofa Europy i Francji – pisał Rovan. Stąd wobec pokonanych nakaz nie zemsty czy upokorzenia, lecz sprawiedliwości i pojednania. „Zawsze, gdy w moim przeciwniku naruszana będzie godność człowieka, to i ja będę kaleczony”. Zabieganie o demokratyczny rozwój Niemiec jest obowiązkiem Francji – także dla samej Francji. „Według tej straszliwej rany, jaką są dziś Niemcy w sercu Europy, będą sądzone sąsiednie narody. Miarą naszych zasług będą Niemcy dnia jutrzejszego”.

Polska to nie Francja. Trudno więc byłoby w polskiej powojennej publicystyce znaleźć podobną uwagę, że również od nas zależy charakter przyszłych Niemiec, że kiedyś także i nas z tego rozliczy historia.

Zdarzały się w konspiracyjnej prasie pełne samozaparcia przejawy chrześcijańskiego współczucia do wroga, jak choćby opublikowana w październiku 1943 r. w warszawskiej „Prawdzie” „Modlitwa” Leonii Jabłonkówny: „za udręki w okupowanym przez Niemców kraju/Zbaw, Panie, kobiety i dzieci z płonących pożarów Hamburga...”. Współczucie dla ofiar alianckich bombardowań było rzadkością, nawet jeśli w tle mogło mu towarzyszyć poczucie wyższości moralnej nad najeźdźcą. W 1943 r. bardziej powszechna była – psychologicznie zrozumiała – szydercza satysfakcja, jak w wierszu Jana Zaborowskiego: „Po Berlinie sobie tuptam/patrzę: trup tu, patrzę trup tam,/Trupki całe, części trupka,/Rączka, pupka, część kadłubka...”.

Były zaraz po wojnie – w kraju Edmunda Osmańczyka, a na emigracji Jerzego Stempowskiego – wezwania do dialogu z Niemcami i przestrogi, że mimo wszystko trzeba się będzie z tym sąsiadem jakoś ułożyć. Niemniej najpierw dominował duch odwetu na „dziedzicznym wrogu”. Potem ciekawość – kim był ten diabeł w mundurze SS? Następnie – czy już się zmienili? Czy już widzą w nas sąsiadów, czy wciąż europejską masę przetargową? I wreszcie – co z nich może być i dla nas przydatne? Natomiast rzadko – jak z naszego powojennego stosunku do Niemców rozliczy nas historia?

Niemieckie zbrodnie wojenne, a po klęsce III Rzeszy przesunięcie Polski przez aliantów na zachód, granica na Odrze i Nysie oraz wysiedlenia Niemców, narzuciły dialog głuchych. Powstanie NRD i uznanie przez nią granicy narzuciło dialog na warunkach stalinowskich, zakłamany, ale jednak zmuszający do przynajmniej oficjalnego różnicowania. Rzeczywisty dialog polsko-niemiecki zaczął się dopiero po Październiku ’56 i budowie muru berlińskiego w 1961 r. I toczył się na trzech piętrach.

Dialog polityków i publicystów – początkowo pośredni, choć już bynajmniej nie głuchych – dotyczył nie tylko granicy, a więc zbrodni i kary, ale także kształtu Europy, poprzez plany strefy bezatomowej proponowanej przez Rapackiego i Gomułkę.

Dialog historyków, pisarzy, artystów, ale i ludzi Kościołów – zajmował się wspólną tysiącletnią historią w przedzielonym żelazną kurtyną świecie oraz duchową kondycją Niemców i Polaków w świecie powojennym. Nieprzypadkowo wśród „portretów polskich przyjaciół Niemiec”, zestawionych niedawno staraniem wrocławskiego Centrum im. Willy’ego Brandta, drugą połowę XX w. reprezentują obok kardynała Kominka i środowiska „Tygodnika Powszechnego” również znakomity historyk poznański Gerard Labuda, a także naczelny POLITYKI Mieczysław Rakowski.

I wreszcie trzeci – masowy – dialog zwykłych ludzi, który zaczął się w latach 60. W latach gierkowskiego otwarcia granicy nie tylko do NRD, ale i w dużej mierze na Zachód miliony Niemców zaczęło odwiedzać swe dawne strony rodzinne i miliony Polaków wyprawiało się albo na zakupy do NRD, albo „na saksy” do Austrii czy Republiki Federalnej. Przeszłość nadal dzieliła, ale zarazem łączyła rozmowa o niej. W całej Europie nie było przed 1989 r. tak intensywnego dialogu oddolnego jak między Niemcami i Polakami. Nie tylko o przeszłości, ale także o rzeczywistości – w związku z wybuchem Solidarności, a w stanie wojennym ogromną akcją sympatii dla Polski i milionów paczek do nas wysyłanych. Obozy uchodźców z PRL, jak w austriackim Traiskirchen, a potem „zmywak” i „polski targ” w Berlinie Zachodnim, były nie mniej ważną szkołą praktycznego sąsiedztwa, jak niemiecki „socjal” i – na innym piętrze – akademickie stypendia.

Co najmniej ćwierć wieku polsko-niemieckich rozmów na tych trzech piętrach sprawiło, że w roku 1989 „dziedziczną wrogość” mogło zastąpić poczucie europejskiej wspólnoty losu. Chyba w żadnej innej fazie wspólnej historii nie było tak żywej – tak pełnej napięć, ale i nadziei – wymiany jak w ciągu ostatnich 50 lat. Niby z jednej strony wojna rozdzieliła Niemców i Polaków, którzy niczym syjamscy bracia byli ze sobą zrośnięci od średniowiecza, wystarczy wspomnieć niemieckie żony Mieszka i Chrobrego, nie mówiąc już o Koperniku, Lindem czy Kętrzyńskim. Z drugiej jednak żadne inne sąsiedztwo – również francusko-niemieckie – nie było tak obciążone, a zarazem tak dyskutowane i w końcu tak przełomowe dla stabilności Europy, jak polsko-niemieckie. I to właśnie dlatego, że w odróżnieniu od niemiecko-francuskiego nie było i wciąż jeszcze nie jest symetryczne.

Niemcy i Francuzi byli zarówno „dziedzicznymi wrogami”, jak i partnerami „motoru europejskiego”. Napoleon był z „wizytą” w Berlinie, Hitler w Paryżu. Pani de Staël smakowała literaturę niemiecką, Ernst Jünger – francuską. Niemcy mieli garbusa VW, Francuzi kaczkę 2CV. I wspólnie byli w 1945 r. przegranym – Niemcy absolutnym, a Francuzi rzeczywistym – mocarstwem zaledwie „kieszonkowym”, z łaski Anglosasów.

Z Polakami i Niemcami inna sprawa. Ci dwaj sąsiedzi musieli się nauczyć żyć ze swą asymetrią i ją przezwyciężać – polityczną, gospodarczą, europejskiego dorobku kulturowego i oczywiście moralną – najeźdźcy i ofiary, co tylko na pierwszy rzut oka odpowiadało czarno-białym kolorom. I musieli się uporać z dławiącą siłą stereotypów po obu stronach.

Trzy wypowiedzi dla POLITYKI z różnych lat ilustrują ten dramat: 7 grudnia 1970 r., gdy Willy Brandt uznawał granicę, Günter Grass mówił, że rozdygotana polska mentalność może być korektą heglowskiego uwielbienia państwa przez Niemców. W 1987 r. były żołnierz Parasola i świetny socjolog Andrzej Ziemilski uważał, że Polacy przez 50 lat powinni być czeladnikami u cywilizowanych, sympatycznych Niemców, by usamodzielnieni stać się ich rzeczywistymi partnerami. A w 1994 r. Andrzej Wajda, który nieco wcześniej nakręcił „Miłość w Niemczech” z Hanną Schygulą i Danielem Olbrychskim, żalił się Zdzisławowi Pietrasikowi, że nigdy nie wyobrażał sobie, że marzeniem Polaków może być chęć upodobnienia się do Niemców.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną