Kraj

500 dni pracy i wojny

Schetyna i Tusk, czyli PO na rozstajach

Donald Tusk i Grzegorz Schetyna 3 sierpnia tego roku w Sejmie Donald Tusk i Grzegorz Schetyna 3 sierpnia tego roku w Sejmie Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta
Platforma ogłasza reformatorską ofensywę, ale pytanie, czy będzie się przy niej upierać. W samej partii opinie są podzielone: iść na całość czy pozorować i przeczekać do wyborów.

Platforma staje do walki, która coraz bardziej zaczyna przypominać starcie ostateczne: albo-albo, z finałem w 2011 r. Syndrom smoleński, tak jak został zaprojektowany politycznie przez Jarosława Kaczyńskiego, nadał konfrontacji politycznej wymiar mistyczno-mityczny, przeniósł walkę o władzę w sferę odrealnioną i prawie świętą. 500 dni (już niecałe) wojny jest więc pewne.

Paradoks numer jeden, przed jakim stoi Tusk, wygląda tak: żeby rządzić i przeprowadzać tak zwane niepopularne, choć zapewne konieczne reformy, trzeba mieć władzę, ale żeby mieć władzę, trzeba ją utrzymywać, żeby zaś ją utrzymywać, nie wolno przeprowadzać zbyt niepopularnych reform.

Paradoks numer dwa, pokrewny, brzmi: władza bez działań nie ma sensu, ale przywrócenie tego sensu władzy może ją zakończyć. Czy zatem ważniejszy jest sens władzy czy ona sama? Albo: gdzie jest tutaj punkt równowagi?

Deklaratywnie Platforma zapowiada reformy. Mówi się o 34 projektach ustaw, także tych, które Lech Kaczyński odesłał do Trybunału Konstytucyjnego. Jest też pakiet zdrowotny (w tym dodatkowe ubezpieczenia i zmiana prawa farmaceutycznego), „deregulacyjny” (m.in. elektroniczna rejestracja spółek czy likwidacja NIP) i społeczny, m.in. sprawa żłobków, szkolnictwa wyższego i emerytur.

Niby ścieżka legislacyjna dla pomysłów rządu jest łatwa i dostępna, jako że na jej końcu znajduje się nowy prezydent, wywodzący się z tego samego obozu i wciąż mówiący, że utożsamia się z projektem politycznym Platformy. Jak wszyscy powtarzają, zanikło zatem polityczne alibi, że to Pałac Prezydencki blokuje reformy. Bronisław Komorowski nie będzie blokował, co oczywiście jest faktem, ale jednak niekompletnym. A to dlatego, że zanim reforma w postaci jakiejkolwiek ustawy dotrze do prezydenta, musi być wcześniej przegłosowana w Sejmie, a jeszcze wcześniej przyjęta przez rządzącą koalicję.

To jest miła i w sumie zgodna koalicja, jednak raczej na czas stabilności, a nie na okres prób wyborczych. Tym bardziej że sondaże pokazują, że PSL jest poważnie zagrożone i do parlamentu może się nie dostać. Ono tym bardziej nie będzie skore do jakichkolwiek ryzykownych przedsięwzięć politycznych, a jeszcze do tego musi uporać się z wewnętrznym kryzysem przywództwa, które zostało zakwestionowane niezwykle mizernym rezultatem Waldemara Pawlaka osiągniętym w wyborach prezydenckich. PSL, by zostać w grze i by nie przypłacić swojej koalicyjności z PO ostateczną klęską, szukać będzie szansy między Scyllą współpracy z Tuskiem a Charybdą oporu wobec niego. Ta koalicja nie musi już być taka miła.

W interesie PO jest podtrzymanie sojuszu, a nawet więcej, dopomożenie PSL w dostaniu się do parlamentu, gdyż zwiększa to możliwości układania się po nowym rozdaniu.

Drużyna do pozbierania

Ale Platforma nie jest – jak pokazuje wiele przesłanek – w najlepszej kondycji. Po aferze hazardowej nadal znajduje się w jakimś wewnętrznym dygocie i rozchwianiu, jej kierownictwo ciągle się przegrupowuje. Roi się od domysłów, jak obecnie kształtuje się układ sił w samym kierownictwie PO i czy w ogóle istnieje wokół Donalda Tuska zwarta drużyna taka jak dwa lata temu? Nie brak opinii, że Schetyna z Komorowskim w sumie „wykiwali” Tuska i teraz, grając na siebie, będą żądać reform niejako regulaminowo, bez kuluarowych uzgodnień.

Zagadką jest zatem, jak naprawdę ułożą się relacje między prezydentem a rządem i partią. Ostatnie notowania, pokazujące, że Platforma odbudowuje swoją przewagę nad PiS znowu do 20 punktów procentowych, zapewne będą studzić wewnątrzpartyjne waśnie.

Ale też osłabły ostatnio dość wyraźnie notowania rządu i samego Tuska. Silna w sondażach partia przy mniej popularnym rządzie to sytuacja sprzyjająca Grzegorzowi Schetynie, ale też Komorowskiemu. Pytanie brzmi: czy pakiet projektów ustaw, jakie mają się w Sejmie pojawić na jesieni (dotyczące m.in. emerytur mundurowych, wieku emerytalnego, służby zdrowia), będzie przeprowadzany w parlamencie w harmonijnie ustalony przez „wielką trójkę” sposób, czy stanie się polem wewnętrznej walki. Ma to kluczowe znaczenie przed wyborami w 2011 r. Cykl prac nad ustawami zależy od Schetyny. Można je przeprowadzić szybko albo powoli, co oznacza, że ich finał może być zimą albo latem przyszłego roku, już w czasie przedwyborczej kampanii.

Podstawową sprawą, co do której nie mogą zgodzić się dziś Tusk i jego otoczenie ze Schetyną do spółki z Komorowskim i konserwatywnym skrzydłem Platformy, jest to, czego oczekuje elektorat. – Według mojej wiedzy, siły w klubie podzielone są pół na pół. Grupa, w której ja się odnajduję – mówi Jarosław Gowin – uważa, że powinniśmy zdecydowanie ruszyć z reformami, bo inaczej bilans naszego rządzenia będzie dość miałki i elektorat negatywnie nas z tego rozliczy. Przecież gdy ukróciliśmy emerytury pomostowe, to poparcie dla nas nie stopniało, a wręcz przeciwnie, wzrosło.

Wśród swoich sojuszników wymienia Grzegorza Schetynę, Rafała Grupińskiego i Bronisława Komorowskiego. Z drugiej strony, piarowiec Igor Ostachowicz, do którego Tusk ma zaufanie, oraz bliski premierowi Jan Krzysztof Bielecki podobno odradzają podejmowanie przed wyborami zbyt wielkiego reformatorskiego ryzyka.

Podczas ostatniego posiedzenia klubu poświęconego planom rządu to Schetyna razem z Gowinem stali za atakami na niejasną ich zdaniem rządową strategię finansową. Za ich namową mocne przemówienie wygłosił bliski Schetynie rzecznik klubu Andrzej Halicki. – Nie możemy unikać rozwiązania problemu „mundurówek” i reformy KRUS, bo tego oczekuje nasz elektorat – przestrzega Halicki. Bliski Tuskowi Waldy Dzikowski studzi te zapędy: – Emerytury mundurowe będą dyskutowane. Rząd zwróci się o konsultacje do tych grup zawodowych. Będziemy czekać na ich opinię, a w niedalekiej przyszłości dojdziemy do kompromisu. Na tapetę pójdzie konsolidacja finansów i służba zdrowia, a reformy wrażliwe społecznie będą omawiane i wprowadzane wtedy, kiedy osiągniemy porozumienie ze stronami, których dotyczą te zmiany.

Z oczywistych powodów Platforma nie może się już powoływać na prezydenckie weto, ale jest wyjście awaryjne. – Zawsze można przywołać ograniczenie w postaci niechęci koalicjanta do wielu odważnych i potrzebnych reform – mówi jeden z posłów PO. Ale nie brak też radykalnych opinii: – Trzeba się zmierzyć z PSL. Jeśli nie popierają reform, to trzeba ich postawić pod ścianą i rozpisać nowe wybory – uważa poseł, członek władz Platformy.

Postulat przyspieszenia

Ludzie Schetyny nabrali wiatru w żagle kilka tygodni temu, gdy w ośmiu fotelach wiceprzewodniczących klubu zasiadło tylko dwóch kojarzonych z Tuskiem, reszta jest zorientowana na Schetynę i Gowina. – Jeśli sojusz Schetyna, Komorowski i konserwatywne skrzydło PO przetrwa, to mamy szansę na przejęcie władzy w PO, tak jak zrobiliśmy to w klubie – mówi poseł z konserwatywnej frakcji Platformy. – Nie chodzi tu o zamach stanu, bo nie ma konkurencji dla samego Tuska, ale jeśli mowa o zarządzie partii, to jesteśmy dość mocni. W klubie słychać głosy, że choć Komorowski jako marszałek nigdy nie pozwalał sobie na krytykę rządu, to teraz zaimponował Schetynie i Gowinowi politycznym sprytem, rezerwując dla swoich ludzi miejsca w KRRiT.

Schetyna stworzył parlamentarno-rządowy zespół Platformy, który ma pilnować reform. I choć delegowani do niego Grupiński, Halicki, Rybicki i Gowin słabo znają się na gospodarce, jednak mogą „stawiać się” rządowej części zespołu (Kopacz, Boni, Graś, Ostachowicz, Kwiatkowski). Przykładem jest odwołanie ostatniego sierpniowego spotkania, gdy okazało się, że Ewa Kopacz nie jest gotowa z poprawionymi projektami reformującymi służbę zdrowia. Najbliższe ma się odbyć w przyszłym tygodniu. Kolejny pomysł zdradza liczący się poseł z frakcji konserwatywnej Platformy: – Ja zamierzam wystąpić na jesiennym zjeździe krajowym z tezami przyspieszenia reform i w obronie liberałów, m.in. Balcerowicza czy Gadomskiego z „Gazety Wyborczej”, którzy nie są dziś za bardzo lubiani w rządzie. Podczas ostatniej czerwcowej konwencji delegaci mieli się zająć zmianami w statucie PO, zgodnie z którymi zarząd krajowy miał być poszerzony o 20 osób. Ostatecznie jednak zdecydowano o przełożeniu tych zmian na wrzesień. Wybór nowej Rady Krajowej Platformy, która wskaże między innymi nowych wiceprzewodniczących, sekretarza generalnego i skarbnika partii, odbędzie się 25 września.

Tusk staje zatem przed koniecznością zrobienia prawdziwego remanentu swojego sklepu, by przygotować kolekcję jesienną. Od tego nie ucieknie. Zwłaszcza że wojna toczy się już na całego, a tak naprawdę to staje do niej przede wszystkim poseł Palikot, na którego estetykę i elegancję nauczyli się narzekać – nie bez przyczyn, to jasne – także politycy PO, zwłaszcza, jakoś tak się składa, ci mniej aktywni w przeciwstawianiu się ofensywie Jarosława Kaczyńskiego. Paradoksy Tuska czekają na rozwiązanie. Logika podpowiada, że w tym celu trzeba uruchomić zupełnie nową teorię.

Teoria nieprzegrywania

Być może ta nowa teoria brzmi tak, iż przez przemyślane reformy już się w Polsce nie przegrywa. Że właśnie ten smoleński zgiełk, ta kuriozalna egzaltacja na zasadzie społecznego zmęczenia i przekory daje spokojnym zmianom zielone światło ze strony większości. Tej, której nie słychać tak głośno jak grupy spod krzyża i jej promotorów, ale która zapewnia niewidoczne w telewizji, ale trwałe poparcie projektowi modernizacji.

Wiele wskazuje na to, że konflikt pomiędzy Platformą a PiS wyrwał się z ram typowego sporu partii rządzącej z opozycją; nastąpiła zmiana jakości. Raczej nie jest to sytuacja, kiedy po znużeniu poprzednikami zniechęceni wyborcy naturalną koleją rzeczy oddają władzę opozycji. Z jednej strony jest partia, z drugiej mistyczny związek, który coraz mniej kojarzy się ze sprawowaniem władzy. Zasada sztafety nie jest już zatem oczywista. To może dodawać dzisiejszym wyborcom niezbędnej do akceptowania zmian odwagi i cierpliwości.

Wiele zależy od samego Tuska. Być może teraz jest najważniejszy moment jego kariery, zwieńczenie jego modernizacyjnej opowieści, której przeciąganie aż do wyborów w 2011 r. raczej nadszarpnie wiarygodność i legendę premiera.

Zwłaszcza że ta nowa, hipotetyczna, choć bardzo prawdopodobna tendencja malejącego oporu przed reformami jest do sprawdzenia chyba tylko w boju. Zdawanie się na sondaże może być mylące, gdyż naturalnym odruchem jest negowanie oszczędności budżetowych, wydłużenia wieku emerytalnego czy prywatyzacji służby zdrowia (zwłaszcza po histerii w czasie ostatniej kampanii). Tu działa jeszcze stereotyp nakazujący bronić się przed jakimikolwiek stratami, nawet wydumanymi, niepewnymi czy odległymi.

Ale w ogólniejszej rachubie sporządzanej przez wyborcę, uwzględniającej polityczne sympatie i głębszą postawę wobec rzeczywistości, koncepcje zmian mogą być realnie przyjmowane. Nie od rzeczy jest spróbować nie przegrać najbliższych wyborów, proponując reformy. Teoria już jest. Ta pięćsetdniowa wojna z PiS może dawać energię – jasną i ciemną – zarówno Platformie, jak i jej wyborcom. Jeżeli Tusk po zwycięstwie Komorowskiego, zgodnie z zapowiedzią w niedawnym wywiadzie dla POLITYKI, uwierzył w istnienie stabilnego promodernizacyjnego elektoratu, nadchodzi czas sprawdzania tej wiary.

 

Polityka 35.2010 (2771) z dnia 28.08.2010; Kraj; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "500 dni pracy i wojny"
Reklama

Czytaj także

Świat

PiS wprowadza „ruski ład”? Polska spiera się z UE, Kreml klaszcze

„Ruski ład” w Polsce to scenariusz, któremu Kreml kibicuje od lat. Zresztą do tej pory prognozy Rosjan sprawdzają się co do joty. Co to oznacza? Że Polska z Unii formalnie wprawdzie nie wystąpi, ale osunie się na jej peryferie.

Agnieszka Bryc
22.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną