Klasyki Polityki

Za nic w świecie przez most. Fobie: straszniejsze niż strach

Antropofobicy reagują na nich jak np. arachnofobicy na pająki – nie wiedzieć, nie widzieć, uciec. Antropofobicy reagują na nich jak np. arachnofobicy na pająki – nie wiedzieć, nie widzieć, uciec. Pixabay
Kopaliński podaje w swym słowniku 110 nazw fobii. Jest ich o wiele więcej.
Są fobie izolujące już z samej swej natury.Michał Murawski/Polityka Są fobie izolujące już z samej swej natury.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w maju 2000 r.

Bywają rzadkie i dziwaczne, na przykład ta, którą wywołują liczby 7 i 13, fobia na pióra, pustynię, owłosienie, pościel, a także najczęściej spotykane – agorafobia – lęk przed otwartą przestrzenią, klaustrofobia – przed ciasnym pomieszczeniem, przed zarazkami, zwierzętami, przedmiotami. I przed ludźmi. A ostatnio – przed AIDS.

A. jest specjalistą dużej klasy. Dorobił się żony, mieszkania, samochodu i dobrego stanowiska. Studia skończył w lewobrzeżnej Warszawie, a pracę dostał w prawobrzeżnej. I to było nieszczęście.

A. dojeżdżał samochodem do Wisły i przesiadał się do taksówki, która przewoziła go przez most. Następnie szedł kawałek do miejsca, gdzie zatrzymywał się autokar przewożący ludzi do miejsca jego pracy, daleko za miastem. Któregoś dnia znajomy przypadkowo podpatrzył ten dziwny sposób dojeżdżania do pracy A. i powiedział o tym jego żonie. Postawiono przed mostem czaty. A. musiał wyznać prawdę: nie jest w stanie przejść ani przejechać przez żaden most. Ogarnia go paniczny lęk, czuje duszności, serce mu się tłucze, poci się, a najgorzej, że popuszcza ze strachu – pęcherz odmawia mu posłuszeństwa. W taksówce ma też sensacje, ale mniejsze. Nie chciał, by koledzy z pracy zobaczyli jego dolegliwości. Myślał o zmianie pracy, ale szkoda mu stanowiska, które zajmuje. – Weź się w garść – powiedziała żona. – Cóż to za babskie fanaberie! Rodziny właśnie tak mówią: fanaberie, wmawiasz sobie, tylko powiedz, w jakim celu?

Postanowiła męża wyleczyć. Wjechali na most. Kazała mu wysiąść. A. postawił nogę na asfalcie. Most rzucił się na niego jak najgorszy wróg. A. zaparł się w fotelu i zaczął wymiotować. Żona zgłosiła się do lekarza. – Proszę zwrócić uwagę, że zrobiła to ona, a nie mąż – mówi dr Beata Janke-Klimaszewska z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, która na oddziale nerwic leczy fobie. Owszem, żona chętnie zobaczy się z dziennikarką, bo należy o tym pisać. Już wie, że mąż ma gefynofobię – lęk przed mostami. To dlatego nigdy nie chciał odwiedzić jej rodziców: trzeba było przejechać przez Bug. Każe mu się leczyć. Na razie sama wozi go do pracy. A jak się nie wyleczy? Trudno, most to w końcu w życiu nie aż tak ważna przeszkoda.

Andersen ze sznurem

– Człowiek dotknięty fobią boi się panicznie czegoś, co mu zagraża z zewnątrz, przy czym lęk ten jest nie do opanowania – mówi dr Janke-Klimaszewska. – Kiedy ktoś kto boi się ciemności, ale może w niej przebywać, to znaczy, że nie ma fobii.

W ostatnich latach nasila się aidsfobia, która wyparła wenerofobię, lęk przed chorobami wenerycznymi. Cierpiący na tego rodzaju fobie badają się dziesiątki razy i mimo dochowywania absolutnej wierności swemu partnerowi i pozytywnego dla nich wyniku badań, biegną w strachu do lekarza, aby zrobić kolejne, któremu znów nie wierzą.

Na wszelkie postacie fobii cierpi 60 proc. Europejczyków. Były utrapieniem wielu sławnych ludzi. Picasso panicznie bał się ścinania włosów i fryzjera, Pascal – otwartej przestrzeni. Prus chodził zawsze blisko ścian, a namówiony na wycieczkę w góry, kazał się stamtąd natychmiast sprowadzić z przewiązanymi opaską oczyma. Prócz agorafobii miał i drugą – brontofobię, lęk przed piorunami. Chował się przed nimi w domowych zakamarkach, jak pisała jego krewna, nakrywał głowę poduszką i jęczał ze strachu.

Jan Matejko bał się ciemności i nie mógł spać bez palącej się świecy. Hans Christian Andersen cierpiał na fobię pożarową. Nosił ze sobą zawsze sznur, żeby móc się po nim spuścić z okna płonącego domu. Michael Jackson ma fobię na zarazki, a Eddie Murphie na brud. Jeśli tego co wywołuje fobie można unikać, nie dezorganizuje ona życia. Bywa jednak niszcząca, prowadzi do inwalidztwa i izolacji.

Życie w wannie

B. ma fobię ostrych narzędzi i płynów niespożywczych. Zostały one przez rodzinę głęboko schowane, ale i tak B. żyła w panicznym lęku, że skaleczy nożem lub otruje jakąś żrącą cieczą swoje małe dziecko. Fobia nasiliła się po urodzeniu małego. – Często fobia nasila się lub wręcz objawia na początku nowej życiowej roli – mówi Beata Janke-Klimaszewska.

B. nie była w stanie opiekować się dzieckiem. Żądała, aby mąż nieustannie był przy niej. Zgłosiła się na leczenie do Instytutu przy ul. Sobieskiego w Warszawie, kiedy jej małżeństwo zaczęło wisieć na włosku.

Fobia C. dotyczy ostrych sztućców. Jest w stanie jeść tylko plastikowymi. Nie bierze udziału w spotkaniach towarzyskich, boi się wizyty u rodziców dziewczyny, gdzie mógłby być poczęstowany obiadem, boi się ożenić, bo nie mógłby być obecny na własnym weselu. Do szpitala zgłosił się, kiedy zabił ukochanego kota. Zaczął się bać także utraty panowania nad sobą.

D. prześladuje fobia zarazkowa. W szkole była pośmiewiskiem, bo chodziła zawsze w rękawiczkach, nie zbliżała się do koleżanek, a przerwy spędzała na myciu rąk. W okresie dojrzewania przestała chodzić do liceum, bo przerwy okazały się już za krótkie, by zmyć z rąk wszystkie zarazki. W domu mogła je zmywać z całego ciała, zaczęła więc godzinami myć się w wannie. Wychodziła z niej na godzinę, dwie i znów zaczynała się szorować. Ma sinawą, miejscami wymacerowaną skórę. Rodzice zainstalowali jej w łazience telefon, bo córka właściwie w niej mieszka. Próby leczenia nie powiodły się. Rodzice są bezradni. Sprowadzają teraz bioenergoterapeutów. – W nich ostatnia nadzieja – jak mówi ojciec.

D. jest inteligentną, oczytaną dziewczyną. Wie, że marnuje sobie życie. Przeżywa głęboką depresję. Zgadza się, że jej reakcja na zarazki jest „skończonym idiotyzmem”, ma przecież normalnie działający system odpornościowy. Ale chwilę później biegnie do wanny, żeby je zmyć, gnana panicznym przerażeniem.

Stasibasifobik chce leżeć

Są fobie izolujące już z samej swej natury. Basifobia na przykład to lęk przed chodzeniem, stasifobia – przed staniem, stasibasi – i przed staniem, i przed chodzeniem. Stasibasifobik chce tylko leżeć. Odciętych od świata jest wielu agorafobików. Czują się względnie bezpieczni tylko w swoich mieszkaniach i czasem latami nie wychodzą na ulicę.

U E. fobia gwałtownie nasiliła się po przyjeździe na studia. Nie był w stanie po wyjściu z akademika przejść nawet kilkuset metrów. Odczuwał zawroty głowy, straszliwe napięcie mięśni grzbietu i konwulsyjne drżenie całego ciała. Z biegiem dni już sama myśl o wyjściu na zewnątrz powodowała panikę i agoraobjawy. Rodzice zabrali syna do domu. Wychodził na ulicę tylko w towarzystwie jednego z nich, bardziej przeczołgiwał się, niż szedł. Wyrobili mu rentę. Czeka teraz na miejsce w warszawskim szpitalu psychiatrycznym, na oddziale nerwic. – Muszą go wyleczyć – mówią rodzice. – Przecież to nie rak...

F. ma podobne objawy jak osoby z agorafobią. Cierpi na bodaj najtragiczniejszą z fobii – na ludzi. Antropofobicy reagują na nich jak np. arachnofobicy na pająki – nie wiedzieć, nie widzieć, uciec.

Wezwani do zabrania głosu na zebraniu reagują bezgłosem, dusznością, kołataniem serca, poceniem się, czerwienieniem, nagłą biegunką. Bywa, że już sama obecność wśród innych powoduje napad głębokiego lęku. Antropofobicy uważają siebie za gorszych, mniej inteligentnych i atrakcyjnych od tych, z którymi muszą zetknąć się na gruncie publicznym. Zdają sobie sprawę, że tak nie jest. Mimo to uważają, że są mniej warci, że się skompromitują, popełnią gafę i boją się tego panicznie: zamknięty krąg. Fobia społeczna miewa łagodny przebieg i wówczas utrudnia tylko życie. W skrajnych jednak przypadkach dotknięci nią ludzie przestają wychodzić z domu i kontaktują się wyłącznie z najbliższymi osobami, choć nie znoszą, bywa, ani samotności, ani izolacji. Badania w Narodowym Instytucie Zdrowia Psychicznego w USA wykazały, że połowa ludzi z fobią społeczną nie kończy szkoły średniej, nie żeni się, nie pracuje w zawodzie i popada w alkoholizm, co u wszystkich fobików jest częstym sposobem wytłumiania lęku.

U podłoża fobii społecznej – mówi Beata Janke-Klimaszewska – leży zwykle psychiczna nieobecność rodziców w dzieciństwie lub wczesne odejście któregoś z nich. Pożywką dla agorafobii jest lęk przed porzuceniem.

Terapeuci próbują, analizując z pacjentem jego życie, określić owe pożywki w różnych fobiach, bo rzecz znaną łatwiej kontrolować. Przyczyn fobii upatruje się również w innych traumatycznych przejściach w dzieciństwie, które potem, nawet zapomniane, zakodowały lęk przed przedmiotami, miejscami i zdarzeniami z nimi związanymi. Charakter roli społecznej, sytuacja rodzinna może ten stempel później utrwalać albo go wręcz wywołać już w życiu dorosłym. Inni znawcy przedmiotu są zdania, że fobie są dziedziczone. Jeśli cierpi na nie jedno z bliźniąt jednojajowych, to – jak wykazały badania – w 50 proc. takich badanych par ma ją także drugie. W przypadku bliźniąt dwujajowych występuje ona podwójnie tylko u 10 proc. rodzeństw.

W leczeniu fobii stosuje się również środki farmakologiczne, głównie antydepresyjne, które podnoszą poziom serotoniny. Pomocne bywają także środki łagodzące stany lękowe, np. valium, ale można je stosować tylko czasowo, ponieważ mają działania uzależniające.

Wróg – tłok

Fobii nie można wyleczyć bez śladu, a towarzyszące jej natręctwa w ogóle nie poddają się leczeniu. Można natomiast tak panować nad lękiem, aby nie dezorganizował on życia. Pozostaje wtedy rodzajem przypadłości wyciszonej. I może paradoksalnie, stać się nieoczekiwanym stymulatorem. Czy Edward Munch namalowałby swój sławny „Krzyk”, gdyby nie był agorafobikiem?

Tak więc G. dzięki fobii, jak mówi, stał się bogaty. Studia ukończył na przełomie lat 60. i 70., kiedy rzadko kto miał samochód.

Już w dzieciństwie zauważył, że kiedy wychodził z kościoła z innymi ludźmi, zaczynał się czegoś bać. Musiał odczekać, aż wszyscy się przepchną na ulicę i wychodził sam. Odmawiał stania w kolejkach i chodzenia w pochodach pierwszomajowych. Ale dopiero gdzieś około siedemnastego roku życia zaczął się prawdziwy horror. W tramwaju, autobusie, w każdym miejscu zatłoczonym ludźmi bladł, trząsł się i dostawał biegunki. W socjalizmie nie dało się żyć bez przebywania w tłoku. G. postanowił więc, że musi kupić samochód, choć mieszkał kątem i zarabiał grosze.

Popędzany ochlofobią, lękiem przed tłokiem, zajął się handlem dolarami na odludnych ulicach. Stopniowo dorobił się sklepiku z przyborami malarskimi, a następnie wszedł do firmy produkującej pustaki. Zbudował dom, żeby nie mieszkać w zatłoczonym bloku. Kiedy nastał kapitalizm, rozkwitł i obrósł w kolejne sklepy. Długo się leczył, lecz cóż to za leczenie – bez pigułek, zastrzyków, a tylko same rozmowy. Zrezygnował.

Przed fobią można się obronić pieniędzmi – mówi G. Stać go na to, aby nie stykać się ze stłoczonym tłumem. Żyje w samochodzie, firmie i w domu. Nigdy nie podróżuje samolotem ani koleją. Z przezorności nie wychodzi już nawet na pustą ulicę.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną