Kraj

Trybuni ludu

Niepokorni prawicowi dziennikarze przeciw sobie

Od lewej: Paweł Lisicki i Michał Karnowski z pierwszym numerem „Uważam Rze”. Od lewej: Paweł Lisicki i Michał Karnowski z pierwszym numerem „Uważam Rze”. Bartłomiej Zborowski / PAP
Po ostrej szarży przeciwko własnemu wydawcy publicyści „Uważam Rze” poszli na razie w rozsypkę. Ale niektórzy już sięgają po szable. Niewykluczone, że zwrócą je przeciwko sobie.
„Uważam Rze” miało być klinem wbitym w lukę ideową, powstałą po tym, jak „Wprost” pod rządami Tomasza Lisa radykalnie zmienił kierunek.Marek Lasyk/Reporter „Uważam Rze” miało być klinem wbitym w lukę ideową, powstałą po tym, jak „Wprost” pod rządami Tomasza Lisa radykalnie zmienił kierunek.
„Uważam Rze” miało kilka cech, które zapewniło temu pismu sukces w pewnej grupie czytelników.Michał Dyjuk/Reporter „Uważam Rze” miało kilka cech, które zapewniło temu pismu sukces w pewnej grupie czytelników.

Jest ich nie więcej niż 20, ale mają ambicję, aby nadawać ton całej prawicy. Nazywani przez wrogów zakonem, hordą, watahą lub prawicową jaczejką. Po utracie ostatniej ważnej reduty – „Uważam Rze” – ich drogi się rozchodzą. Jacek i Michał Karnowscy odjechali, jeśli to jeszcze możliwe, bardziej w prawo, do założonego przez siebie, a finansowanego przez związaną ze SKOK spółkę, dwutygodnika „W sieci” (niebawem tygodnika). Wespół z towarzyszami dziennikarskich bitew: Piotrem Zarembą i Łukaszem Warzechą. Los reszty nie jest do końca znany, choć już pojawiły się podziały. Niektórzy ponoć zarzekają się, że za coraz bliższymi ojcu Rydzykowi Karnowskimi nigdy nie pójdą.

Dominik Zdort został w „Rzeczpospolitej”. Igor Janke, Rafał Ziemkiewicz, Bronisław Wildstein, Piotr Semka, Igor Zalewski i Robert Mazurek być może podążą za byłym naczelnym „Uważam Rze” Pawłem Lisickim, który zapowiedział stworzenie nowego prawicowego tygodnika „którego polityczne potęgi będą się bać”. Także Cezary Gmyz ogłosił, że wraz z Lisickim pracują nad nowym projektem.

Mądrzejsi niż PiS

Media to w istocie centralny punkt zainteresowania tego środowiska, pewnego siebie i swojej biznesowej wartości. Dlatego ich stosunek do PiS jest specyficzny: z jednej strony gloryfikacja zwłaszcza Jarosława Kaczyńskiego, bo już nie jego ludzi, z drugiej – wyczuwalne poczucie niezależności, a nawet wyższości generalicji, która wie lepiej, jakimi posunięciami PiS ma odzyskać władzę. To taki trochę samozwańczy pisowski think-tank, dodający tej intelektualnie martwej formacji umysłowego sznytu. Wszystko, co zdaniem tej grupy służy pokonaniu Platformy, zyskuje uznanie, a to co ich zdaniem temu szkodzi, budzi krytykę.

Nie ominęła ona samego prezesa PiS, że znowu nie wytrzymał, że coś chlapnął, słupki sondaży opadły, a było już tak dobrze. Niepokorni wybaczą Kaczyńskiemu wszystko, ale nie kolejną przegraną. Ta specyficzna pragmatyczna ideologiczność jest charakterystyczną cechą tej grupy. Nie tyle chcą służyć PiS, ile sprawić, by to podsterowany przez nich PiS spełnił wreszcie ich plany.

A głównym politycznym projektem jest polska wersja orbanizmu. Fascynacja węgierskim premierem Victorem Orbánem (ukazała się właśnie książka o nim pióra Igora Jankego) jest zrozumiała. Orbán to polityk bezwzględny, a zarazem zręczny, elastyczny i pragmatyczny. Konserwatysta – realista, który gromko sprzeciwił się Unii, ale potem, po cichu, spuścił z tonu. Przejmuje instytucje państwa pod kontrolę swojej partii i karci niesforne media, ale pod hasłem walki o zagrożoną tożsamość narodu. Ma konstytucyjną większość i może robić bez trudu, co chce, ale jest oczywiście mężnym „wojownikiem”. Orbán jest dokładnie takim skutecznym pragmatykiem, jakiego niepokorni potrzebują, a jakim nie chce albo nie potrafi być Kaczyński. Ale projekt wciąż jest aktualny. I gdyby nagle lepszy okazał się wyjęty np. z PO Jarosław Gowin, to czemu nie…

Wszystko jest polityką

„Uważam Rze” miało kilka cech, które zapewniło temu pismu sukces w pewnej grupie czytelników. Pierwsza to panpolityczność. Niemal każdy tekst w tym tygodniku zawierał komponent ideologicznej walki. Kultura, ekonomia, historia, edukacja, Europa, cywilizacja – to są poligony, gdzie wszystko ma swój polityczny znak, plus lub minus. Nie było tematów obojętnych. Publicyści „URze” odkrywali przed czytelnikami świat, jakiego zaprojektowani przez nich odbiorcy oczekiwali: pełen ukrytych kodów, politycznego darwinizmu, tajnych zamiarów krajowego i europejskiego lewactwa, skomplikowanych gier Moskwy, Brukseli, Berlina.

Druga cecha tej grupy to bezprecedensowy w polskiej prasie lans. Publicyści nabożnie recenzują nawzajem swoje książki (kilku z nich uprawia także twórczość beletrystyczną i eseistyczną), przeprowadzają ze sobą wywiady i nawzajem się cytują. Fraza Piotra Zaremby, którą można streścić: „jak trafnie zauważył Michał Karnowski…”, stała się już przedmiotem żartów i złośliwości, ale celnie oddaje to zjawisko publicystycznej samowystarczalności i poczucia wyższości. A Igor Janke, po zwolnieniu Lisickiego przez Grzegorza Hajdarowicza, na swoim portalu gromko wezwał naród do przebudzenia. Przebudzenie, na dobry początek, miało nastąpić podczas spotkań promocyjnych jego książki o Orbánie, których dokładny spis z miejscami i godzinami zamieścił w tym samym blogu.

Wzruszające są też reklamy pisma braci Karnowskich „W sieci”. Na jednej z nich Jacek Karnowski, na zdjęciu jakby z policyjnej kartoteki, oświadcza, że jemu „naprawdę nie jest wszystko jedno”, na innej Marzena Nykiel głosi: „bo naprawdę kocham Polskę”. To już nawet nie szantaż emocjonalny, to dyktat gustu, z którym nie bardzo wiadomo co robić.

 

Bo kolejna cecha niepokornych to specyficzny brak poczucia obciachu. Już sama nazwa „niepokorni” wzbudziła w branży dziennikarskiej gromki śmiech, ale byli twardzi i nie odpuścili. Czasami, prywatnie dopytywani, przyznawali z niejakim zakłopotaniem, że to po prostu chwyt marketingowy. Teraz jednak Michał Karnowski grozi nowemu kierownictwu „Uważam Rze” procesem sądowym, jeśli pismo nie zrezygnuje z hasła „Tygodnik autorów niepokornych”. Na portalu Karnowskich wPolityce.pl ukazał się niedawno sondaż z pytaniem, czy internauci kupią ich nowe pismo „W sieci”, które wzbogaci pakiet mediów „stojących po stronie prawdy”. Na okładce ich pisma widnieje napis – w istocie klon tego z „URze”: „Odważne pismo dla ciekawych”.

Ten patos i brak zahamowań w prezentowaniu siebie jako jedynych honorowych na tle morza kłamstwa, to istotny wyróżnik tej grupki. Podobnie jak bardzo częste używanie formuły „my” i „wy”, z jednoczesnym zarzucaniem innym publicystom braku obiektywizmu i służalczości. (To jedyne w Polsce pismo polityczne, które innym dziennikarzom poświęciło dziesiątki brutalnych, a nawet wulgarnych pamfletów).

Te dziwactwa, wydawałoby się bardzo krępujące, wprawiające resztę branży medialnej w zdziwienie graniczące z osłupieniem, były jednak gromko oklaskiwane przez czytelników „Uważam Rze”. Bo to do nich jest adresowany ten przekaz, inne wrażliwości nie mają znaczenia. To z założenia jest nisza, tyle że duża, zakreślona tak jak elektorat PiS. Niepokorni publicyści odgrywają tu rolę środowiskowych celebrytów, którzy wyjaśniają innym, dlaczego ci mają kogoś nie lubić, kto ich krzywdzi, i o co tak naprawdę chodzi wrogom polskości.

Sojusze, podziały, odejścia

Kim są owi niepokorni i skąd się wzięli? Historia sympatyzujących z prawicą dziennikarzy pełna jest gwałtownych podziałów, honorowych odejść, zaskakujących sojuszy i spektakularnych powrotów. Pod tym względem podobieństwo z prawicowymi partiami jest wręcz uderzające.

Detonatorem była tzw. lista Wild­steina, nieformalnego lidera i idola całej grupy, podziwianego za opozycyjną kartę z czasów PRL i antykomunistyczny radykalizm. Dla prawicowych polityków i publicystów wykradziony z IPN skorowidz był dowodem, że tysiące dawnych agentów oplotło kraj czerwoną pajęczyną. Eksplozja nastąpiła, gdy Grzegorz Gauden, ówczesny redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”, postanowił zwolnić Wildsteina z pracy (uznał że publicysta „wykroczył poza rolę dziennikarza i przyjął postawę polityka”). Ta dymisja podzieliła redakcję; pod siedzibą „Rzeczpospolitej” odbyła się manifestacja, a dziennikarze napisali list w obronie zwalnianego publicysty. – Sprawa „listy Wildsteina” dała im pretekst do głośnego zaistnienia i zamanifestowania tego. Są światopoglądowo konserwatywni, czasami bardzo, ocierający się o nacjonalizm, w hasłach społecznych często dziwnie blisko lewicy, opowiadający się za większym udziałem państwa w gospodarce, pełni uprzedzeń wobec Unii Europejskiej i obaw o demoralizację płynącą z Brukseli i głęboko nieufni wobec Niemiec. Do tego obsesyjnie nieznoszący „Gazety Wyborczej”, noszący chyba głębokie urazy ze względu na dość poślednią ich zdaniem rolę, jaką odgrywali w życiu politycznym i medialnym w latach 90. – uważa Gauden.

Głośne narzekanie na zły los, który rzekomo wypchnął ich z głównego medialnego nurtu, ucichł na moment – w czasach rządów PiS, gdy związani z prawicą publicyści zajęli z nadania nowej władzy kierownicze stanowiska w mediach publicznych (m.in. Bronisław Wildstein został prezesem TVP, Piotr Skwieciński prezesem PAP, Krzysztof Czabański prezesem Polskiego Radia). Ale wcześniej bynajmniej nie koczowali poza mainstreamem. Obsadzali stacje telewizyjne (TV Plus), stacje radiowe (sieć Plus) także gazety, które były głównymi kuźniami prawicowych kadr medialnych. Oprócz „Rzeczpospolitej” rekrutowali się głównie z „Życia Warszawy” i „Życia”, którymi kierował Tomasz Wołek. To w „ŻW” pierwszy raz przećwiczyli manewr, który później zastosowali w „Uważam Rze”. Kiedy w 1995 r. włoski właściciel „ŻW” zwolnił Tomasza Wołka, większość zespołu odeszła wraz z nim i założyła „Życie”. Zresztą niedługo potem zwrócili się przeciwko samemu Wołkowi. Gdy ten rozstał się z Wildsteinem, swoim ówczesnym zastępcą, z „Życia” zaczęli odchodzić kolejni publicyści.

Zasilili inne, również mainstreamowe gazety – najpierw „Newsweek” (Zaremba, Zdort, Ziemkiewicz, na jego łamach dał się też poznać Michał Karnowski), a następnie także wydawany przez ten sam „niemiecki” koncern Axel Springer „Dziennik” (Zaremba, Karnowski, Mazurek, krótko także Semka i Gmyz), który za rządów PiS zdecydowanie opowiedział się po stronie IV RP, dopiero później złagodził tę linię. Zresztą „Dziennik” i „Rzeczpospolita” w tamtym czasie często wchodziły ze sobą w spory, gdyż konkurowały o tych samych, konserwatywnych czytelników.

Jacek jak pięść

Część niepokornych – m.in. Janke, Gmyz, Wildstein – zawitało na chwilę również do skręcającego wówczas w prawo „Wprost”. Zaciekłym antykomunistom nie przeszkadzało, że idą do gazety, którą rządzi były sekretarz KC PZPR. Jednak dla wielu dziennikarzy największym szokiem była przemiana, którą przeszedł Michał Karnowski. – Pracowałem z nim przez kilka lat i nie pamiętam, by kiedykolwiek ujawniał swoje poglądy polityczne. Był zdolnym, pracowitym autorem, który w krótkim czasie przeszedł drogę od zwykłego, liniowego dziennikarza do uznanego publicysty politycznego. Jedyna jego światopoglądowa deklaracja to może udział w manifestacji poparcia dla Bronisława Wildsteina po jego zwolnieniu z „Rzeczpospolitej” – wspomina były dziennikarz „Newsweeka”. Niektórzy mówią o wpływach brata bliźniaka – Jacka Karnowskiego, byłego szefa „Wiadomości” za rządów PiS, którego część środowiska porównuje do Jarosława Kaczyńskiego. – Jacek jest jak pięść. Ma jasne i ostre poglądy. Michał, trzymając się porównań do Kaczyńskich, jest raczej jak Lech, to znaczy spokojniejszy i bardziej ważący racje – twierdzi ich znajomy.

Od końca 2006 r., gdy naczelnym „Rzeczpospolitej” został Lisicki, kolejni prawicowi publicyści zaczęli zasilać najpierw ten tytuł, a potem „Uważam Rze”. – W „Rzepie” ich ulubionym zajęciem była lustracja. Żartowaliśmy, że niedługo przekopią się pod ulicą Prostą, gdzie mieści się redakcja „Rzeczpospolitej”, by ułatwić sobie przynoszenie kwitów z pobliskiego IPN – wspomina były dziennikarz „Rz”. Powrót do „Rzeczpospolitej” i publicznych mediów, objęcie „Dziennika” to był nie tylko prestiżowy, ale również materialny awans, na który prawicowi publicyści długo czekali. – Ci o najbardziej znanych nazwiskach brali po 20 tys. zł, pisząc w sumie dość rzadko – wspomina były redaktor „Rz”. Podobnie było w „Dzienniku”, gdzie redaktorzy i dziennikarze, szczególnie w początkowym stadium istnienia gazety, dostawali najwyższe chyba na rynku prasowym pensje. (Ale już na swoim, w „Uważam Rze”, potrafili pisać po kilka artykułów tygodniowo).

Maciej Łętowski, były wicenaczelny „Życia”, do niedawna członek zarządu Presspubliki, wydawcy „Rz” i „URze”, mówi, że Karnowscy w „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” to był jedynie sojusz taktyczny z grupą Lisickiego, która jest o półpokolenie starsza od nich i ma inne korzenie ideowe. – Lisicki wyciągnął do nich rękę po upadku „Dziennika”. Ale Karnowscy cały czas mieli ambicję, by zbudować coś własnego. Najpierw, posiłkując się potencjałem autorskim Presspubliki, stworzyli portal wPolityce.pl, który był konkurencyjny wobec portalu „Rzeczpospolitej”. A potem zaczęli myśleć o własnym piśmie, do którego „Uważam, Rze” było pierwszym jedynie krokiem – mówi Łętowski. – To świadczy o ich sprycie i pewnej naiwności Lisickiego, który właśnie został na aucie. Czas nie działa na jego korzyść. Za dwa miesiące nie będzie miał czego zakładać. Karnowscy są przebojowi, organizacyjnie sprawni, nie mają tylu skrupułów co Lisicki. Dynamika jest taka, że to Karnowscy staną się twórcami prawicowych mediów na wzór Tomasza Sakiewicza z „Gazety Polskiej”, a może nawet ojca dyrektora Rydzyka.

Kierunek toruński

Założone w lutym 2011 r. „Uważam Rze. Inaczej pisane” było gazetą nawiązującą do sukcesu „Rzepy” kierowanej przez Lisickiego. Miało być klinem wbitym w lukę ideową, powstałą po tym, jak „Wprost” pod rządami Tomasza Lisa radykalnie zmienił kierunek.

Światopogląd niepokornych najlepiej chyba wyłożył Bronisław Wildstein w numerze z okładką zmartwychwstałego Chrystusa, który pojawił się w kioskach tuż przed zeszłoroczną Wielkanocą. Tekst nosił tytuł „Nowy alfabet Wildsteina”. Były szef TVP ustawił celownik na głównych wrogów – od III RP, politycznej aktywności gejów, feministek, unijnej koncepcji praw człowieka przez „Gazetę Wyborczą” (wróg numer jeden) i POLITYKĘ po Władysława Bartoszewskiego i Kazimierza Kutza.

Ważny odcinek w „URze” przypadł właśnie braciom Karnowskim, którzy wzięli na siebie ciężar prowadzenia wywiadów z głównymi postaciami prawicy. Właściwie trudno te rozmowy nazwać wywiadami. To były raczej pogawędki, w których Karnowscy pełnili rolę naprowadzających na właściwy tor. Wszystko przebiła rozmowa z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, który z zasady nie rozmawia z innymi mediami niż swoje. Karnowscy głęboko pochylili się nad niedolą redemptorysty z Torunia: „A jak ojciec radzi sobie z tą straszną presją? Z tymi setkami szyderstw, atakami, złośliwościami. Po ludzku ciężko to pewnie wytrzymać” – brzmiało jedno z pytań. Cały wywiad utrzymany jest zresztą w konwencji słynnego tekstu Michała Karnowskiego z „Dziennika”, w którym w 2007 r. dzisiejszy lider niepokornych równie nisko pochylił czoła przed strudzonym premierem Kaczyńskim, „żelaznym kanclerzem IV RP”, wracającym z gospodarskiej wizyty w Małopolsce i wzbudzającym spontaniczny szacunek.

Marek Migalski, europoseł PJN, który niegdyś przechrzcił radykalny i napastliwy portal Karnowskich z „wPolityce.pl” na „wpotylicę.pl”, uważa jednak, że rozejście się zespołu „URze” zuboży polską prasę. – Dla mnie to było najciekawsze środowisko dziennikarskie w sensie intelektualnym, choć w PJN akurat mocno uderzali. Wiele tekstów, które tam odnajdowałem, uważałem za mądre i cenne. Środowisko „Uważam Rze” potrafiło wykształcić ciekawy kontrapunkt do tego myślenia, które prezentuje choćby POLITYKA. Bez nich będziemy mieli „Newsweek” Tomasza Lisa z jednej strony i „W sieci” Karnowskich z drugiej. To nie będzie dobre dla debaty publicznej, bo to będą pozycje polityczne.

Zdaniem Tomasza Wołka to upolitycznienie jest jednak typowe dla niepokornych. – Tylko część z nich uważa się za dziennikarzy. Są przekonani, że przypadła im o niebo ważniejsza rola: tych, którzy podają ideowe nuty, wyznaczają polityczne kierunki. Są szturmowymi brygadami walczącymi o prawdę.

I o prawdziwy rząd dusz na prawicy.

Polityka 50.2012 (2887) z dnia 12.12.2012; Temat tygodnia; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Trybuni ludu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną