Kraj

Profesura prezesa

Naukowcy z kręgu Kaczyńskiego. Kim są?

Prof. Jadwiga Staniszkis należała do niedawna do najbliższego prezesowi PiS kręgu naukowców. Prof. Jadwiga Staniszkis należała do niedawna do najbliższego prezesowi PiS kręgu naukowców. Donat Brykczyński/Reporter / EAST NEWS
Profesorowie w gronie ekspertów zespołu Macierewicza i w „rządzie” Piotra Glińskiego dowodzą, że mimo etykiety partii antyinteligenckiej PiS ma pewne wsparcie profesury. Kim są naukowcy, którzy garną się do tej partii i dlaczego to robią?
Prof. Ryszard Terlecki, poseł i członek władz PiS.Leszek Szymański/PAP Prof. Ryszard Terlecki, poseł i członek władz PiS.
Prof. Jan Obrębski, jeden z profesorów „smoleńskich”.Kuba Atys/Agencja Gazeta Prof. Jan Obrębski, jeden z profesorów „smoleńskich”.

Jakby wbrew tej teorii, wśród posiadaczy legitymacji PiS profesorów i naukowców z habilitacją jest stosunkowo niewielu. W ścisłych władzach rodzynek – Karol Karski, doktor habilitowany prawa międzynarodowego, który pełni funkcję rzecznika partyjnej dyscypliny z dużym wsparciem ze strony prezesa. To on rok temu wnioskował o usunięcie z partii „ziobrystów”. Obok niego Ryszard Terlecki, członek komitetu politycznego PiS i jedyny pełnoprawny profesor w tym gronie (specjalista od historii najnowszej Polski i oświaty w Galicji). Żaden jednak nie wszedł do PiS ze świata nauki, obaj niejako „urośli razem z partią”, ich kariery akademickie biegły równolegle z karierami politycznymi.

Mimo to w PiS wyraźnie można dostrzec, niespotykane w innych partiach uwielbienie dla osób z tytułami profesorskimi, czego parakandydat Piotr Gliński jest najlepszym, choć nie jedynym przykładem. – To jest związane z zawodowym i życiowym doświadczeniem Jarosława i Lecha Kaczyńskich. Obaj pochodzili z inteligenckiego Żoliborza, obaj też zajmowali się pracą akademicką – zaznacza Karol Karski. Przykład rzeczywiście szedł z samej góry. Wiele osób przypomina, że w oczach prezesa można było zapunktować mówiąc o jego bracie w formie: „Pan Prezydent Profesor Lech Kaczyński” (zmarły prezydent był profesorem prawa, ekspertem prawa pracy).

- W gruncie rzeczy Jarosław Kaczyński jest nieufny wobec ludzi nauki - twierdzi z kolei Jan Filip Libicki, senator PO, wcześniej działacz PiS, który w Poznaniu organizował poparcie środowisk akademickich dla tej partii. - Oni mają silne poczucie niezależności i niejako wrodzoną skłonność do okazywania wyższości i pouczania. Po co więc miałby wpuszczać do partii kogoś, kogo w gruncie rzeczy nie kontroluje? Nie dopuści więc, by mieli wpływ na PiS, woli ich w roli zaplecza, z którym można porozmawiać, czy nawet podebatować, bez obaw, że zagrożą jego pozycji.

O tym, jak trudno to zaplecze kontrolować, pokazał ostatnio sam prof. Gliński, który otwarcie przeciwstawił się postawionej przez prezesa Kaczyńskiego tezie o zamachu w Smoleńsku.

Krąg pierwszy i drugi

PiS od początku swego istnienia przyciągał profesurę. Zdzisław Krasnodębski, Andrzej Nowak, Jadwiga Staniszkis, Andrzej Zybertowicz, Jan Żaryn, czy Zyta Gilowska od lat nie kryją swojej sympatii do partii i jej prezesa. Co więcej – publicznie ją okazują, ciesząc się wyjątkowym uznaniem Kaczyńskiego. Prezes zawsze wsłuchuje się w ich opinie i oceny, chętnie się na nie powołując. Wystarczy przypomnieć słynną teorię „układu polityczno-biznesowego” sformułowaną przez Zybertowicza, czy sprawę rzekomej „krótkiej listy” osób zagrożonych, o której po śmierci gen. Sławomira Petelickiego mówił prezes PiS. Do jej autorstwa przyznała się później prof. Staniszkis, którą z prezesem wiążą wyjątkowe relacje. Jako jedna z nielicznych osób może pozwolić sobie na otwartą, choć ograniczoną w pewnych granicach krytykę.

Do listy najbardziej zaufanych naukowców trzeba jeszcze dopisać socjologa wsi i byłego szefa Kolegium IPN z nadania prezydenta Kaczyńskiego Barbarę Fedyszak-Radziejowską. Jest ona zarazem wyjątkiem i potwierdzeniem pewnej reguły. Wyjątkiem, bo może pochwalić się „jedynie” doktoratem, za to w kręgach „okołopisowskich” często bywa tytułowana profesorem, co jest zjawiskiem nie tak znowu rzadkim w tym środowisku, które w ten sposób lubi dodawać swym idolom prestiżu.

– PiS jawi się jako partia, która nie tylko deklaruje, ale ma wielki szacunek dla polskiej tradycji. Dlatego część naukowców, głównie historyków, szuka zbliżenia z tymi opcjami ideowo – politycznymi, które tę tradycję chcą honorować - tak Jan Żaryn tłumaczy szczególną relację między naukowcami a PiS-em.

Są wśród nich także profesorowie – parlamentarzyści, którzy tworzą drugi krąg wsparcia partii i prezesa. Jest ich dziewięcioro plus eurodeputowany Ryszard Legutko, były minister edukacji w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Tacy jak on oraz wspomniany poseł Ryszard Terlecki, jego kolega z ław sejmowych, były minister środowiska Jan Szyszko, czy były szef resortu szkolnictwa wyższego, a teraz senator Michał Seweryński (obaj również pełnili te funkcje w rządach PiS) pod skrzydła tej partii trafili wiele lat temu i zdążyli w niej skostnieć.

Co innego sejmowi debiutanci - profesorowie z ostatniego, ubiegłorocznego zaciągu, czyli Krzysztof Szczerski, Krystyna Pawłowicz, Józefina Hrynkiewicz czy Jerzy Żyżyński, którzy przebojem wskoczyli na wysokie miejsca w parlamentarnych zestawieniach (ale nie tylko – pierwsza trójka została wyróżniona w ostatnim rankingu posłów „Polityki”). Wszyscy z nich już wcześniej znajdowali się w orbicie PiS, działając komitetach poparcia dla kandydatury Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta czy współpracując z Jarosławem i jego bratem w czasach, gdy ci zajmowali najważniejsze stanowiska w państwie. Wszystkich prezes osobiście namówił do kandydowania. Niekwestionowaną gwiazdą w tym gronie jest Krystyna Pawłowicz, emerytowana wykładowczyni wydziału prawa UW, ekspert prawa gospodarczego. Właściwie ma wszystkie cechy rasowego parlamentarzysty – frontmana: żywiołowa, z talentem do celnych i ciętych ripost wygłaszanych charakterystycznym, podniosłym głosem. Do tego bardzo aktywna – na koncie 68 wypowiedzi na forum Sejmu, co plasuje ją w ścisłej czołówce posłów.

Po raz pierwszy było o niej głośno cztery lata temu, gdy tuż przed ratyfikacją przez prezydenta Kaczyńskiego Traktatu Lizbońskiego, na łamach „Rzeczpospolitej” zakwestionowała jego zgodność z polską konstytucją. Od tamtej pory znana jest ze swego eurosceptycyzmu, co zresztą chętnie podkreśla. Tym między innymi zaskarbiła sobie uznanie mediów ojca Rydzyka, w których zresztą dość często gości (np. krytykując pomysły zalegalizowania związków partnerskich).

Stała się znana, gdy media doniosły, że podczas debaty aborcyjnej rzekomo wykrzyknęła do posła SLD słowo: spier….j. Posłanka stanowczo zaprzeczała, że tak się wyraziła i złożyła nawet wniosek o sprostowanie stenogramu z obrad (bezkutecznie). Incydent był głośny, choć nie tak bardzo głośny jak jej homofobiczne wystąpienie, w którym obraziła posłankę Annę Grodzką, za co została zresztą ukarana naganą przez komisję etyki poselskiej.

Jak mówi, na kandydowanie do Sejmu zdecydowała się po krótkim tylko zastanowieniu. – Bardzo dotknęła mnie tragedia smoleńska, która mocno osłabiła PiS w parlamencie – mówi posłanka. A że akurat zrezygnowała z pracy na UW po konflikcie z Hanną Gronkiewicz – Waltz, która szefowała jej katedrze, postanowiła partię wzmocnić. I – jak twierdzi – nie żałuje, że „mogła się sprawom Polski poświęcić”. – Traktuję Sejm jak wielką grupę seminaryjną na uniwersytecie, w której mogę prowadzić działalność dydaktyczną, wspierając posłów w kwestiach prawnych – podkreśla z satysfakcją. – Koledzy z klubu zasięgają u mnie rad. Czuję się przydatna.

Ale o działalności czysto politycznej nie chce słyszeć. – Człowiek nauki, który całe życie przyzwyczajał się do niezależności, także organizacyjnej, na emeryturze nie myśli o funkcjach partyjnych – mówi Pawłowicz. I nie jest pod tym względem wyjątkiem, tak jakby posłowie – naukowcy zostawiali sobie szalupę ratunkową, którą w razie mocniejszego wahnięcia mogliby bez szwanku opuścić PiS. Inny poseł PiS, profesor Jerzy Żyżyński nie wykazuje specjalnego zapału do działalności politycznej. Przedstawia siebie jako „człowieka pragmatycznego, nie ideologicznego” i zdecydowanego krytyka twórców polskiego kapitalizmu z Leszkiem Balcerowiczem na czele, „którzy porobili kariery, ale bardzo Polsce naszkodzili”. – Chcę zrobić w Sejmie coś pożytecznego dla naszej ojczyzny, ale nie mam mentalności działacza politycznego – tłumaczy. Jak mówi, woli pisać książki.

– Gdy mnie znajomi pytają, co ja robię w PiS, odpowiadam, że nasz klub to właściwie partia profesorska. Nasi profesorowie są barwni, widoczni i robią dobry użytek ze swojej wiedzy podczas prac parlamentarnych – zachwala koleżankę i kolegów Pawłowicz. Czego podobno nie ma w PO, bo jak zauważa Żyżyński, „PiS szuka inspiracji w środowiskach naukowców, a PO woli wzmacniać swoją pozycję piarowcami" (w rzeczywistości Platforma ma dziewięciu parlamentarzystów – profesorów, tyle co PiS). Łatwo można jednak przewidzieć, że ten snobizm minie tak szybko, jak tylko prezes zdejmie z twarzy kolejną maskę polityka krainy łagodności.

Krąg trzeci

Wielkim rezerwuarem propisowskich kadr, gotowych w każdej chwili do wsparcia PiS i jego prezesa, są stowarzyszenia zrzeszające kadry naukowe z różnych dziedzin powstałe na fali posmoleńskiego uniesienia. Jak mówi jeden z posłów PiS, ich członkowie bywają bardziej pisowscy niż sam Jarosław. Najważniejszym z tych stowarzyszeń, niejako matką wszystkich i wzorem jest Ruch Społeczny im. Lecha Kaczyńskiego kierowany przez Macieja Łopińskiego, szefa gabinetu prezydenta Kaczyńskiego, dziś posła PiS. W deklaracji ideowej ruch stawia sobie za cel m.in. „pilną potrzebę odbudowy instytucji naszego państwa” „przywrócenie polityce jej wymiaru moralnego” oraz „przeprowadzenie głębokiej rekonstrukcji w wielu dziedzinach życia społecznego”. Wiceprezesem i jednym z założycieli ruchu jest prof. Włodzimierz Bernacki, politolog i wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wśród jego członków znaleźć można również wiele profesorskich nazwisk z Krystyną Pawłowicz i Jerzym Żyżyńskim włącznie. Są też Jan Żaryn, Michał Seweryński oraz prof. Stanisław Mikołajczak.

Ten ostatni – językoznawca i profesor polonistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu – na początku 2011 r. założył Akademicki Klub Obywatelski im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który ma podobne cele co Ruch Społeczny. Jego deklarację członkowską wypełniło 255 naukowców, z czego około połowa to profesorowie i doktorzy habilitowani głównie poznańskich uczelni. Znanych i uznanych nazwisk jednak niewiele, właściwie jedynym, który może być szerzej kojarzony jest Tadeusz Zysk, doktor socjologii i założyciel znanego wydawnictwa Zysk i spółka, od dawna jednak poza światem nauki. – To głównie naukowcy w dużej części niespełnieni, bez wielkiego dorobku, za to z ambicjami, dla których chcieliby znaleźć ujście w polityce – mówi poznański polityk. Uwagę zwracają nazwiska kilku księży, w tym Pawła Bortkiewicza z wydziału teologicznego UAM, sympatyka ojca Rydzyka i wykładowcy jego uczelni (profesorowie „toruńscy” to odrębna grupa, która w dość ograniczonym zakresie zazębia się z naukowcami sprzyjającymi PiS).

Podobne kluby, choć zdecydowanie mniej prężnie, działają także w innych miastach – Łodzi i Krakowie. W Warszawie działa zaś jeszcze kierowane przez Jana Żaryna stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza, powołane dwa lata temu niejako w kontrze do rozłamowej, postpisowskiej partii o tej samej nazwie. W jej składzie również aż roi się od profesorów, głównie historyków, ale są też socjologowie, m.in. Zdzisław Krasnodębski i parakandydat na premiera, Piotr Gliński.

Na razie propisowsko nastawieni naukowcy stanowią mniejszość na publicznych uczelniach, ale jako grupa zdyscyplinowana i dobrze zorganizowana są widoczni i wpływowi. Doskonale wykorzystują przy tym bierność większości profesorów, którzy mają centrowe i lewicowe poglądy, jednak wolą się nie wychylać, by przypadkiem nie stać się celem zmasowanego ataku „patriotycznych sił”. Są one silne na poznańskim uniwersytecie, ale najbardziej na uczelniach kościelnych, takich jak Katolicki Uniwersytet Lubelski czy warszawski Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Władze tego ostatniego nie tylko że od dawna chętnie przygarniają pod swój dach profesorów o prawicowych poglądach – związani z nim byli lub są nadal m.in. Lech Kaczyński, Jan Żaryn, Krystyna Pawłowicz czy Zdzisław Krasnodębski. UKSW jest też gospodarzem budzących kontrowersje spotkań i konferencji. W murach tej uczelni gościł na przykład homofobiczny amerykański psycholog Paul Cameron, ostatnio odbyła się tam I Konferencja Smoleńska, która zgromadziła naukowców podważających ustalenia komisji Millera na temat przyczyn katastrofy z 10 kwietnia 2010 r.

- Katastrofa smoleńska otworzyła ludziom oczy na to, że polskie państwo nie broni polskich interesów, że nie działają mechanizmy, które pozwalają wyjaśnić taki wypadek – grzmi prof. Mikołajczak. Pytany, czy profesorowie powinni tak mocno angażować się politykę wychodząc poza swoje specjalizacje, bez wahania odpowiada twierdząco: – Są takimi samymi obywatelami jak inni i mają do tego święte prawo. Co więcej, jako elita narodu mają moralny obowiązek lepiej rozumieć życie polityczne i tłumaczyć je ludziom, a nie ograniczać się wyłącznie do swych wąskich specjalności.

Jednak niektórzy naukowcy patrzą na to inaczej i nazywają takie postawy nadużyciem. – Owszem, naukowiec może, a nawet powinien zabierać głos w sprawach publicznych, ale tylko wtedy, gdy jego wiedza o charakterze eksperckim jest do tego użyteczna. Gdy wychodzi poza własną specjalizację i wiedzę ekspercką, nadużywa autorytetu instytucjonalnego związanego z pełnioną funkcją i uczelnią, na której pracuje ­– twierdzi prof. Jacek Raciborski, socjolog polityki z UW.

Krąg czwarty

Jaskrawym przykładem takiej postawy jest działalność bliskich PiS i mocno przez niego hołubionych „profesorów smoleńskich”, którzy badają przyczyny katastrofy smoleńskiej, choć w gruncie rzeczy nie znają się na lotnictwie. Dotyczy to zarówno ekspertów pisowskiego zespołu Antoniego Macierewicza ze słynnym prof. Wiesławem Biniendą na czele, jak i uczestników pamiętnej Konferencji Smoleńskiej, która odbyła się jesienią ubiegłego roku na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Choć w jej organizację zaangażowanych było około stu profesorów, nie było wśród nich żadnego eksperta, który zajmowałby się budową i eksploatacją samolotów, o badaniu katastrof nie wspominając. Byli za to prof. Piotr Witakowski, ekspert od budowli betonowych, jego kolega z Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie, znawca matematyki stosowanej prof. Jacek Rońda oraz prof. Jan Obrębski z Politechniki Warszawskiej, ekspert od mechaniki prętów cienkościennych czy lekkich konstrukcji przestrzennych.

Już wtedy z ich ust można było usłyszeć teorie o możliwym wybuchu, zamachu i brzozie, która nie mogła się złamać i jednocześnie przełamać skrzydła Tupolewa. – Eksperci lotniczy odcięli się od tej konferencji, gdy tylko zorientowali się, o co chodzi. Ci, którzy propagują teorie o zamachu są jak sekta. Wierzą fanatycznie w to, co głoszą, a fakty, które do niej nie pasują, odrzucają. Nie da się z nimi merytorycznie rozmawiać – mówi jeden z wykładowców renomowanego Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej. Od tez swych profesorów oficjalnie nie odcięły się za to ich macierzyste uczelnie, wśród których można znaleźć tak znane i renomowane jak właśnie krakowska AGH, czy warszawska politechnika. – To ich prywatne poglądy i uczelnia nie ma z nimi nic wspólnego – mówi rzecznik AGH Bartosz Dembiński.

„Polityka” próbowała skontaktować się z jednym z profesorów, którzy uczestniczyli wówczas w konferencji. Na maila odpowiedział jedynie prof. Lucjan Piela, chemik z UW, który stwierdził m.in., że „żadna konferencja naukowa niczego nie ustala, jest to tylko forum prezentacji i krytycznej, choć niewyczerpującej, analizy. Dopiero wielokrotnie zweryfikowane wyniki mają w nauce znaczenie”. Zaprzeczył również stanowczo, by organizatorzy konferencji kierowali się sympatiami politycznymi. „Kierowanie się jakimikolwiek sympatiami politycznymi w sprawach kilogramów, metrów i sekund w RZETELNEJ nauce [pisownia oryginalna – red.] nie wchodzi w grę. To nie ta przestrzeń” – napisał profesor.

Zdaniem profesora Radosława Markowskiego z Instytutu Studiów Politycznych PAN, PiS i sprzyjający mu naukowcy trwają w swoistej symbiozie. – PiS cierpi zarówno na słabe poparcie wśród ludzi z wyższym wykształceniem, jak i niedobór intelektualnego zaplecza, więc każdy profesor, który głosi zbliżone poglądy jest wywyższany i hołubiony, nawet ponad miarę. Naukowcom to schlebia, bo wielu z tych, choć rzecz jasna nie wszyscy, którzy wiążą się z PiS, to przedstawiciele naszej lokalnej profesury i lokalnych instytucji naukowych, bez znaczącego w skali Europy czy świata dorobku naukowego – zaznacza.

- Prawda jest taka, że wybitni naukowcy nie mają czasu zajmować się polityką, bo prowadzą poważne badania, publikują i jeżdżą po świecie. W politykę bawią się głównie ci z wielkimi ambicjami, którzy z różnych powodów nie są już w stanie zrealizować ich na polu naukowym – dodaje znany poseł, były polityk PiS.

Powodów jest więcej. PiS jest atrakcyjne dla profesury mniej więcej z tych samych przyczyn, dla których wciąż utrzymuje się wysoko w rankingach społecznego poparcia. Przedstawia się jako partia szczególnie mocno zatroskana nie tylko o państwo i jego problemy, ale także o społeczeństwo rozumiane przede wszystkim w kategoriach narodowych. Chętnie definiując różnorakie problemy jako zagrożenie dla rozwoju kraju, a nawet podstaw jego bytu, często wysyła w eter ostrzeżenia na wzór sienkiewiczowskiego „larum grają”. Czy można wyobrazić sobie lepszą zachętę dla tej części naukowców, dla której żywe są tradycje poszlacheckiej inteligencji konserwatywnej z etosem zamykającym się w haśle „Bóg, Honor, Ojczyzna”?

Jarosław Kaczyński sprytnie odnalazł ambitnych w profesorach zasób świeżych sił, którymi można wypełnić ubytki po kolejnych secesjach. Swoje możliwości pokazują zwykle wtedy, gdy prezes po raz kolejny chowa na moment swoją „smoleńską twarz” i odgrywa rolę zatroskanego o los państwa i jego obywateli męża stanu. Gdy ta rola mu się nudzi, wracają na swoje miejsce - do drugiego szeregu, z perspektywą powrotu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama