Kraj

Z prezesem po kraju

Prawicowa ofensywa w całej Polsce: „Nadchodzi koniec Tuska!”

Jarosław Kaczyński w Strzyżowie. Jarosław Kaczyński w Strzyżowie. Bartosz Frydrych / Polityka
Prawica z Jarosławem Kaczyńskim na czele jeździ po Polsce od powiatu do powiatu, wieszcząc przełom i przejęcie władzy. Na jesieni, a najdalej wiosną.
W Ropczycach spotkanie z prezesem odbyło się w ciasnej sali Centrum Kultury.Bartosz Frydrych/Polityka W Ropczycach spotkanie z prezesem odbyło się w ciasnej sali Centrum Kultury.
Limuzyna Jarosława Kaczyńskiego niezmiennie wzbudza zainteresowanie we wszystkich miejscowościach, które odwiedza.Michał Kość/Agencja Wschód Limuzyna Jarosława Kaczyńskiego niezmiennie wzbudza zainteresowanie we wszystkich miejscowościach, które odwiedza.

CZYTAJ TAKŻE: Komentarz dr Jarosława Flisa na temat strategii PiS

Na mapie Polski, którą PiS umieścił na stronie wyjazdy.pis.org.pl, gęsto od partyjnych plakietek z nazwami miejscowości, gdzie ostatnio zawitali partyjni liderzy z prezesem na czele. Gdyby na tę mapę nanieść trasę wyjazdów publicystów „Gazety Polskiej” i wakacyjny tour TV Republika, trudno byłoby znaleźć większe miasto, do którego nie dotarłoby tego lata przesłanie, dające streścić się w krótkim zdaniu: „Nadchodzi koniec rządów Tuska!”. Pisowska prawica rozsnuwa wizje jesiennego przełomu, przyspieszonych wyborów, a nawet samodzielnych rządów pod wodzą „byłego i przyszłego premiera RP” – jak mówią o prezesie działacze PiS, towarzyszący mu w jego wyjazdach. Podróże właśnie osiągnęły półmetek.

Oficjalny organ prezesowskiego tournèe po kraju, wydawana przez PiS gazetka „Jaka Polska”, ogłasza: „w tym roku Jarosław Kaczyński chce odwiedzić wszystkie powiaty [których jest 380 – red.]”. Cel: „rozmawiać bezpośrednio z ich mieszkańcami i przedstawicielami lokalnych władz. Zapoznać ich z programem Prawa i Sprawiedliwości, ale przede wszystkim usłyszeć ich konkretne problemy i postulaty”. Bo przecież „ile lat można znosić miernotę, uległość i brak pomysłu na rozwój naszego kraju?”.

Niech Michnik pisze, co chce

Jednak lidera „jedynej realnej alternatywy wobec gnuśnych rządów Tuska” to zadanie albo trochę przerosło, albo spece od PR w PiS przeszarżowali, bo w ciągu czterech miesięcy – od marca do lipca – odwiedził nieco ponad 40 miejscowości. Kaczyński tłumaczy, że aby zrealizować plan maksimum, musiałby nie wychodzić z samochodu przez cały tydzień, dlatego do końca roku chce odwiedzić jeszcze około 60 miast. Do pozostałych mają dojechać najbliżsi współpracownicy – Beata Szydło, Mariusz Kamiński, Adam Lipiński, Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński i Marek Kuchciński.

Bezpośrednie rozmowy z mieszkańcami też idą tak sobie, bo prezes z założenia ich unika, podobnie jak zadawania pytań bezpośrednio przez uczestników spotkań. Można to robić wyłącznie na kartkach, a i tak tylko nieliczne są wybierane.

Gdy prezes wkracza na mównicę, niezmiennie powtarza się ten sam scenariusz: ludzie zrywają się z miejsc, burza oklasków. Prezes kilka razy dziękuje i dobrodusznie ucisza tłum gestami rąk. Potem przemawia – jak zwykle bez kartki, średnio około pół godziny. „Takie spotkania służą oczywiście mobilizowaniu naszych zwolenników, ale także przekonywaniu do naszych poglądów osoby niezdecydowane, a nawet deklarujące, że na nas nie zagłosują” tłumaczył prezes partyjnej gazetce. Jarosław Kaczyński podczas swego touru jest podobny do tego z kampanii prezydenckiej z 2010 r. – poczciwego polityka kreującego się na męża stanu, niestroniącego od żartów, bardziej łagodzącego radykalne głosy z sali, niż dolewającego oliwy do ognia. W Dębicy szef miejscowego klubu „Gazety Polskiej” zapytał, „jak ochronić Polskę przed takimi ludźmi, jak Michnik i Mazowiecki?” i – jednym tchem, z jasną sugestią - „jaką karę przewidziałby pan za zdradę stanu?”. Gdy pół sali oczekiwało świstu gilotyny, prezes stwierdził, że „niech Michnik sobie pisze, co chce, ja nie mam zamiaru się z nim liczyć”.

Jedno z ulubionych i najczęściej powtarzanych słów, którymi podczas spotkań opisuje rzeczywistość, jest „zwijanie”. Mamy do czynienia ze zwijaniem szkół, posterunków policji, sądów i urzędów pocztowychpowtarza jak mantrę w kolejnych miastach. W Węgrowie na Mazowszu ogłosił, że PiS – w odpowiedzi na destrukcyjną politykę rządu - przygotowuje „wielki program nowej Rzeczypospolitej”. „Ten program gdzieś przy końcu roku albo na początku przyszłego będzie pokazany społeczeństwu. To będzie dokument, który przejdzie do polskiej historii” – zapowiedział z emfazą. „PiS ma receptę nie na władzę, która stoi z założonymi rękami, ale która zakasze rękawy i weźmie się do pracy” – tłumaczył mieszkańcom Podkarpacia.

Pytany skąd na różne słuszne projekty wziąć pieniądze, odpowiada: wystarczy zlikwidować OFE, opodatkować bogaczy i wprowadzić podatek obrotowy.

Łamanie układzików

Podobnie jak podczas kampanii prezydenckiej teraz również właściwie nie pojawia się tematyka smoleńska. A jeśli już, to w osobistym tonie, gdzieś w tle. O ofiarach Kaczyński mówi nie inaczej jak „polegli”, zaliczając do nich także swoją zmarłą w styczniu matkę, która „żyłaby, gdyby nie katastrofa smoleńska”. Ale kiedy podczas jednego ze spotkań ktoś zapytał, czy Rosjanie odpowiedzą za Smoleńsk, prezes odparł, że „najpierw trzeba ustalić prawdę o Smoleńsku” i że „żadnej wojny z Rosją nie będzie”. Natomiast bez ogródek zapowiada chociażby czystki w sądach i urzędach. „Jeśli będzie pięknie jak na Węgrzech, zmienimy konstytucję i będą nowe sądy. Jest tylu młodych prawników bez pracy” wypalił na Podkarpaciu, obiecując jednym tchem 1,2 mln miejsc pracy dla młodych. Także w urzędach, bo – jak stwierdził – w nich jest dużo zła. „Na pewno będziemy to zmieniać. Obiecuję wam odwagę, dużo odwagi” stwierdził prezes, co sala nagrodziła oklaskami.  

Zawsze też prezes pamięta, aby ukłonić się Kościołowi i narodowcom. „Polska nie może być państwem o charakterze wyznaniowym, ale w Polsce większością są katolicy i mają pełne prawa wyborcze” mówił na początku lipca w Węgrowie. „Polską muszą rządzić polscy patrioci, którzy wiedzą, że ich świętym obowiązkiem jest obrona nie tylko interesów ekonomicznych czy związanych z bezpieczeństwem, ale także moralnych, historycznych interesów Polaków.”W Dębicy ogłosił z kolei, że jest za taką zmianą konstytucji, by w preambule znalazło się wezwanie „W imię Boga Wszechmogącego”. „Niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący czy niewierzący, powinien to zaakceptować. To jest po prostu Polska tradycja” podkreślił, za co dostał gromkie brawa.

Czasem wraca też do retoryki żywcem wyjętej z IV RP. Na przykład, gdy mówi o „łamaniu układów i układzików”, w których „byli ubecy mają monopol”. A jak już zostaną pogonieni, zwolnią się kolejne miejsca pracy. „Ja wam nie obiecuję niemożliwego, choć mógłbym. Nie mówię, że byłem mistrzem olimpijskim w skoku wzwyż” – mówił w Ropczycach, wyraźnie zadowolony z żartu.

Wyjazdy prezesa odbywają się według precyzyjnego planu. Kaczyński jeździ tam, gdzie PiS jest silne – albo wygrywało w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, albo zdobyło drugie miejsce z niewielką stratą. Prezes omija duże miasta, w których spotkanie z nim nie jest wielkim wydarzeniem. Wybiera mniejsze, powiatowe, takie jak Śrem, Ropczyce, Dębica, Węgrów, Milicz czy Police. 

W takich na przykład Ropczycach na Podkarpaciu, które prezes odwiedził w ostatnim rzucie, o tym, że przyjedzie, wiedzieli wszyscy kilka dni wcześniej. Na wymuskanym za unijne pieniądze rynku plakaty informujące o spotkaniu wisiały niemal na każdym kroku. Ale kto ich nie widział, i tak trafił. Przed wejściem do centrum kultury odświętnie ubrani mieszkańcy (w różnym wieku, z przewagą 50 – 60 latków) byli gotowi na powitanie prezesa długo przed jego przyjazdem. Mimo że się spóźniał, mało kto narzekał, a jak już komuś się wyrwało, przywoływano takiego do porządku. – Jest prezesem, ma prawo! – rzucił jeden z mężczyzn do swojego kolegi znudzonego staniem na chodniku w pełnym słońcu.

Kaczyński z zasady nie wychodzi do ludzi, więc szansa na uściśnięcie jego dłoni niewielka. Tym bardziej, że czasem trzeba przechytrzyć barczystych panów z ochrony, którzy torują prezesowi drogę i najchętniej dostarczyli by go na mównicę jakimś podziemnym korytarzem. W Ropczycach ta szansa właściwie była żadna, bo Kaczyński wszedł i wyszedł tylnym wejściem. W sąsiedniej Dębicy też się nie spodziewali, że prezes ich ominie i wejdzie bocznymi drzwiami. – Ale nas załatwił! Ale nas zrobił! – rzucił jakiś kobiecy głos, gdy prezesowska limuzyna przemknęła obok głównego wejścia do sali domu kultury Śnieżka, pod którą czekało kilkadziesiąt osób.

– Prezes powinien wychodzić do ludzi! – rzucił ktoś z niewielkiego tłumu, który już po zakończeniu spotkania otoczył prezesowską skodę superb. Ich marzenie ziściło się po niemal godzinie. Gdy się pojawił, tłumek ruszył pstrykając zdjęcia i próbując uścisnąć prezesowską dłoń, co tak mu schlebiało, jak i krępowało. Widać wyraźnie, że „przyszły premier” od dyskusji z sympatykami bardziej woli fotel pasażera w swojej limuzynie. Ale te kilka chwil w drodze do auta ludowi pisowskiemu zupełnie wystarczają. Można wtedy wyrzucić te kilka słów uwielbienia, wdzięczności i otuchy, by „nie dał się popaprańcom i złodziejom Tuskom”, albo po prostu by zakrzyknąć: „Jarosław, Jarosław”.

W ogóle pisowski lud jest z zasady zdyscyplinowany, raczej bezkrytycznie wielbiący, no i zatroskany. O kondycję prezesa najbardziej martwią się kobiety. – Ale on bladziutki taki. Naprawdę jest zmęczony – martwiła się starsza pani w Ropczycach wymieniając z koleżanką opinie na temat bladej cery Jarosława Kaczyńskiego.

Gdy prezes ostrożnie dawkuje radykalne tezy, zapewne by nie odstraszyć centrowego wyborcy, jego zwolennicy takich skrupułów mieć nie muszą i nie chcą. Jakby mówili to, czego on nie może powiedzieć. – To zupełnie normalne zjawisko. Radykałowie są skłonni wybaczyć wiele, jeśli lider daje szansę na zwycięstwo – komentuje politolog Jarosław Flis.

Wytępić szkodniki

Lublin, połowa lipca, czwartkowe popołudnie. Grupka kilkunastu osób czeka na rynku wśród restauracyjnych stolików i parasoli na spotkanie z Dorotą Kanią. Publicystka „Gazety Polskiej” jest gościem prawicowej stacji TV Republika, która w walce o widza objeżdża właśnie kraj. Jednym z najważniejszych tematów jest Smoleńsk. Oczywiście, nikt nie ma wątpliwości, że zamach był, i to bombowy. Dokonany przez Rosjan, choć nie własnymi rękami. Lista cyngli jest krótka: może Mossad, ale pewnie to nasze służby. „Gdyby to była normalna katastrofa, to najwyżej ktoś złamałby obojczyk, komuś wybiłoby oko, no, powiedzmy byłby jakiś złamany kręgosłup, ale wszyscy by przeżyli, bo to błoto zadziałałoby jak poduszka. Jeszcze Ruscy specjalnie przebudowali samolot tak, by tych najważniejszych generałów upchnąć tam, gdzie były największe zniszczenia” – ogłaszał mężczyzna około pięćdziesiątki. „Musimy wreszcie odkłamać historię. Bez tego nigdy nie będziemy naprawdę niepodlegli”.

Ale jak tu ją odkłamywać, skoro na wysokich stanowiskach pełno uboli i sowieckich agentów, którzy knują, spiskują, blokują, także rozwój TVR? Kładzie się cieniem brak dekomunizacji i lustracji na początku lat 90. Mamy byłych funkcjonariuszy komunistycznych służb w biznesie, mediach i w najważniejszych, strategicznych dziedzinach naszego życia. Przykładem jest sprawa smoleńska, kiedy okazuje się, że newralgiczne decyzje podejmują ludzie szkoleni w Związku Sowieckim”oburzała się Kania w rozmowie z TVRepubliką.

Stąd niektórzy skłaniają się ku bardziej radykalnym rozwiązaniom. Nie ma się co cackać ze szkodnikami. „Szkodników się nie przegania. Szkodniki się likwiduje, bo inaczej pójdą gdzie indziej i dalej będą niszczyć”przekonywał mężczyzna w granatowej koszulce, obsługujący stoisko TVR, czym wywołał zakłopotanie u niektórych słuchaczy. – Aaa, to ja taki odważny nie jestem – odparł starszy pan, jakby trochę zawstydzony swoją powściągliwością, bo chciał tylko „przeganiać szkodniki bambusowym kijem”.  

Najważniejsze, że zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki. Prezes Kaczyński jest o tym przekonany, bo mówią o tym sondaże. „Historia ruszyła z miejsca. Tak było w 1980 r., gdy rzeczy wielkie zaczęły się od sprawy wydawałoby się drobnej, zwolnienia ze Stoczni Gdańskiej Anny Walentynowicz. Dzisiaj może tego typu wydarzeń nie ma, ale mamy do czynienia z czymś szerszym, co można określić jednym słowem: kryzys. I to kryzys poważny, na który trzeba zareagować.”   

Koniec kondominium

Zbliża się wieczór, na plaży w Karwieńskich Błotach pustki. W głębi kraju upał nie do zniesienia, ale nad morzem przyjemnie. Z Baru na Górce, przystrojonego w propisowskie i antyplatformiane transparenty „Gazety Polskiej”, rozpościera się malowniczy widok na Bałtyk. Większość plażowiczów przechodzi koło tych haseł obojętnie. Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego „GP”, który tak jak prezes niestrudzenie objeżdża najdalsze zakątki Polski, słucha jakieś 20–30 osób. Piwo się leje, z każdą szklanką atmosfera robi się luźniejsza. „Nadchodzą zmiany. Historia po raz kolejny zatoczy koło i to być może już na jesieni. W przyszłym roku obudzimy się w innej Polsce” – prorokuje Sakiewicz. Jest właściwie tego pewien, przewidział to już dawno i opisał w książce pod wiele mówiącym tytułem „Partyzant wolnego słowa”.

Latem 1980 r. też nikt się nie spodziewał, że będą tak potężne zmianypowtarza Sakiewicz słowa prezesa. „Teraz mamy bardzo szybkie zaostrzenie nastrojów, Solidarność szykuje się do masowych protestów na jesieni. Z tego, co wiem, Piotr Duda [przewodniczący związku – red.] zamierza we wrześniu przyjechać do Warszawy i wyjechać z nowym rządem. I wiele wskazuje na to, że może mu się to udać, choćby dlatego, że obecna władza straciła prawie zupełnie popularność. Polacy jej po prostu nie chcą”. Ale co tam Polacy. Tuska nie chcą nawet jego przyjaciele Władimir Putin i Angela Merkel, którzy 1 września 2009 r. na Westerplatte zawiązali za jego aprobatą antypolski sojusz („zakwitł wydarzeniami 10 kwietnia”).

Kilka dni później w Chmielnie na Pomorzu, podczas spotkania z młodymi sympatykami prawicy redaktor dopowiadał: „Szczególnie w interesie Niemców jest, by teraz Polska nie była w rosyjskim obozie. Zarząd kondominium się kończy, zaczyna się zimna wojna. Dlatego w Polsce potrzebne są uczciwe wybory. Po demonstracjach, które obalą Tuska, zablokujemy Państwową Komisję Wyborczą i nie odejdziemy, póki nie podadzą się dymisji. Trzeba sprowadzić zagranicznych obserwatorów i zorganizować uczciwe wybory”.

CZYTAJ TAKŻE: Komentarz dr Jarosława Flisa na temat strategii PiS

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną