Nowa lewica ze starą twarzą

Przeczekać Palikota
Lewica stoi dziś na dwóch nierównych nogach. Czy się wywróci?
SLD, a przynajmniej główny człon tej partii, wywodzi się z PZPR, z partii rządzącej. I to widać, słychać i czuć.
Wojciech Surdziel/Agencja Gazeta

SLD, a przynajmniej główny człon tej partii, wywodzi się z PZPR, z partii rządzącej. I to widać, słychać i czuć.

Kalkulacja działaczy SLD jest prosta. Uważają, że trzeba przeżyć Palikota, tak jak PSL przeżył Leppera.
Mirosław Gryń/Polityka

Kalkulacja działaczy SLD jest prosta. Uważają, że trzeba przeżyć Palikota, tak jak PSL przeżył Leppera.

Robert Walenciak jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Przegląd”.
Krzysztof Żuczkowski/Forum

Robert Walenciak jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Przegląd”.

Ile dni upłynęło od wyborów? Niewiele. A w tym czasie Janusz Palikot zdążył wywołać dyskusję na temat wiszącego w sali plenarnej Sejmu krzyża oraz zapowiedzieć, że złoży wnioski o rozwiązanie IPN i o rozpoczęcie prac nad ustawą, która lepiej chroniłaby lokatorów przed eksmisją. Wystąpił też na wszystkich prawie okładkach i we wszystkich programach. Media zachłystują się tą nowością.

A co na to ta mniejsza z partii odwołujących się do lewicowego elektoratu, czyli SLD? Oni zajmowali się wybieraniem szefa. I już pierwszy krok został uczyniony – odpowiedzią na ofensywę palikotowców jest Leszek Miller jako przewodniczący klubu SLD. Prof. Jacek Wódz skomentował to krótko: „to sygnał, że SLD umiera”. Osobiście sądzę, że komunikat o śmierci SLD jest przedwczesny, aczkolwiek ten wybór objawem partyjnego zdrowia na pewno nie jest.

Pierwsze dni po wyborach pokazały więc, jakie emocje czekają wyborców lewicy. Zwłaszcza że dwa ugrupowania, które chcą ich reprezentować, różni niemal wszystko. I historia, i osobowości liderów, i organizacja, i samo działanie.

Palikot nie ma struktur, za to znakomicie czuje dzisiejsze czasy, medialność, która rządzi. Tu jest mistrzem; w Polsce jeśli chodzi o przyciąganie uwagi lepszy jest od niego jedynie Jarosław Kaczyński. A i to nie zawsze. Więc siłą rzeczy Palikot nastawiony musi być na medialny dialog z wyborcą. Ludzie, których zebrał, to też nie partyjny aparat, a raczej głowy do gadania. Oni reprezentują twardą lewicę w obszarze spraw światopoglądowych, dotychczas pomijanych przez wielkie media, lekceważonych. Przeważnie wywodzą się z mniejszych środowisk, dotąd orbitujących wokół SLD. Tam trzymani byli na dystans, jeśli ich gdzieś dopuszczano, to na mniej eksponowane miejsca mandatowe, te niebiorące. Sporo w tej grupie osób mających odwagę prezentować swoje poglądy, nieliczących, że kiedykolwiek spadną na nich z tej przyczyny jakiekolwiek zaszczyty. I niebojących się, że jak powiedzą słowo za dużo, to coś stracą.

Przesuwanie środka

Palikot będzie więc mówił o wszystkim tym, o czym bali się mówić politycy SLD. Podejmie dyskusje, których SLD unikał. Więc gdy politycy Sojuszu mówią, że to wszystko happeningi, że i tak Palikot nic w Sejmie nie przegłosuje, to grzeszą. Grzeszą przeciw roztropności i przeciw demokracji – bo w demokracji jest tak, że ważne zmiany muszą być poprzedzone i przygotowane debatą. Oczywiście, gdy Palikot mówi o zmianie w stosunkach państwo–Kościół, to wiadomo, że niewiele wskóra. Dziś. Bo jutro, gdy będzie miał za sobą coraz więcej przekonanych, będzie mógł wskórać więcej.

W ten sposób jego Ruch przesuwa debatę, jej środek ciężkości, na lewo. Czy raczej – ku centrum, bo przecież polska debata publiczna, poczucie tego, co jest politycznie poprawne, jest mocno przechylona na prawo. Nawet umiarkowani niemieccy socjaldemokraci czy francuscy socjaliści w Polsce traktowani byliby jako niebezpieczni lewacy.

Co na to SLD, partia z malutkim klubem, niemal o połowę mniejszym niż cztery lata temu? Ona z kolei przez najbliższe kilka miesięcy będzie zajmowała się sobą, wyłanianiem władz. Wybór Leszka Millera na szefa klubu jest tropem pokazującym, w którym kierunku to wszystko pójdzie.

Drugim tropem, bo pierwszym był briefing Grzegorza Napieralskiego zaraz po przegranych wyborach. Podczas tego briefingu Napieralski ogłosił, że gdy zbierze się Sejm, zwoła Radę Krajową, a potem, „niezwłocznie” – kongres, który wyłoni nowe władze. I że on nie zamierza kandydować. Jednocześnie stwierdził, że wybory przegrał nie on, ale „drużyna”, do której zaliczył Ryszarda Kalisza, Katarzynę Piekarską, Wojciecha Olejniczaka i Tadeusza Iwińskiego. Wskazał więc na tych, którzy kontestowali jego przywództwo w SLD, a oszczędził swoich wewnątrzpartyjnych sojuszników. Oni – okazuje się – nie byli w „drużynie”.

Intencje Napieralskiego są więc proste. Poszedł na wojnę. Jako winnych porażki wskazał swoich przeciwników, sam co najwyżej plasując się w ich towarzystwie. Co kluczowe – nie oddał władzy w SLD. To on jest przewodniczącym, to on chodzi na spotkania do prezydenta Komorowskiego, to on przygotowuje posiedzenie Rady Krajowej i kongres. I chyba nikt nie przypuszcza, że przygotuje je tak, że wypadną dla niego źle.

Nie sądzę więc, by układ sił w SLD, który zarysował się podczas głosowania w klubie parlamentarnym, mógł specjalnie się zmienić. Napieralski i Miller trzymają tu pakiet kontrolny, i to oni będą wybierać partyjne władze. Ich sojusz jest grą interesów. Millerowi potrzebne są głosy ludzi Napieralskiego, i gdy je przejmie, o Grzegorzu zapomni. Napieralskiemu też potrzebny jest Miller, bo to dla niego jedyna szansa, by nie dać się wypchnąć z polityki. Jeden drugiego wspiera. I to jest zrozumiałe. A dlaczego mają tak duże wpływy w partii?

Po pierwsze, dlatego że ją tworzyli. Obaj byli sekretarzami generalnymi, przewodniczącymi. Są więc częścią SLD, w przeciwieństwie do Ryszarda Kalisza, który dla działaczy partyjnych był zawsze obcym ciałem. Dużym, ale obcym.

Po drugie, dlatego że lepiej wiedzą, czego ta partia chce... Bo owszem, wynik październikowych wyborów był dla SLD szokiem. Ale ważniejsze jest, jakie wnioski z tej porażki zostały wyciągnięte. A w tej sprawie zarysowały się dwa punkty widzenia, dwa warianty. Pierwszy prezentują Aleksander Kwaśniewski, Ryszard Kalisz i tzw. dobre nazwiska związane z lewicą. Oni mówią, że Sojusz przegrał przede wszystkim dlatego, że się zamknął, że był nieatrakcyjny dla różnych lewicowych środowisk. Podobnie zresztą, jak nieatrakcyjny był sam Grzegorz Napieralski. Więc szansą odbicia się jest stworzenie wielkiego ruchu odbudowy lewicy. Nawet nie powrotu do LiD, który był de facto paktem czterech partii, ale próba budowy szerszej formacji, otwartej, rozdyskutowanej.

Ta koncepcja ma swoją logikę, pasuje do niej Ryszard Kalisz jako „miękki” lider, jednoczący różne nurty na lewo od centrum.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną