Kraj

Jak policja lewaruje

Policyjne statystyki pełne cudów

Policjanci podczas akcji „Miś ratownik”. Policjanci podczas akcji „Miś ratownik”. Michał Dyjuk / Reporter
Niebawem umrze Temida, słynny policyjny system statystyczny, który był zmorą funkcjonariuszy i ofiar przestępstw. Nie oznacza to jednak śmierci policyjnych statystyk, bo bez nich nie ma sukcesu.
Policjanci bronią się, że dla nich ważniejsze jest dbanie o bezpieczeństwo ludzi, a nie tracenie czasu na bzdurne i z góry skazane na porażkę robienie dętych spraw.Robert Stachnik/PAP Policjanci bronią się, że dla nich ważniejsze jest dbanie o bezpieczeństwo ludzi, a nie tracenie czasu na bzdurne i z góry skazane na porażkę robienie dętych spraw.
Popisy funkcjonariuszy podczas Święta Policji w Szczecinie.Robert Stachnik/PAP Popisy funkcjonariuszy podczas Święta Policji w Szczecinie.
Ruchomy posterunek ostródzkiej policji.Szymon Łaszewski/Renault Ruchomy posterunek ostródzkiej policji.

Jeden parkomat w mieście na północy Polski wywindował statystyczne sukcesy tamtejszej policji na sam szczyt. Okradał go nieletni złodziejaszek, sumy nie były wielkie. Rabusia schwytano i jego drobne czyny nagle urosły do niebywałej rangi. W statystykach lokalnej komendy podano, że doszło do kilkuset zdarzeń kryminalnych – sprawców wszystkich kradzieży rzecz jasna wykryto, co wysunęło jednostkę policji na czoło wykrywalności. A chodziło o jeden parkomat i jednego złodzieja!

Kiedy 22 lata temu nadinspektor Andrzej Rokita, dziś zastępca komendanta głównego, zaczynał pracę w policji, usłyszał od przełożonego: „My nie fałszujemy statystyki, my ją tylko modelujemy”. – System dawał możliwości modelowania – mówi Rokita. – Jak policjanci znajdowali u kogoś dwieście płyt z pirackim oprogramowaniem, mieli dwa wyjścia: mogli postawić jeden zarzut albo dwieście zarzutów. Drugie wyjście to właśnie modelowanie.

Kłamstwo i statystyka

Statystyki policyjne od zawsze były pełne cudów, bo dzięki nim rosły notowania lokalnych komendantów, a co za tym idzie, awanse służbowe i premie. Jak sięgają pamięcią najstarsi policjanci, podstawą oceny ich pracy były statystyki wykrywalności. Przez lata tłumaczono, że trudno o lepsze kryterium, bo nie można oceniać na oko. Nadinsp. Andrzej Rokita przypomina znane powiedzenie: – Są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwo, wredne kłamstwo i statystyka.

Zdarzyło się kiedyś, że w ciągu miesiąca Komenda Policji w Siedlcach spadła na dno w wykrywalności kradzieży samochodów marki Polonez. Miała pecha, że akurat grupa złodziei wykonywała zlecenie na te auta, chodziło o pozyskanie części zamiennych, i na poligon wybrała małe Siedlce. Przez kilka lat nie zginął tu żaden Polonez, aż nagle przepadło kilkanaście w ciągu tygodnia. Po prostu pech.

Części od Polonezów trafiały na giełdę w Słomczynie pod Grójcem. W tym samym czasie Komenda Powiatowa Policji w Grójcu zanotowała na swoim terenie wyraźny spadek handlu kradzionymi samochodami i częściami. Więc ci z Siedlec dostali od centrali ochrzan, a ci z Grójca pochwały (i premie). Po jakimś czasie rzecz się wyjaśniła. Policjanci z Grójca manipulowali zgłoszeniami o przestępstwach, po prostu doniesień o kradzionych wozach i częściach nie wpisywali do swoich ksiąg. Wybuchł skandal, poleciały głowy. Sprawę wykryło (inaczej mówiąc, poprawiło sobie statystykę) policyjne Biuro Spraw Wewnętrznych kierowane przez dzisiejszego komendanta głównego Marka Działoszyńskiego.

Komendant Działoszyński w rozmowie z POLITYKĄ mówi, że trzeba skończyć z fetyszem statystyk. Zapowiada zmiany: oceny pracy jednostek nie będą wynikały wyłącznie ze statystyk. Ale podobnie zapowiadali jego poprzednicy, bo każdy komendant główny znał reguły stosowane przez komendy w całym kraju. Kilku dowódców jednostek za fałszowanie statystyk straciło stołki, ale to żaden straszak, skoro nie brakuje naśladowców. Czasem lepiej zaryzykować i podkoloryzować, niż mieć zamkniętą drogę do kariery przez takie głupstwo jak faktyczny poziom wykrywalności.

Fałszerz od ręki

W poznańskim zarządzie CBŚ zapanował blady strach, kiedy centrala przysłała swoje słupki. Wynikało z nich, że ci z Poznania dołują w większości kategorii wykrywalności, a to oznaczało nie tylko spadek prestiżu, ale wymierne straty – na koniec roku nie będzie nagród. Błyskawicznie zwołano naradę i po burzy mózgów znaleziono znakomite rozwiązanie. W statystykach centrali brakowało fałszerstw pieniędzy – po prostu w Polsce zapanowała akurat posucha w tej branży. Na bezrybiu i rak ryba, skoro w ogóle nie ma fałszywych banknotów, to wystarczy znaleźć jeden i jednego sprawcę, aby być najlepszym zarządem CBŚ w kraju, przynajmniej w tej kategorii. Jakim sposobem policjanci błyskawicznie znaleźli fałszywkę i jak wykryli sprawcę, to już pozostaje ich tajemnicą, ale faktem jest, że przynajmniej w jednym okresie rozliczeniowym byli najlepsi w wykrywaniu fałszerzy.

 

Według policjantów, są łatwe sposoby na szybkie wykrywanie. Wystarczy znaleźć tzw. dawcę trójek (nazwa od formularza zgłoszeniowego STP-3), który przyzna się do niepopełnionego czynu. Może nim być recydywista, któremu jeden czyn więcej na koncie nie robi różnicy, albo nieletni przestępca, który i tak do więzienia nie trafi. Inną metodą jest tzw. przyklepywanie kogoś do sprawy, czyli – nawet jak się nie przyznaje – dopisywanie komuś do zarzutów przestępstwa, którego nie popełnił. Nie okradł tego akurat kiosku – nic nie szkodzi, okradł inne, przestępstwo pasuje do niego.

Stosuje się też metodę lewara statystycznego. Szczególnie nadają się do lewarowania sprawy narkotykowe i dotyczące nieletnich. – Gdy nieletni przyzna się, że w szkole 40 razy w czasie semestru, grożąc koledze, zabierał mu snickersa albo kanapkę, to można mu postawić czterdzieści zarzutów o rozbój – mówi Rokita. – Statystycznie czterdzieści rozbojów z zyskiem w postaci kanapki miało takie samo znaczenie jak czterdzieści napadów na banki.

Cela dla okradzionego

Statystycznym utrapieniem są dla policji ofiary drobnych przestępstw. Największym skarbem każdego komendanta jest dobry dyżurny. Dobry, czyli taki, który potrafi sprawnie odbić każdą sprawę z kategorii „zabójcza dla statystyki”. Zabójcze są zaś wszystkie sprawy, w których szansa na złapanie sprawcy oscyluje w okolicy zera. No bo jak ustalić sprawcę kradzieży kieszonkowej, która wydarzyła się dzień wcześniej i to w zatłoczonym pociągu, w którym nie ma monitoringu? A gdyby tak okazało się, że utracony dowód nie został ukradziony, tylko zgubiony? Nadinsp. Rokita przytacza następujące zdarzenie. Jeden z obrabowanych w pociągu zgłosił się na komisariat. Nie ma pan dowodu osobistego? To zatrzymamy pana na 24 godziny, bo musimy sprawdzić pana tożsamość. Poszkodowany zgłosił kradzież w innym komisariacie, tam zdarzenie zarejestrowano.

Trudniejszą kategorią są zgłaszający utratę lub zniszczenie mienia. Jeśli utracona wartość przewyższa 250 zł, to sprawa płynnie przechodzi z Kodeksu wykroczeń do Kodeksu karnego, a to bardzo złe dla statystyki. Dlatego nie należy się dziwić, kiedy policjant będzie nas przekonywał, że ukradzione w naszym samochodzie lusterka warte są góra po 100 zł od sztuki. A zniszczony w czasie próby włamania zamek wart jest 50 zł, bo wystarczy w nim wymienić wkładkę.

Paweł z Warszawy chciał zgłosić na policji próbę włamania do samochodu. – Najpierw mnie przekonywali, że nic nie zginęło, drzwi nieuszkodzone, działa centralny zamek, więc sprawy nie ma. Wiem, ile kosztuje naprawa zamka, więc się uparłem, że robimy zgłoszenie – opowiada. Wtedy policjant powiedział mu, że strata i tak jest mniejsza niż 400 zł, więc nie mam co liczyć na zwrot kosztów z AC. A na komendzie straci cały dzień i po co to komu.

Niebawem granica wykroczenia przesunie się w górę – do 1 tys. zł, co poprawi statystyki przestępstw, ale pogorszy dane dotyczące wykroczeń.

Bez butów i roweru

Policjanci bronią się, że dla nich ważniejsze jest dbanie o bezpieczeństwo ludzi, a nie tracenie czasu na bzdurne i z góry skazane na porażkę robienie dętych spraw. – Spisanie zeznań i oględziny auta trwają minimum dwie godziny. Nawet jak na miejscu zdarzenia był monitoring, to sprawcą z reguły jest mężczyzna średniego wzrostu, w ciemnym dresie z kapturem i czapce z daszkiem. W 98 proc. nie ma szans na jego znalezienie. Dyżurni to wiedzą i robią, co mogą, żeby takich zgłoszeń nie było albo nie były kwalifikowane jak przestępstwo – tłumaczy jeden z policjantów. Kamila, której samochód okradziono na warszawskiej Pradze, musiała długo przekonywać policjantów, że jej samochód był zamknięty. Co prawda złodziej ukradł jedynie kilka drobnych przedmiotów, których wartość w sumie nie przekraczała 200 zł. Ale włamanie to już przestępstwo. Gdyby samochód był otwarty, to można by przyjąć inną kwalifikację czynu i nie byłoby sprawy.

 

Piotrowi z miasta powiatowego w woj. świętokrzyskim skradziono rower. W jego miejscowości jest jeden posterunek. Dyżurny wypytał go o szczegóły. Wysłał nawet w okolicę patrol, który miał się rozglądnąć. Ale z przyjęciem zgłoszenia trzeba było poczekać, aż któryś z policjantów będzie miał czas. Po godzinie czekania Piotr zaczął tracić cierpliwość. Po dwóch zmienił się dyżurny. Piotr opowiedział mu o zdarzeniu i znów dowiedział się, że jeszcze chwilkę trzeba będzie czekać. Po trzech godzinach odpuścił. Formalnie wszystko było jak trzeba. Nikt go przecież nie wyganiał. Gdyby poszła jakaś skarga, to zawsze można udowodnić, że tego dnia była mniejsza obsada. Policja ma chroniczne braki etatowe. Sprawę można robić na szybko i na wolno.

Robert spod Warszawy miał w sobie więcej uporu. W czasie przygotowań do maratonu został zaatakowany przez psa. Zwierzę nie było na uwięzi. Właściciel nie chciał pokazać zaświadczenia o szczepieniu. Robert wezwał policję. Policjanci z patrolu ustalili dane właściciela psa i skierowali Roberta na komisariat do Nieporętu w celu złożenia zawiadomienia o popełnieniu wykroczenia. Na podstawie tego wniosku policja musi zawiadomić służby weterynaryjne o zdarzeniu, a psa skierować na obserwację. Wścieklizna objęta jest ścisłym nadzorem służb weterynaryjnych i sanepidu. – Przy okazji składania zawiadomienia chciałem również złożyć doniesienie, że pies zniszczył mi nowe, warte 400 zł, buty do biegania – dodaje Robert. Na komisariacie dowiedział się, że patrol ukarał właściciela psa mandatem. I dyżurny odmawia przyjęcia kolejnego zawiadomienia. W ten sposób policjanci mieli odhaczone wykryte wykroczenie, a skoro przestępstwa w postaci zniszczonych butów nie zapisali, to znaczy, że go nie było. Robert był jednak uparty, dotarł do prokuratury, która ustaliła, że doszło co najmniej do niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy.

Statystyka nie rządzi

Policja ogłasza nową strategię: statystyki nie będą już bogiem. W I kwartale 2013 r. odjedzie do przeszłości system Temida. Co roku notowano w nim ponad milion przestępstw, potem analizowano dane i wychodziło jasno, komu nagroda, komu nagana. – Zapełnienie Temidy danymi było zbrodnią na lasach, policjanci wypełniali rocznie kilka milionów formularzy – mówi nadinsp. Andrzej Rokita. – Każde zdarzenie wymagało odnotowania w trzech drukach STP. Zajmowało się tym ok. 10 tys. policjantów.

Ale natura nie znosi próżni, Temidę zastąpi KSIP (Krajowy System Informacji Policyjnej), działający już od pewnego czasu. KSIP też wymaga wypełniania formularzy, tym razem tzw. pkr. Jak zapewniają komendanci, KSIP jest systemem inteligentnym, nie da się go oszukać. Nie skupia się na ilości, ale potrafi wskazać np. rejony działania sprawców i charakterystyczne cechy ich działania. – Pozwoli nam ocenić rzeczywistą jakość pracy policjantów – twierdzi Andrzej Rokita. Inna zmiana dotyczy momentu wprowadzania danych finalnych do systemu. Wykrycie sprawcy będzie odnotowane dopiero po prawomocnym wyroku sądowym. – Jedyną słabą stroną jest przewlekłość procesów – przyznaje nadinspektor.

Jednak są też inne słabe strony. Po wypełnieniu formularza KSIP komenda ma trzy dni na wprowadzenie danych do systemu informatycznego. Ale komórki informatyczne są tylko w wybranych komendach. – Moi ludzie mają 25 km do komendy, w której jest informatyka. Czasem trzeba jechać z jednym kwitem. Śle się patrol. Średnio mam dwa patrole, więc jak jeden wysyłam z KSIP, to przez półtorej godziny całe miasteczko patroluje dwóch ludzi – mówi komendant z małego posterunku.

Co roku Komenda Główna rozsyła w teren propozycje do tzw. mierników statystycznych. Tegoroczne opatrzono mottem „Doskonalenie obsługi obywatela poprzez szybką i skuteczną reakcję Policji na zdarzenie”. Trudno mieć zastrzeżenie do takiego hasła. Ale z samymi miernikami nie jest już tak różowo. – To jakaś chińszczyzna. Wzory matematyczne, dziwne współczynniki i momentami kosmiczne wymagania – podsumowuje jeden z komendantów. Jako jeden z głównych priorytetów zaproponowano „podjęcie działań zwiększających skuteczność ujawniania przestępstw gospodarczych, w tym popełnianych w cyberprzestrzeni, oraz ścigania ich sprawców”. – To bardzo słuszny postulat, tylko ciekaw jestem, jak mamy poprawić efektywność, kiedy do tego typu spraw brakuje fachowców? Nie ma na szkolenia. Krzywym okiem patrzy się na współpracę z biznesem, który mógłby nam wskazywać niebezpieczne trendy. A informatyka w policji kuleje – mówi jeden z naczelników z wydziału kryminalnego. Komendant główny policji chciałby również poprawy w kwestii odzyskiwania i identyfikacji kradzionego mienia. Policja jednak ciągle nie dorobiła się jednolitej informatycznej bazy danych, w której można by umieszczać i poszukiwać tego typu przedmiotów. Prowadzący sprawy właściwie na piechotę poszukują, co do kogo należało.

Komenda Główna ogłasza, że KSIP ma być sprawiedliwy, służyć do rzetelnej oceny zagrożeń, a nie do fałszowania rzeczywistości. Teraz to nie statystyka będzie rządzić, ale opinie obywateli o skuteczności policji. Na podstawie przytoczonych powyżej opinii obywateli – ofiar przestępstw i wykroczeń, nagród raczej nie będzie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną