Kraj

Liberalny umysł

Krasowski: kim jest polski liberał i dlaczego wymiera?

„Choć liberalny umysł głosuje na Platformę, rzadko o niej myśli. Bo z całego politycznego uniwersum jedynym przedmiotem, jaki go interesuje, jest Jarosław Kaczyński”. „Choć liberalny umysł głosuje na Platformę, rzadko o niej myśli. Bo z całego politycznego uniwersum jedynym przedmiotem, jaki go interesuje, jest Jarosław Kaczyński”. Mirosław Gryń / Polityka
Liberalne elity nie bronią Donalda Tuska, lecz władzy. I to każdej władzy. Bronią jej przed populizmem, ignorancją i niekompetencją. Konsekwentnie, wytrwale, bezinteresownie i... niepotrzebnie.
„Liberalny umysł nagle dostrzegł, że elita władzy w Platformie wygląda następująco: coraz bardziej skręcający w prawo Tusk, a obok niego już tylko sami zadeklarowani prawicowcy”.Mirosław Gryń/Polityka „Liberalny umysł nagle dostrzegł, że elita władzy w Platformie wygląda następująco: coraz bardziej skręcający w prawo Tusk, a obok niego już tylko sami zadeklarowani prawicowcy”.
Robert Krasowski.Leszek Zych/Polityka Robert Krasowski.

Miesiąc temu próbowałem opisać prawicowy umysł, czyli poglądy prawicowej elity. Dziś kolej na jego rywala, na umysł liberalny, na poglądy liberalno-lewicowych elit. Na formację, która przez lata głosowała na Unię Wolności, potem na SLD, a dziś popiera Platformę.

Zacznijmy od tego, że choć liberalny umysł głosuje na Platformę, rzadko o niej myśli. Bo z całego politycznego uniwersum jedynym przedmiotem, jaki go interesuje, jest Jarosław Kaczyński. Jego tylko obserwuje, jego analizuje, o nim dyskutuje. Oczywiście nie dlatego, że go ceni, ale dlatego, że się go boi. Lęka się go szczerze i głęboko. Bo Kaczyński w liberalnej opowieści jest postacią straszną.

CZYTAJ TAKŻE: w najnowszym numerze POLITYKI z Robertem Krasowskim polemizuje dziennikarz Liberte! Marcin Celiński>>

Prawica nie potrafi tego zrozumieć, bo jej własna niechęć do Tuska, choć duża, jest w istocie letnia. Prawica po prostu nie ceni premiera i nie ufa mu. Emocje lewej strony mają inną skalę. Kaczyński budzi w niej nie tyle niechęć, ile grozę. Od śmierci brata postrzegany jest jako postać nieobliczalna. Ale całkowicie – moralnie, intelektualnie i emocjonalnie. To już nie jest dawny populista, zimny i cyniczny, ale zarazem racjonalny i przewidywalny. Dzisiejszy Kaczyński jest już tylko splotem namiętności – mściwości, desperacji, zuchwalstwa. Dla liberalnego umysłu powrót do władzy Kaczyńskiego to nie porażka, to katastrofa. To narodowy kataklizm.

Popierając rządy Platformy liberalny umysł jest zatem nie tyle prorządowy, ile antyopozycyjny. Ale ta postawa nie jest u niego niczym nowym. Od samego początku, od 1989 r., liberalny umysł uważał, że jego głównym zadaniem jest ochrona władzy przed populistami. Bo liberalny umysł zawsze się ich bał. Lękał się, że zaprzepaszczą to, co z takim trudem udało się osiągnąć.

Nie każdy rząd mu się podobał, jednak żadnemu nie odmówił wsparcia. Bo uważał, że nawet średnio udana władza zawsze jest bardziej racjonalna od cynicznej opozycji i niemądrego tłumu. Raz tylko liberalny umysł odmówił władzy posłuszeństwa. Właśnie wtedy, kiedy rządził Jarosław Kaczyński. Bo nie potrafił mu uwierzyć, że mając władzę, reprezentuje on logikę państwa, a nie logikę mas.

Gdyby się spytać liberalnych elit, czy Tusk dobrze rządzi krajem, odpowiedzi byłyby dalekie od entuzjazmu. Ale też dalekie od niechęci. Bo liberalny umysł nie ma dziś przesadnie wielkich ambicji. To prawica wciąż snuje wielkie plany, to ona wymyśla przyspieszenia, przełomy i kolejne Rzeczpospolite. Liberalny umysł działa inaczej. Kieruje się nie marzeniami, lecz obawami. A dokładnie mówiąc jedną obawą – że do władzy dojdzie awanturnik. Liberalny umysł nie goni więc za marzeniami, wystarczy mu, aby wielkim łukiem omijać potencjalne ryzyko. Choć nie podoba mu się minimalizm polityczny Tuska, w końcu go zaakceptował. Bo uwierzył, że „bolesne reformy” pozwolą Kaczyńskiemu powrócić do władzy.

Ponieważ w Polsce to prawica marzy, a lewica ostrożnie stąpa po ziemi, doszło u nas do rzadko spotykanej zamiany ról. Krytykiem rzeczywistości stała się prawica, jej strażnikiem została zaś lewica. A zatem prawica chce obalić wszystko i wszystkich w imię budowy lepszego świata. Natomiast lewica broni tego świata przed marzycielami, radykałami i wariatami.

To jeden z paradoksów, w który polską politykę wepchnął Jarosław Kaczyński. Bo to on od 1990 r. narzucił prawicy ten styl oceny realiów, polegający na całkowitej kontestacji. I ta antysystemowość prawicy uczyniła z liberalnego umysłu formację prosystemową. Stał się on – jak mówi Kaczyński – obrońcą III RP. Ale stał się nim z konieczności. Bo ktoś musiał wziąć odpowiedzialność za rzeczywistość. Za coś, co może nie jest doskonałe, ale jest jedyną Polską, jaka istnieje. W ten sposób lewica stała się obozem Polski realnej, prawica zaś obozem Polski idealnej.

Choć liberalny umysł głosuje na Platformę, gdyby go spytać, czy ją lubi, odpowiedź byłaby przecząca. Z roku na rok coraz bardziej jej nie lubi. Bo z coraz większą niechęcią patrzy na jej ideową treść. Na stale dokonujący się marsz w prawo. Jeszcze kilka lat temu liberalny umysł sądził, że Tusk jest centrystą, który zręcznie manipuluje tożsamością partii, aby przejąć prawicowe głosy. Z czasem zrozumiał, że jest odwrotnie, że prawicowość jest rzeczywistą pozycją Platformy, a zręczne manipulacje dotyczą właśnie liberalnego umysłu.

Można było udawać, że jest inaczej, dopóki w Platformie był Janusz Palikot, ale po jego wyjściu wszystko się stało beznadziejnie jasne. Prezydenckie prawybory w Platformie okazały się wyborem między dwoma prawicowcami – z jednej strony staroświeckim i sarmackim, z drugiej nowoczesnym i anglosaskim. Liberalny umysł nagle dostrzegł, że elita władzy w Platformie wygląda następująco: coraz bardziej skręcający w prawo Tusk, a obok niego już tylko sami zadeklarowani prawicowcy – Komorowski, Rostowski i Sikorski. A w tle Gowin i Gronkiewicz-Waltz. Oczywiście ich prawicowość jest zupełnie inna niż PiS, jest dyskretna i elegancka, cywilizowana i zachodnia. Co nie zmienia faktu, że Platforma stoi dziś na pozycjach typowych dla europejskiej prawicy. A czasem się wychyla jeszcze bardziej na prawo – w takich kwestiach jak aborcja, śluby gejowskie czy in vitro.

Liberalny umysł nie jest fanatyczny w sprawach światopoglądowych. Przez lata nauczył się ustępstw, przywykł do kompromisów. Jednak dzisiejsza tożsamość Platformy wykracza poza jego elastyczność. Liberalny umysł nie chce się głośno skarżyć, aby nie osłabić rządu. Ale problem narasta. Narasta też jego dyskomfort. Wizja liberalnych elit, owych „elit III RP”, które w państwie Tuska czują się jak u siebie, jest zupełnie nieprawdziwa. Liberalny umysł nie ma poczucia satysfakcji i wcale nie uważa, że rządzą „nasi”. Owszem, dla niego Tusk jest politykiem godnym szacunku, zaufania, a nawet sympatii. Co nie zmienia faktu, że reprezentuje zupełnie inny obóz polityczny, liberałom całkowicie obcy. Jedynie toksyczna obecność Kaczyńskiego potrafiła skleić te obce sobie światy.

To wszystko sprawia, że sytuacja liberalnego umysłu jest dziś nie najlepsza. Nie tylko dlatego, że w dziwnym świecie dwóch prawic zdecydował się zostać sojusznikiem jednej z nich. Ale dlatego, że sojusz z Tuskiem coraz bardziej go niszczy. Jeszcze 10 lat temu liberalny umysł wiedział dobrze, czego chce i czego broni. Chciał szybkich reform, chciał eleganckiej polityki, chciał zachodniej obyczajowości. Dziś – chroniąc Tuska – z tego wszystkiego musiał zrezygnować. Co sprawia, że w jego zachowaniach jest dziś więcej rutyny niż sensu. Chroni władzę, ale już mechanicznie. Nie tylko przed populistyczną krytyką, ale przed wszelką krytyką. Gdyby go spytać, czego z takim uporem broni – nie potrafiłby odpowiedzieć. Wie, przed kim broni, ale nie wie czego.

Liberalny umysł jest dziś ewidentnie zmęczony. Ta formacja zrodziła się 20 lat temu, aby ochronić polską transformację. To była jej misja, to był jej etos. Ale ta misja została ukończona. A następnego celu liberalna elita znaleźć już nie potrafiła. Zbyt długo broniła status quo. Straciła przez to świeżość, straciła zdolność do politycznej diagnozy. Straciła nawet potrzebę takiej diagnozy. Przecież dzisiejsza słabość centrolewicy nie bierze się z braku liberalnych wyborców czy też braku liberalnych liderów, ale z braku intelektualnego powabu samego liberalizmu.

Swego wypalenia liberalny umysł nawet nie zauważył. Nie widzi, że jego dzisiejsza pogarda wobec prawicy bardziej jest odruchem, niż prawem zdobytym własnym umysłowym wysiłkiem. Bo choć potrafi szydzić z książek Jarosława Marka Rymkiewicza czy Jadwigi Staniszkis, to na polemikę z nimi już go nie stać. Nie mówiąc o przedstawieniu własnej wizji. Bo liberalny umysł stracił swoich duchowych liderów. Nie ma dziś swoich Miłoszów, Kołakowskich, Gombrowiczów czy Brzozowskich. Po raz pierwszy od ponad wieku zasoby lewej strony okazują się słabsze. Zapewne prawicowe zasoby też nie są duże, ale to przecież liberalna lewica zawsze była potęgą. To ona nadawała ton. To ona tworzyła diagnozy. To ona była punktem odniesienia.

Liberalny umysł nie widzi swojej słabości. Ale siłę przeciwnika dostrzega wyraźnie. Już to wystarcza, aby rzeczywistość ułożyła się w ponury obraz. Prawicowe jest społeczeństwo, prawicowy jest Kościół, prawicowa jest władza, prawicowa jest opozycja. Co prawda, cały ten prawicowy kontekst, zarówno w II, jak i w III Rzeczpospolitej nie przeszkadzał w dominacji lewicowych elit. Ale wtedy nie było Tuska. Nie było tej miękkiej prawicowości, potrafiącej przejmować głosy miast, młodzieży oraz inteligencji.

Dzisiejszy Tusk wyrósł na największego prawicowego polityka w całej historii III RP właśnie dlatego, że potrafił osadzić prawicę w centrum. Zrobił to, o czym w 1990 r. marzyli nie tylko Mazowiecki i Hall, ale przede wszystkim Jarosław Kaczyński. PO to jest Porozumienie Centrum, któremu się udało.

Liberalny umysł znalazł się w potrzasku. Nie wie, czy uznać potęgę Tuska i zostać niemą frakcją w obcym sobie środowisku, czy zacząć mówić swoim głosem, bić się o własne cele i własną formację. W tej chwili wydaje się, że wybierze opcję pierwszą. Bo przecież on już nie ma własnych celów. Jedyną tożsamością, jaka mu została, jest walka z prawicowym populizmem, więc walczyć z nim będzie pod najważniejszym tej walki sztandarem. Pod sztandarem Platformy.

Jako formacja liberalny umysł powoli zatem ginie. Ale ginie nie dlatego, że zalał ją prawicowy ocean. Ginie z własnej winy. Tonie dlatego, że 20 lat temu przyjął dwie fałszywe przesłanki, których do dziś się trzyma z bezsensownym uporem. Po pierwsze, że populizm jest główną chorobą polityki. Po drugie, że rzeczywistość jest tak krucha, że wymaga heroicznej obrony.

Zacznijmy od populizmu. Lęku przed nim liberalny umysł nabawił się w 1990 r. Ponieważ to była pierwsza polityczna emocja, jakiej doznał w demokracji, została mu ona na zawsze. Jak typowa dziecięca trauma, która prześladuje dorosłych przez całe życie. Bo gdy spojrzymy na historię III RP, zobaczymy, że liberalny umysł zawsze się bał. Równie mocno, co niepotrzebnie.

Wałęsa miał zatrzymać reformy i zniszczyć demokrację. Nie zatrzymał i nie zniszczył. Olszewski miał dokonać zamachu. Nie dokonał. Krzaklewski miał wprowadzić państwo wyznaniowe. Nie wprowadził. Kaczyński miał zaprowadzić autorytaryzm. Nie zaprowadził. Było wiele powodów, dla których żaden z tych polityków nie mógł się podobać liberalnym elitom. Ale nie było żadnego, aby wieszczyć katastrofę.

Kłopot z liberalnym umysłem polega na tym, że nawet po fakcie dostrzec tego nie potrafi. Nie potrafi dostrzec, że niepotrzebnie się bał. Zajęty nowym strachem, zapomina o starym. Przez co nie zauważa głównego rysu populistycznej prawicy. Tego, że jest papierowym tygrysem. Bestią, która gdy tylko dostanie władzę, zamienia się w udomowione zwierzątko. Przecież tak było za każdym razem.

Prawica najpierw przemawiała jako zawodowi rewolucjoniści, a potem działała, jakby była finansowana z kontrrewolucyjnej kieszeni. Kaczyński obniżający podatki, które płacą owe sławne „elity III RP”, był tej postawy modelowym przykładem. Ale było ich więcej. ZChN wspierający liberalne rządy Bieleckiego i Suchockiej. Olszewski pilnujący najbardziej restrykcyjnego budżetu, AWS wprowadzający cztery reformy i prywatyzujący więcej niż ktokolwiek w historii. Prawica robi to, co każda normalna formacja – idzie do władzy z populistycznym programem wyborczym, a rządzi z racjonalnym programem państwowym. Liberalny umysł od 20 lat na to patrzy, ale ciągle tego dostrzec nie może.

To właśnie jest liberalne residuum nielogiczności. Jego luka racjonalności. Jego szaleństwo. Liberalny odpowiednik prawicowego „układu”. Tak jak prawicowy umysł ciągle obawia się spisku elit, tak liberalny – agresji niekompetentnych mas.

Dziś dzieje się to samo. Patrząc na dwadzieścia kilka procent Polaków wierzących w zamach na Lecha Kaczyńskiego, liberalny umysł znowu wpada w panikę. Nie chce dostrzec, że to ciągle ten sam margines społecznej głupoty, który ujawnił się w 1990 r. w głosach na Tymińskiego. Ani trochę szerszy. Z tym marginesem żyjemy od 20 lat i nigdy nie rozstrzygał on o losach polskiej polityki. Nie widać więc powodu, aby się go bać.

Drugi błąd liberalnego umysłu polega na poczuciu, że demokracja i rynek stanowią kruchą konstrukcję. Że polityczny awanturnik, zdobywszy władzę, wszystko może wywrócić. Ale to nieprawda. Spętany ustrojową siatką przez prezydenta, przez szefa NBP, przez sądy, przez konstytucję, premier awanturnik szybciej straci władzę, niż popełni coś szalonego.

Polityczna poprawność zakazuje tego mówić, ale przecież dzisiejsza demokracja została zbudowana w taki sposób, aby wola większości zawsze przegrała z wolą elit. Po to jest niezależny bank centralny, po to jest Trybunał Konstytucyjny, po to są unijne przepisy. Liberalny umysł lubi powracać myślami do epoki IV RP. Ona ma być dowodem zasadności jego lęków. Ale nie jest. Jest tylko kolejnym potwierdzeniem ich nieracjonalności. Bo przecież Jarosław Kaczyński Polski nie podpalił. Owszem, jego praktyki mogły się liberałom nie podobać. Ale Polska po nim była taka sama jak przed nim. Demokracja i rynek trwały bez zmian.

Za sprawą obu powyższych traum liberalny umysł żyje w logice ratowania świata. I to właśnie go niszczy. Sprawia, że popełnia kolejne samobójcze błędy. Źle ocenia sytuację, zawiera niemądre sojusze, wyzbywa się swoich przekonań. Staje się zbyt ostrożny, zbyt pasywny, zbyt elastyczny. I przede wszystkim płytki. Trywializuje się w niepotrzebnych przepychankach. Na prymitywne ataki na rzeczywistość liberalny umysł odpowiadać musi banalną obroną realiów. Dając się wplątać w wojnę Tuska i Kaczyńskiego, liberalny umysł podlega dziś takiej samej degradacji jak umysł prawicowy. Inne są jej mechanizmy, inne przejawy, inna estetyka, ale skala jest ta sama.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Formacja, która była mózgiem polskich zmian, wlepia dziś wzrok w jeden, najmniej ciekawy punkt. W Jarosława Kaczyńskiego. Nie ciekawi jej już ani gospodarka, ani stan państwa, ani kryzys Unii. To jest upadek.

Efekt jest taki, że Polska stała się najbardziej prawicowym krajem w całej Europie. Bo to nie Węgry Orbána, ale Polska Tuska, Komorowskiego i Kaczyńskiego jest dziś bastionem prawicy. I co w tej sytuacji robi liberalny umysł? Prawicowy bastion zamienia w prawicowy raj. Udziela poparcia prawicy.

Robert Krasowski, konserwatywny publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW. Założyciel i naczelny „Dziennika”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Pracuje nad książkową historią III RP. Niedawno ukazał się I tom „Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”.

Polityka 39.2012 (2876) z dnia 26.09.2012; Polityka; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Liberalny umysł"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Ile mamy płci?

Rozmowa z dr n. med. Aleksandrą Jodko-Modlińską, psychologiem i seksuologiem, o nieoczywistej tożsamości płciowej.

Paweł Walewski
08.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną